Marzenia o Kościele, marzenia o nas

Więź 10/2011

Marzy mi się Kościół… O tym marzeniu chcę tu opowiedzieć. Marzenia o Kościele są oczywiście zawsze także marzeniami o nas samych – bo to my Kościół tworzymy, to w Kościele wzrastają też ci, którzy go później jako instytucję reprezentują.

 

Marzy mi się Kościół, który się nie boi…

Źródłem lęku zawsze są jakieś zagrożenia. Niektórzy widzą ich tyle wokół siebie, że aż strach! Coś się na nas wiecznie czai – za węgłem, za biurkiem, za drzwiami, na ekranie telewizora, na szpaltach gazet, na wyborczych plakatach… Boimy się, że to czające się na nas „monstrum” coś nam zabierze, skądś nas zepchnie (najczęściej ze zdobytej z takim trudem pozycji), w czymś nas przyćmi… Skoro bowiem gdzieś udało się nam już wspiąć, coś zyskać czy nawet zdobyć, to za wszelką cenę nie chcemy tego stracić. Posiadamy…  

Posiadanie to nie tylko dobytek, który można wywieźć mniejszą bądź większą ciężarówką, to także nasze zdanie, opinie, pomysły, pozycja, dobre imię, przyzwyczajenia, przywileje, plany… Im dłużej żyjemy, tym więcej udaje się nam tego nazbierać. Jacyż my jesteśmy przez to ciężcy! Przyduszeni tym ciężarem tracimy lekkość, która unosiłaby nas ku Bogu. I zarazem boimy się, że moglibyśmy zostać tego balastu pozbawieni...

Napisane jest jednak w Biblii, że miłość usuwa lęk...(1J 14,8). Jeśli zatem w Kościele ciągle tyle lęku, to znaczy, że ludzie tego Kościoła – my, chrześcijanie – nazbierali cokolwiek za dużo, że instytucja Kościoła, której się na co dzień przyglądamy, zyskała pozycję i wypracowała tradycję, której nie chce utracić.

*

Marzy mi się Kościół, który nie boi się kontestatorów i buntowników. Oni przecież często z mozołem szukają prawdy, a kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami.

Kościół skutecznie zmieniali zawsze ci, którzy tkwiąc w nim i kochając go, nie bali się wytykać jego błędów. Zmieniali go nie sfrustrowani apostaci, lecz ci, którzy nie lekceważyli utartych dróg, ale jednocześnie wskazywali, że są inne, że nie trzeba się obawiać inności, bo do Boga wiedzie bardzo wiele dróg, także wewnątrz Kościoła.

Nasza ograniczoność chciałaby czasem zamknąć nieskończoność Boga w schemacie tego, co znane, a przez to bezpieczne i oswojone; tego, „co moje”. Dobre jest to, „co już było”, bo „zawsze tak było”… Kontestatorów postrzegamy jako wrogów, bo wytrącają nas z naszej „małej stabilizacji”. Nie narażaliby się jednak oni tak bardzo na ostracyzm, gdyby nie kochali Kościoła. Gdyby z Kościoła odeszli, mogliby nawet odgrywać pokrzywdzonych bohaterów wolności słowa. A jednak w nim zostają, znoszą podejrzenia i oskarżenia, traktowanie jak „element niebezpieczny” i odsuwanie od wpływania na jakiejkolwiek decyzje – czyli kochają.

Kontestatorów nie trzeba się bać. W tym, „co zawsze było” kryje się bowiem – jak to w Kościele – zarówno boski, jak i ludzki element. Tylko ten pierwszy jest niezmienny. Drugi zmienia się – tak jak zmieniają się czasy i wizje natchnionych artystów przedstawiających na sklepieniach kościołów święte postaci. Raz wyglądają one tak ascetycznie, że można by nimi zapełnić oddział dla anorektyków, a innym razem krągłe są jak w czas obfitości.

Dróg do Boga jest znacznie więcej niż natchnionych wizji, różnorodność jest bogactwem... Nie boi się krytyki Kościół otwarty na dialog.

*

Marzy mi się Kościół, który nie boi się słuchać świeckich. Duch Święty wieje przecież, kędy chce i Jego łaska spływa nie tylko na duchownych.

Taki Kościół jest nasz – nie ma w nim ostrego podziału na „my – duchowni” i „wy – świeccy”. W takim Kościele idziemy razem, pełniąc różne funkcje stosownie do zajmowanego miejsca. Funkcja nie oznacza jednak wyższości. Tutaj nie tylko czeka się, aż ktoś przyjdzie – tutaj wychodzi mu się naprzeciw! Taki Kościół głosi, ale jeszcze więcej słucha. Może raczej: słucha, żeby mógł głosić. Taki Kościół nas niesie... Nie trzeba przypominać, że jesteśmy za niego odpowiedzialni, bo mamy poczucie jego współtworzenia.

Taki Kościół jest miejscem spotkania... Spotykają się w nim ludzie wzajemnie otwarci na siebie. Nie wznoszą między sobą barier i nie dzielą się w czasie liturgii znakiem pokoju z kamiennym filarem, który „szczęśliwie” stoi w miejscu anonimowych bliźnich. Nikt w takim Kościele nie podnosi głosu i nie twierdzi, że posiadł wszelką możliwą wiedzę. W takim Kościele urzeka niewinność dzieci, entuzjazm młodych i doświadczenie starszych, wiedza teologów i prostota niewykształconych. Kościół jest „ich wszystkich”, bo to nasz Kościół... Jeśli nie uznamy, że wszyscy jesteśmy w nim ważni, to jakże inaczej możemy „być jedno”?

*

Marzy mi się Kościół, który nie boi się zaangażowania kobiet w misję głoszenia Dobrej Nowiny. One przecież na równi z mężczyznami mają udział w powszechnym kapłaństwie Chrystusa.

Wiele się zmieniło od czasów, w których powstawał Kościół. Zalecane przez św. Pawła milczenie kobiet w Kościele okazało się „dzieckiem czasu”. Może należałoby dzisiaj powiedzieć dokładnie odwrotnie: „kobiety, nie milczcie w Kościele!”? Nie milczcie, bo natura obdarzyła was wrażliwością, dzięki której patrzycie na świat inaczej niż mężczyźni. Wyjdźcie z ławek okupowanych przez was w ciszy na porannych Mszach i powiedzcie głośno, jak rozumiecie Kościół oraz czego mu waszym zdaniem brakuje! Może wtedy ci, co w senne poranki pokpiwają sobie z niezawodnej obecności w liturgicznych zgromadzeniach „matek Kościoła”, zrozumieją, że w Kościele nie jesteście tylko statystkami, a gdyby nie wasze grosze, to przejęci czasem aż nadto swoją funkcją włodarze nie mieliby czym opłacić rachunku za prąd?

Nauczanie w Kościele nie dokonuje się tylko w ramach liturgii, a wiedza teologiczna nie jest zastrzeżona jedynie dla mężczyzn. Zgłębiać ją mogą na równi kobiety i mężczyźni, na równi też mogą się nią dzielić, na równi służyć radą, wspierając Kościół. Jeśli Kościół z tego nie korzysta, sam siebie zubaża. Patrząc z perspektywy historii – mężczyźni dostatecznie dużo w Kościele „namieszali”. I nie o parytet tu bynajmniej chodzi ani o zamianę ról. Chodzi o dowartościowanie roli i posługi kobiet wykraczającej poza troskę o wikt i opierunek. Tej ostatniej nigdy nie kwestionowano; rzecz w tym, by kobiet w Kościele do tej roli nie ograniczać, bo to przecież Kościół ludzi równych: kobiet i mężczyzn – przybranych dzieci Boga.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama