Trzeba ruszyć głową

Tygodnik Powszechny 39/2011

Czas mas się skończył, ale Kościół nie musi wpadać w panikę. Przecież wierzy, że Bóg wraz ze wszystkimi ludźmi zmierza ku dobremu finałowi.

 

Marek Zając: Czy chrześcijaństwo w Europie umiera?

Ks. prof. Paul M. Zulehner: Nie, chrześcijaństwo nie umiera, ale Kościoły znalazły się w okresie głębokiej przebudowy. Era Konstantyńska – gdy państwo, Kościół, społeczeństwo i kultura były najściślej ze sobą splecione – definitywnie dobiegła końca. Jak ujął to socjolog Peter L. Berger, religia przestała być przeznaczeniem, a stała się wyborem. Posługując się grą słów, można powiedzieć, że jedni wybierają się poza Kościół, podczas gdy inni – wybierają się do Kościoła.

To, że z taką wolnościową kulturą można dobrze żyć, udowadnia Ameryka Północna. „Bóg dał nam wolność” – czytamy w tekstach pojawiających się już podczas prac nad Konstytucją USA. Stwórca znalazł więc swoje miejsce w wolnym kraju. Ale Stary Kontynent musi się tego dopiero nauczyć – dlatego że wolna Europa powstała niegdyś wbrew gwałtownemu oporowi, zwłaszcza ze strony Kościoła.

Czy jednak na Południu, a przede wszystkim na Wschodzie kontynentu sytuacja nie jest lepsza niż na Zachodzie?

Wschód miał przewagę, bo tamtejszy Kościół... cierpiał prześladowanie. Stracił całą władzę społeczną i był ostatnią ostoją wolności. Ludzie wiedzieli, że kto zgina kolana przed Bogiem, nigdy nie zegnie ich przed partią. Klasycznym przykładem mocy, którą charakteryzuje się prześladowane chrześcijaństwo, były słowa Jana Pawła II na warszawskim Placu Zwycięstwa w 1979 r. Oczywiście teraz otwarte pozostaje pytanie, czy po demokratycznym przełomie Kościół konfrontujący się z wywalczoną wolnością zachowa tamtą siłę.

Z kolei w północnych i południowych krajach Zachodu dostrzec można różnice, które mają wiele do czynienia z konfesyjnym zabarwieniem ich kultury. Kultury protestanckie mają  dolę lżejszą, a zarazem cięższą. Lżejszą, bo cenią sobie wolność jednostki, i cięższą, bo mają zbyt mało siły, która potrafi budować więzi; protestantyzmowi po prostu brak trwałego doświadczenia Kościoła. Kto zaś w nowoczesnych kulturach chce być chrześcijaninem, potrzebuje poczucia solidarności z innymi w wierze. To dlatego katolicyzm jest zasadniczo silniejszy, choć sam też w coraz większym stopniu się protestantyzuje, gdy wszędzie wokół słabną więzi międzyludzkie.

Weźmy przykład Irlandii, gdzie Kościół katolicki zmiotły skandale związane z molestowaniem i przemocą wobec nieletnich. Czy tym samym nie okazało się, że tamtejsza wiara była płytka?

Irlandia to dobry przykład transformacji, którą katolicyzm przechodzi w nowoczesnych kulturach. Ta przebudowa nastąpiłaby nawet bez skandali seksualnych. Znamiennym przypadkiem jest tu Hiszpania. Skandale przyspieszają proces, ale nie są jego przyczyną.

A relatywizm, przed którym tak często przestrzega Benedykt XVI? Czy jest aż tak wielkim zagrożeniem dla Kościoła?

Relatywizm jest w pierwszym rzędzie zagrożeniem dla samego człowieka. Zagraża tożsamości osoby. Koniec końców ludzie nie wiedzą już, kim są i na czym polega dobre życie. Luter oświadczył: „Tu stoję, inaczej nie mogę”. Nowoczesny człowiek mówi: „Tu stoję, ale w każdym momencie mogę inaczej”. Ta postawa nie pozwala ani długo stać, ani wytrwać. To też jeden z powodów, dla których zarówno w polityce, jak i w Kościele obserwujemy „zwrot na prawo”. Ludzie są sceptyczni wobec takiej wolności i szukają stałości, oparcia. Przyszłość nie należy do relatywizmu, ponieważ szkodzi on człowiekowi, nie Kościołowi.

Europejczycy coraz rzadziej chodzą na Msze, ale czy to znaczy, że nie doświadczają już Boga?

Badania w Czechach i wschodnich Niemczech pozwalają przypuszczać, że pod wpływem zmian kulturowych wielu ludzi straciło dostęp do głębokiego, pierwotnego daru religijnego. To oczywiście nic nie zmienia w naszym chrześcijańskim przekonaniu, że – jak pisała św. Teresa z Ávili – Bóg mieszka w najgłębszym wnętrzu każdego człowieka. Tylko czy Kościół nie poświęcał zbyt mało uwagi temu duchowemu poszukiwaniu Boga przez ludzi i czy nie dał się użyć do roli dostarczyciela moralności dla społeczeństw cierpiących na etyczne braki?

Przed kilkoma laty mówił nam Ksiądz Profesor, że spada liczba regularnie chodzących do kościoła, ale rosną szeregi sympatyków chrześcijaństwa. Kim są ci ludzie?

Dziś nie brakuje tych, którzy w połowie życia chcą się na nowo ukierunkować. Wielu wybiera się na duchowe poszukiwania. Jeżeli Kościół odda im do dyspozycji odpowiednie miejsca i dobrych „chrześcijańskich guru” – jak w 1975 r. pisał Karl Rahner, a co dziś coraz częściej ma miejsce w różnych klasztorach, na szlakach pielgrzymkowych czy w centrach edukacyjnych – wtedy niektórzy odnajdą drogę do zaangażowania w chrześcijańską duchowość. Także młodzi ludzi orientują się, że to, co oferuje im kultura dnia codziennego, jest nieraz strasznie banalne i skomercjalizowane. I ta refleksja zmienia ich w – by użyć określenia socjolożki religii Daniele Hervieu-Léger – duchowych pielgrzymów nowoczesności.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Jarek
    01.10.2011 23:47
    Trzeba takich autorów odsyłać do pracy i do rzeczywistości. Autor tak mija się z prawdą że się płakać chce.
    Kościoły w Niemczech i w Austrii cierpią na swoją chorobę która ma proste składniki
    - podatek kościelny
    - rady parafialne - urzędnicy
    - księża zawodowcy

    Podatek kościelny - idzie na tysiąc działalności charytatywnych, przedszkola, szpitale itd. i w małym stopniu na ewangelizację. Kto nie płaci podatku wypada ze statystyk i jest już niewierzącym - bzdura nie, ale trwale podtrzymywana. Więc lament nad tym umierającym kościołem opiera się o te statystyki czyli o kasę. Ci co nie płacą wcale się od Boga często nie odwracają.

    Kosmicznie rozbudowane rady parafialne - często towarzystwa wzajemnej adoracji które od kościoła odstraszą każdego katolika, a ateistę na pewno nie pociągną. Ich celem jest jak każdego urzędnika - trwać. Nie zawsze tak jest, ale często. Jak jest dobrze to rada jest motorem całej parafii i naprawdę potrafi zaprosić ludzi do kościoła, nawet takich których nikt już dawno nie widział. Takiego cudu z kolei w Polsce nie widziałem.

    - księża zawodowcy. Jest spora grupa, która sobie robi minimum ambarasu i maja jedną mszę o 8.00 w niedzielę i tyle. O 11.00 można znaleźć msze jak parafię prowadzi jakiś normalny ksiądz. Tych zawodowców jest sporo. Oni nie spowiadają, robią skrócone msze bez wszystkich czytań i psalmu, bo po co się męczyć. Ciekaw jestem ilu Polaków chodzi na mszę w niedzielę na 8.00, lub 9.00. Porównywanie statystyk nie ma tu żadnego sensu. Tu często nie ma żadnej innej mszy. więc jak nie przyjdziesz rano to przepadło.

    Po co ludzie mają płacić podatki na cele charytatywne jak wiele takich celów realizuje państwo i to całkiem nieźle? np. przedszkola, szpitale
    Po co ktoś ma chodzić do księdza zawodowca. Co mu z tego przyjdzie?

    Po co ten lament nad kasą. Kościół posiada tyle różnych działalności i nieruchomości, że może chyba w ogóle nie zbierać podatku tylko wyprzedawać te majątki. To jest zgorszenie dla wielu. Nie żadne afery pedofilskie, te są wiadomościami dla bulwarówek które żyją z sensacji.

    Wszyscy którzy nie płacą podatku nie występują w statystykach jako katolicy, więc większość Polaków, Słowaków, Chorwatów, Serbów itd. nie jest uwzględniania w kościelnych statystykach. W naszej parafii jest obecnych na mszy może 200 Austriaków i 600 Polaków - tych 600 nie zawsze ma ochotę się dokładać do podatku który idzie na Bóg wie co. Więc są w kościele na czarno.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama