Droga

Gdybyś znalazł się w Foncebadon, nigdy nie pomyślałbyś, że ktoś może mieszkać w takiej chatce. Stara, zaniedbana, z małymi, brudnymi oknami, żółtymi foliami zamiast firan, wystającą z dachu rurą robiącą za komin, ze zwisającymi drzwiami, mnóstwem rupieci przed domem. Znak, 1/2010



Robię dziwną minę, bo nic nie rozumiem. Jaki problem? Nogi? Marco pokazuje mi stopy – żadnego pęcherza, zadraśnięcia, pęknięcia. Jakby w ogóle nie przeszedł sześciuset kilometrów. A więc gdzie schował się problem? Okazuje się, że na rękach i plecach. Pogryzły go pluskwy. Marco przypuszcza, że do „wypadku” mogło dojść za miastem Leon, kiedy spał na świeżym powietrzu, ale tak naprawdę pluskwy mogły dopaść go wszędzie, bo uwielbiają miejsca, gdzie jest człowiek – hotele, schroniska, środki transportu. Krosty nie swędzą, ale mogą wywołać infekcję. Jeżeli w pobliżu nie ma lekarza, to mamy problem. Jedyne, co tak naprawdę możemy zrobić, to wyprać wszystkie ubrania, bo w nich też może gnieździć się insekt. Dlatego Marco chodzi w ciuchach Susan, bo jego własne schną na sznurze.

Siadamy na ganku w promieniach słońca i rozmawiamy.

– No, Marco, coraz lepiej z twoim angielskim – chwalę szczerze.

– Nie, nie, daj spokój, ciągle „school english” – skromnie zaprzecza.

Teraz jest tak: rozmawiamy po angielsku, a jeżeli czegoś Marco nie rozumie, tłumaczę na hiszpański. Opowiada mi o pięknej mesecie („Tylko żółty – piasek – i niebieski – niebo – i znowu żółty – słońce. Pięknie. Jak na pustyni”), o braku pieniędzy (za Leon spał na świeżym powietrzu, bo na schronisko nie było go stać. Teraz wybiera tylko albergue parroquial – schroniska parafialne – w których płaci się co łaska). Mówi też, że na razie nie widzi w sobie żadnej zmiany.

Do godziny dwudziestej drugiej oglądamy zdjęcia z camino, później kładziemy się spać. Kiedy rano się obudzę, Marca już nie będzie. I już nigdy więcej go nie spotkam.

Alfonso

Foncebadon to eksplozja znajomości. Atmosfera sprzyja. Alfonsa, rodowitego Hiszpana, poznaję podczas kolacji. Idzie od Leon, czyli ma za sobą siedemdziesiąt siedem kilometrów. Niewiele. Dzielenie camino na etapy jest typowe dla Hiszpanów. Rzadko kiedy przechodzą osiemset kilometrów tego samego roku. W jedne wakacje dwieście, w drugie sto itd., itp. I tak na camino schodzi im kilka lat.

Alfonso to weteran, tylko że na rowerze. Cztery razy przepedałował camino – w 2002, 2004, 2006 i 2007 roku. Pierwszy raz to była zabawa, drugi raz wojna – jeden chciał spać tutaj, inny tam, jeden potrzebował odpoczynku, inny wolał jechać; trzeci i czwarty raz to relaks – jedziesz i odpoczywasz. Ale w żadnym momencie nie poczuł się pielgrzymem. Był „bicigrini” (zlepek słów biciclista – rowerzysta i perergino – pielgrzym).

– Jadąc, jesteś sam, ale ta samotność nie mobilizuje człowieka do przemyśleń. Myślisz o sprawach bieżących – jak bezpiecznie dojechać do celu. Przyjeżdżasz do schroniska, spotykasz jakichś ludzi i wiesz, że już więcej ich nie spotkasz, bo twoje camino biegnie szybciej. Wędrówka to zupełnie inna kwestia. Zaczynasz sam, kończysz zawsze z kimś. Stale spotykasz tych samych ludzi, pogłębiasz znajomość. Na przykład Enrique poznałem wczoraj w schronisku, dziś znowu śpimy razem, a jutro planujemy wspólną wędrówkę.

Alfonso ma porównanie i już teraz wie, że idąc, przeżywa się dużo więcej. Ludzie bardzo ubogacają drogę. Nie żeby rower nic nie dawał, Alfonso na przykład bardzo się wyciszył, uspokoił.

Już nie wyobraża sobie wakacji bez camino. Rok temu wziął ślub, żona chciała na Teneryfę, on na Camino de Santiago, więc spędzili miesiąc miodowy osobno.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama