Matka Boża Tułaczy powróciła do Polski

Niedziela 38/2011

Obraz ten, ocalony przez Piotra Jakiełę, był świadkiem wojennej drogi Polaków deportowanych z Podola (1940-41) – z dawnych polskich Kresów Wschodnich – którzy przebyli tułaczkę przez Syberię, tajgę archangielską, Kazachstan, Uzbekistan, Iran (Persję), Indie, Bwana M’Kubwę w Zambii (dawniej Rodezja Północna) w Afryce.

 

Niezwykła historia kresowego wizerunku

Piotr Jakieła wraz z liczną rodziną mieszkał w Miłowie na Podolu. Ta kresowa osada, licząca kilkadziesiąt polskich rodzin, powstała na zakupionej ziemi w latach 20. XX wieku. Pracowite życie mieszkańców Miłowa toczyło się spokojnie wśród ukraińskich wiosek. Między Polakami i „Rusinami” (tak siebie nazywali) nie było żadnych konfliktów. Polską społeczność jednoczyła żywa wiara w Boga i umiłowanie Ojczyzny. Na krańcach Rzeczypospolitej niby na szańcu trzeba było formować postawę patriotyczną. Kresy wnosiły w dzieje Rzeczypospolitej gorącą miłość do Polski.

Dzięki zabiegom Polaków powstał w osadzie dom ludowy. Piotr Jakieła ufundował dwa obrazy: Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Częstochowskiej, które zostały umieszczone na centralnej ścianie. Tutaj osadnicy spotykali się na uroczystościach, a w wieczory majowe, czerwcowe, październikowe gromadzili się na nabożeństwach, gdyż najbliższy kościół w miasteczku Chorostków był odległy o 4 km.

Zawierucha wojenna 1939 r. przetoczyła się również przez tę spokojną osadę. Od 17 września grasowały w okolicy bandy, rabowały i niszczyły wszystko. Do niedawna łagodna ludność ukraińska dołączyła do napastników. Trwoga i lęk o życie przepełniały serca Polaków.

W listopadzie 1939 r. zostały zrabowane zagrody w Miłowie. Ofiarą padł również dom ludowy, a ponieważ napastnicy nie znaleźli oczekiwanego łupu dla siebie, zdewastowali dom, wyrwali z ozdobnych ram święte obrazy i podarli je na kawałki, wykrzykując, że ramy przydadzą się do portretu Stalina.

Zagroda Piotra Jakieły sąsiadowała z domem ludowym. Cała rodzina była świadkiem zbezczeszczenia obrazów. Gospodarz wraz z synami pozbierał rozrzucone i podeptane kawałki, oczyścił z błota, starannie je owinął i przechowywał jak świętą relikwię.

Aż przyszło to, co najstraszniejsze. W nocy 10 lutego 1940 r. wszyscy mieszkańcy Miłowa zostali wywiezieni do archangielskiej tajgi. Był straszny mróz, zima stulecia. Przed każdy dom zajechały sanie. Wtargnęło NKWD. W pośpiechu zgarniano niezbędne rzeczy. Piotr Jakieła zabrał na tułaczkę największy skarb – zawiniątko zawierające strzępy obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Zniszczony wizerunek przemierzał bezkresne, zaśnieżone przestrzenie w zaryglowanym, towarowym wagonie, wśród stłoczonych, sponiewieranych polskich rodzin: starszych osób, mężczyzn, kobiet, dzieci i niemowląt. Matka Boża Częstochowska w swoim poszarpanym obrazie przez cały czas na wygnaniu była świadkiem bólu, męki, cierpień i wznoszonych modlitw.

Po zawarciu Układu Sikorski-Majski w lipcu 1941 r. Polacy zwolnieni z łagrów i zsyłek spływali strumieniami do południowych republik ZSRR, gdzie tworzona była Armia gen. W. Andersa. Piotr Jakieła również wyruszył na południe. W drodze stracił żonę Barbarę i najmłodszego synka. Umarli z wycieńczenia i chorób. Trzej synowie wstąpili do Wojska Polskiego. Piotr został z córką Michaliną. Tułając się z miejsca na miejsce, pieczołowicie strzegł swego skarbu – zawiniątka z obrazem. Uchronił go nawet wtedy, gdy na brzegu Morza Kaspijskiego rosły stosy tobołków porzuconych przez tych szczęśliwców – rodziny wojskowych, którym udało się wyrwać z Sowietów statkiem z Krasnowodska do perskiego portu w Pahlevi. Stamtąd prawie każdy transport był kierowany przez Teheran, który był bramą dla Polaków wysyłanych w różne części świata: do Libanu, Indii, Afryki, Meksyku, Nowej Zelandii.

Piotr Jakieła z córką trafił przez Indie do Afryki, do naszego osiedla Bwana M’Kubwa – w Rodezji Północnej – w 1944 r. Wraz z nim przybyła Matka Boża Częstochowska. Osiedle nasze liczyło ok. 1400 osób, które przeszły podobną drogę. Prawdziwy nurt życia w osiedlu wyznaczały: szkoła, harcerstwo i duszpasterstwo. Tu znaleźliśmy przystań na 6 lat. Nazwa Bwana M’Kubwa w miejscowym narzeczu bemba oznacza „wielki pan”, a nam kojarzyła się z Sienkowiczowską powieścią „W pustyni i w puszczy”. Nasze osiedle było jakby małą Polską: na maszcie powiewała flaga biało-czerwona, a przy bramie wjazdowej „czuwał” Orzeł Biały. Każdy, kto był w Bwanie, dobrze pamięta godło Polski wykonane przez Józefa Pillera. Jest to monumentalny pomnik, który przetrwał do dziś i woła w sercu Afryki, że tędy szła Polska. Na nim widnieje napis po polsku i po angielsku: „WYGNAŃCY POLSCY WIELKIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ LAT 1939-1945 W PRZEJŚCIU KU WOLNEJ OJCZYŹNIE. BWANA M’KUBWA. N. RHODESIA”. To tu w narodowe święta przychodziliśmy z pochodniami w szyku harcerskim. Po zachodzie słońca wszystko było takie tajemnicze. Uśpiony busz niósł piosenki harcerskie i pieśni patriotyczne. „O Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń…” – wołaliśmy w błagalnym śpiewie. Modlitwa harcerska brzmiała wtedy jak wyznanie wzlatujące pod rozgwieżdżone, tropikalne niebo: „Wszak Ciebie i Ojczyznę miłując, chcemy żyć”. Na zakończenie splecione dłonie w harcerskim kręgu i cicha melodia: „…Idzie noc… Bóg jest tuż”.

Od samego początku troską duchową otoczył nas o. Artur Staroborski, franciszkanin. Niezapomniana była pierwsza Msza św. sprawowana pod rozłożystym figowcem w centrum osiedla. Pod koniec Najświętszej Ofiary runął z drzewa na ołtarz dwumetrowy wąż mamba. Powstał popłoch. Mężczyźni natychmiast chwycili kije i uśmiercili niebezpiecznego węża. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Było to pierwsze silne, afrykańskie przeżycie.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama