Chodzenie po grani

Ks. Andrzej Draguła

publikacja 14.06.2012 21:28

Rozczarowanie bywa szybkie i bolesne, a marzenia pryskają z hukiem w wyniku zderzenia z realiami. Mądrość radzenia sobie z kapłaństwem polega na tym, by wszystko to, co wywołuje rozczarowanie, uczynić bodźcem dojrzewania.

Tygodnik Powszechny 24/2012 Tygodnik Powszechny 24/2012

 

Kryzys i wypalenie grożą księdzu tak samo jak wszystkim. A może nawet bardziej. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, radykalizm kapłańskiego sposobu życia wynika z wezwania do naśladowania Chrystusa. Po wtóre, wobec księdza – jak chyba wobec nikogo innego – formułuje się bardzo wysokie oczekiwania społeczne. Niejeden z nas, księży, wcześniej czy później uświadamia sobie, że nie jest ani wystarczająco radykalny w naśladowaniu Chrystusa, ani wystarczająco doskonały w oczach ludzi.

Z tej świadomości może się zrodzić motywacja do dalszej pracy i zmiany. Ale może także stać się początkiem załamania czy depresji. To ryzyko wpisane jest w kapłańską tożsamość. Nie znaczy to jednak, że nie można zrobić nic, by to ryzyko zmniejszyć.

ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI

Realizm każe nam przyznać i przyjąć, że kapłaństwo jest – z jednej strony – nieopisywalną do końca przygodą duchową, z drugiej jest to chodzenie po grani, które zawiera w sobie ryzyko spadnięcia, błądzenia, a nawet zejścia na bezdroża. Tak pisał o tym przed laty ks. Janusz Pasierb: „Samotność. Tajemnica odstępstw, upadków i tragedii księży. To jest problem nie tyle celibatu, co sytuacji duchowej, będącej konsekwencją sakramentu pośrednictwa. Mówiąc o swoim »wywyższeniu«, Chrystus miał na myśli ukrzyżowanie. Księża (...) są »ludźmi pomiędzy Bogiem a ludźmi, między niebem a ziemią«. Mówiąc do Boga, księża muszą być po stronie ludzi; mówiąc do ludzi, muszą być po stronie Boga. Żyć między niebem a ziemią to nie jest sytuacja towarzyska. Celibat jest tylko zewnętrznym znakiem tej inności, straszliwego wyobcowania, jakie wybiera każdy ksiądz”.

Od razu rodzi się pytanie: czy wystarczająco dużo się o tym rozmawia – z kandydatami do kapłaństwa, z samymi księżmi, a także ze świeckimi, którzy przecież są jednym ze współczynników tej inności?

Na etapie seminarium nie da się ani wszystkiego powiedzieć, ani do wszystkiego przygotować. To oczywiste. Przecież podobnie jest w przypadku innych stanów czy zawodów. Koszary i poligon ćwiczebny to nie to samo, co pole bitwy. Wie o tym każdy żołnierz. Wojsko stara się go przygotować do każdej sytuacji, ale rzeczywistość wojny przechodzi najśmielsze wyobrażenia. Gdyby udało się przygotować żołnierzy do wszystkiego, co ich czeka w bitwie, nie byłyby potrzebne kliniki leczenia stresu pourazowego. Nawet sytuacja najbardziej zbliżona do późniejszych realiów jest tylko jakimś przedsmakiem tego, co będzie. Ważne, by ten przedsmak był jak najbardziej zbliżony do tego, czym kapłaństwo jest w rzeczywistości.

Właśnie dlatego na etapie seminaryjnym trzeba otwarcie mówić o blaskach i cieniach kapłańskiego życia: o radości ze służby Bożej i bólu samotności. Ostatecznie bowiem – bez względu na to, jak bardzo „otwarta” będzie to parafia – każdego dnia trzeba będzie zamknąć drzwi za wszystkimi wychodzącymi z plebani i pozostać sam na sam ze sobą i z własnym kapłaństwem.

OD ROZCZAROWANIA DO ODCZAROWANIA

Opuszczenie murów seminarium to radykalne przejście od wspólnoty do samotności. Jest tak zwłaszcza w przypadku księdza diecezjalnego. Kapłańska wspólnota na plebani jest często w dużej mierze tylko wspólnym zamieszkaniem pod jednym dachem. Wydaje się, że pod tym względem lepiej mają kapłani zakonni, gdzie cezura między seminarium a klasztorem nie jest tak radykalna. Przechodzi się z jednej do drugiej wspólnoty zakonnej.

Wspólnota zapewne niesie, chroni i pomaga. Nie jest jednak „lekiem na całe zło”, nie uchroni od wszystkiego, o czym świadczą choćby odejścia z kapłaństwa także we wspólnotach zakonnych, co zdarza się ostatnio niepokojąco często. Być może doświadczenie mojej diecezji nie jest do końca typowe, ale połowa parafii w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej to placówki jednoosobowe. Życie w absolutnej samotności, bez kolegi: księdza (zakonnika, mnicha) za ścianą, to realna teraźniejszość i przyszłość bardzo wielu kapłanów diecezjalnych. Po kilku czy kilkunastu latach wikariatu, czyli plebanijnej wspólnoty, większość z nich czeka samotność długodystansowca. Dlatego z niepokojem patrzę na tych moich młodszych braci, którzy nie znoszą ciszy własnego pokoju, którym jest źle z samym sobą i każdą wolną chwilę muszą spędzić u kogoś bądź z kimś. Nie wiem, w jakim kierunku powinna iść reforma życia seminaryjnego, ale jedno jest dla mnie pewne – musi ono lepiej przygotowywać do kapłańskiej samotności.

Nie ma – jak wierzę – decyzji wstąpienia do seminarium bez fascynacji kapłaństwem. Myślę, że należy to założenie przyjąć w każdym przypadku. Trwanie tej fascynacji w okresie seminaryjnym i już w samym kapłańskim życiu to nie tylko psychologiczny, ale także duchowy fundament trwałości powołania. Fascynacji nie należy jednak mylić z oczarowaniem, które szybko mija. Ks. Gisbert Greshake pisze: „Rozczarowanie jest zawsze od-czarowaniem. Do tej pory byłem czymś oczarowany, coś sobie wyobrażałem, może o czymś marzyłem, teraz natomiast coraz wyraźniej widzę rzeczywistość. I w tę właśnie rzeczywistość powinienem wchodzić, nie zaś w fałszywe ideały, utopie i marzenia”.

Znamy ten błąd z relacji małżeńskich i narzeczeńskich, gdy zamiast pokochać kogoś w jego realistycznym obrazie, zakochujemy się tylko w swoich wyobrażeniach o tej osobie. Rozczarowanie bywa szybkie i bolesne, a marzenia pryskają z hukiem w wyniku zderzenia z realiami. Mądrość polega na tym – pisze Greshake – by wszystkie czynniki, które wywołują rozczarowanie, uczynić czynnikami dojrzewania.

I tutaj właśnie rodzi się potrzeba fachowej pomocy – nie tylko ze strony spowiednika, ojca duchownego, ale także psychologa czy psychoterapeuty. Nie da się wszystkiego naprawić zaleceniem intensywniejszej modlitwy, gdyż poprawne życie duchowe musi bazować na zdrowej psychice. Niestety, przyznanie się do terapii czy konsultacji u psychologa stanowi wciąż środowiskowe tabu. Szkoda, bo – moim zdaniem – fakt zasięgania pomocy u psychologa stanowi o wiele bardziej dowód na dojrzałe podejście do problemów na styku kapłańskiej duszy i kapłańskiego ducha niż na niedojrzałość księdza.

 



POD OCHRONĄ

Pisałem wyżej, że dobrze by było, aby przedsmak kapłańskiego życia był zbliżony do jego smaku, czyli do księżowskiej codzienności. Z drugiej strony potrzebna jest w tym także pewna pedagogia. Powracając do żołnierskiej analogii, trzeba powiedzieć, że przecież rekruta nie wysyła się od razu na front. Gdybyśmy u progu kapłaństwa wiedzieli o kapłaństwie wszystko, mogłaby to być myśl – nie waham się powiedzieć – paraliżująca, a może nawet – przerażająca. Bóg nas przeprowadza stopniowo przez radości i trudności kapłańskiego żywota.

Właśnie dlatego Kościół powinien wypracować lepsze mechanizmy wspomagające zwłaszcza młodego księdza. Wysokie wymagania życia duszpasterskiego, gdzie nagle żąda się od niego doskonałości i fachowości w różnych dziedzinach, niejednokrotnie prowadzą do szybkiego załamania się. I choć to prawda, że nie da się nauczyć pływać, nie wchodząc do wody, prawdą jest również to, że zbyt głęboka woda grozi utonięciem. Sprawiedliwie wcale nie znaczy po równo. Także w odniesieniu do obowiązków duszpasterskich.

Zdaję sobie sprawę, że w poszczególnych przypadkach pole manewru jest niewielkie, ale nie bez określonych skutków dla kondycji młodego księdza jest to, ile musi wziąć godzin katechezy i w jakiej szkole. Podobnie jest z innymi działaniami duszpasterskimi, które najczęściej rozdzielane są po równo.

Równie ważny jest dobór pierwszych parafii: ze względu na ich specyfikę duszpasterską, jak i samą osobę proboszcza. Dobrze byłoby wybierać takie parafie, gdzie proboszczami są na przykład dawni moderatorzy seminaryjni, którzy mają doświadczenie wychowawcze, i im powierzać młodych księży. Taka formuła „stażu” dawałaby młodym kapłanom większe poczucie bezpieczeństwa i zapewniałaby bezpośrednią pomoc. Może należałoby wyznaczać opiekunów takich stażów, którzy pomagaliby młodym księżom przejść przez pierwsze meandry życia parafialnego, szkolnego, duszpasterskiego. Powiedzmy szczerze – nie każdy proboszcz się do tego nadaje.

***

I na koniec prośba. Greshake pisze: „Nierealistyczne byłoby rozprawianie o »duchowości« kapłana bez dokładnego przyjrzenia się otchłani kapłańskiej egzystencji”. Każdy z nas tej otchłani dotknął bądź dotknie. Trzeba o tym mówić. Byleby w kategoriach troski, a nie sensacji. Czasami tej troski brakuje. I to nie tylko ze strony biskupa czy innych księży – jak się zwykło mówić i uważać. Także ze strony świeckich. Stawianie księdza na piedestał wcale mu nie pomaga, gdyż izoluje go jeszcze bardziej. Zamiast pomnikowego uwielbienia przydałoby się więcej zwykłej ludzkiej życzliwości.

W ramach cyklu "Najtrudniejszy zawód świata" zapraszamy kapłanów i nie kapłanów do dyskusji: jakie doświadczenia okazały się Waszym największym zaskoczeniem, rozczarowaniem, niebezpieczeństwem? Jak radzicie sobie z trudnościami? Wszystkie teksty z cyklu można przeczytać na tygodnik.com.pl/najtrudniejszy-zawod

ANDRZEJ DRAGUŁA (ur. 1966) jest kapłanem diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Doktor hab. teologii, kierownik Katedry Teologii Pastoralnej, Liturgiki i Homiletyki na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i członek Rady Naukowej Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Zielonej Górze.
 
 
TAGI: