Jak ogród

Magazyn Familia 6/2011

Jest liderem zespołu Perfekt, wylansował takie przeboje, jak „Autobiografia” czy „Nie płacz Ewka”. Jednak za swój najważniejszy życiowy sukces Grzegorz Markowski uważa udane małżeństwo z Krystyną oraz dom, do którego zawsze może wrócić.

 

Powiedział Pan kiedyś, że na scenie, w świetle reflektorów wyglądamy na herosów, ale poza sceną stajemy się zwykłymi ludźmi. Czy artysta, który właśnie zakończył koncert, jest w stanie szybko wrócić do normalnego życia?

Na pewno tak, ale bywa, że potrzebuje czasu. Jestem teraz po trzech koncertach i jeszcze nie w pełni doszedłem do siebie, a minęły już cztery dni. Ludzie, którzy kupują bilety i przychodzą na koncert, chcą zobaczyć dobry spektakl. Moim zadaniem jest im to zapewnić. Muszę być wobec nich uczciwy. To ja odpowiadam za to, żeby po koncercie nikt nie wyszedł nieusatysfakcjonowany, rozczarowany, że stracił czas i pieniądze. Taki spektakl wymaga ode mnie dużo wysiłku, i to nie tylko fizycznego, lecz także psychicznego. Dwadzieścia lat temu przychodziło mi to łatwiej. Teraz, gdy mam 57 lat, potrzebuję więcej czasu, by wrócić do równowagi po koncercie. Zawód, który uprawiam, jest trudny, zwłaszcza jeśli chce się go dobrze wykonywać.

Jest Pan już długo na scenie i udało się Panu zachować równowagę między życiem zawodowym i osobistym. Istnieje na to jakaś recepta?

Podstawą są dobre relacje z ludźmi. Zdarzyło mi się pracować w różnych zawodach. Przez pewien czas nie koncertowałem, ale zajmowałem się robotami budowlanymi. Wtedy zrozumiałem, że przede wszystkim nie należy przeceniać swojego talentu i uważać się za zbyt wielkiego. Śpiewanie to tylko śpiewanie, bez niego świat i tak doskonale daje sobie radę. Trzeba mieć w życiu bazę, z której się wychodzi i do której się wraca. Dla mnie jest nią rodzina. Jeśli startuje się od rodziny, to do niej też się powraca – wtedy nie zmienia się żony co drugi sezon. I można bardzo długo uprawiać bezpiecznie taki zawód jak mój, a jednocześnie traktować serio życie poza estradą. Zaplecze w postaci rodziny to podstawa. Ono jest jak ogród, w którym wyrośliśmy i zapuściliśmy korzenie. Im dłużej w tym ogrodzie jesteśmy, tym lepiej.

Ma Pan szczęście, że trafił na wyrozumiałą żonę…

Z Krysią znamy się od 1970 roku. Mam to szczęście, że świetnie mnie rozumie. Ma dużo tolerancji dla męża artysty, który bywa porywczy i niecierpliwy. Krysia jest tancerką – teraz już nie tańczy, ale występowała przez 20 lat. Wie zatem doskonale, czym jest scena i jak ona oddziałuje na życie osobiste. Zdaje sobie sprawę, z jakim wachlarzem uczuć wiąże się ta praca. Często w naszym domu są kwiaty. Kupuję je, gdy narozrabiam. Wyglądają przepięknie i miło jest na nie patrzeć. Zawsze daję je ze skruchą i z zakłopotaniem, kiedy chcę przeprosić żonę za moje zachowanie. Najważniejsze, że darzymy się uczuciem. To klucz do sukcesu w małżeństwie. Chciałbym powiedzieć jeszcze o czymś – to właśnie do Krysi zwracamy się oboje z Patrycją jako do pierwszej recenzentki naszych nowych utworów.

Wspomniał Pan o Patrycji. Czy cieszy się Pan, że córka wybrała karierę sceniczną?

Gdy wybierała ten zawód, wiedziałem, że czeka ją wiele bardzo nerwowych sytuacji. Stres jest dziś wszechobecny w show-biznesie. W tej branży kobiecie jest jeszcze trudniej niż mężczyźnie. Kłóci się to często z rolą kobiety jako matki. Mężczyzna bierze torbę i wyjeżdża w trasę koncertową – trochę niczym dawny wojownik, który wyruszał na polowanie, bo miał za zadanie nakarmić rodzinę. Kobieta, która jest matką, musi więcej czasu spędzać z dzieckiem.

Co jeszcze, oprócz rodziny, daje Panu wewnętrzną siłę?

Na pewno wiara. Lubię wchodzić do pustych kościołów. Wtedy się modlę. Wychowałem się w rodzinie wierzącej: starszy brat był organistą, wszyscy byliśmy też ministrantami, a młodszy brat Rafał został księdzem. Duch Stwórcy jest więc cały czas obecny w naszej rodzinie.

Czy to, że ma Pan brata księdza,  wpływa jakoś na Pana życie?

Znamy się dobrze i wzajemnie na siebie oddziałujemy. Gdy grałem koncerty w klubie Stodoła, Rafał przychodził, by mnie posłuchać. Z kolei ja na początku tego roku miałem okazję koncertować w pałacu arcybiskupim w Warszawie, w obecności kardynała Kazimierza Nycza.

Czy śpiew jest dla Pana formą modlitwy?

Oczywiście. Gdy na przykład śpiewam utwory, w których jest mowa o umieraniu. Myślę wtedy o tacie i mamie, którzy odeszli już do wieczności. To dla mnie swojego rodzaju modlitwa. Rzeźbiarz będzie modlił się tym, co wyrzeźbi, malarz – kolorami, a muzyk – dźwiękami.

Jakie piosenki najbardziej lubi Pan śpiewać?

Te nostalgiczne: „Niewiele ci mogę dać”, „Niepokonani”, „Nieme kino” czy „Autobiografia”. Zawsze śpiewam je z ogromną pasją. To takie moje najważniejsze „modlitwy”.

Czy czasy, w których powstała piosenka „Autobiografia”, były lepsze od obecnych?

Były przede wszystkim inne. Teraz świat zasypuje nas tysiącami gadżetów i trzeba się nauczyć, co jest dobre. Trudniej się odnaleźć niż kiedyś. Co prawda wtedy była cenzura, nie dawano paszportów, ale żyło się w pewnej przewidywalności. Dziś niełatwo o przyjaźnie. Konkurencja wdziera się wszędzie i ludzie zbyt często walczą ze sobą.

Czy jest coś takiego, o czym Grzegorz Markowski dzisiaj marzy?

Co chciałem dostać od życia, otrzymałem. Mam wspaniałą żonę, z którą jestem nieprzerwanie od 41 lat. Mam córkę i wnuczka. Żyję muzyką, którą kocham. To mi w zupełności wystarcza. Wokół jest tylu ludzi, którzy doświadczają różnych życiowych dramatów. Oddałbym im moje marzenia.

 


 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama