Epicykle sumienia

Józef Majewski

dodane 14.06.2012 21:35

Mimo wciąż obleganych konfesjonałów, coraz wyraźniej widać, że sakramentowi spowiedzi w Polsce, choć ma się lepiej niż na Zachodzie, doskwierają poważne choroby.

Tygodnik Powszechny 24/2012 Tygodnik Powszechny 24/2012

 

Z pozoru wszystko jest w porządku. Nasi księża – przynajmniej w okresie bożonarodzeniowym i wielkanocnym, ale także w maju, gdy Pierwsze Komunie, bierzmowania i święcenia kapłańskie – ledwo nadążają z wysłuchaniem penitentów. Przez nasze kościoły w tym czasie przelewają się potężne rzeki skruszonych grzeszników.

Życie eucharystyczne u nas posiada strukturę falową. Kiedy patrzymy na nasze kościoły w niedzielę i święta, okazuje się, że do Komunii przystępujemy niejako falami, przy czym ich wysokość zmienia się z pewną – dającą do myślenia – regularnością. Najwyższa fala – największa liczba – przyjmujących Komunię przelewa się w okresie największych świąt, kiedy wielu z nas pojednało się z Bogiem w sakramencie pokuty. Gdy jednak czas świąt mija, eucharystyczna fala z wolna maleje i słabnie. Po trzech, czterech tygodniach gwałtownie się załamuje. Jeszcze tydzień, może dwa, i już tylko wąski strumień wiernych płynie do Komunii. Coś potężnego i strasznego nadzwyczaj skutecznie powstrzymuje nas przed spotkaniem z Chrystusem eucharystycznym. Czym jest ta przemożna siła?

DZIECI DO PIEKŁA?

Teologia i doktryna od wieków podpowiadają tylko jedną możliwą odpowiedź: może to być wyłącznie grzech śmiertelny (ciężki). To on zrywa więź z Bogiem i otwiera przed ludźmi – o ile przyjdzie nam umrzeć w stanie tego grzechu – straszliwą otchłań wiecznego potępienia. Katechizm Kościoła Katolickiego: „Ten, kto ma świadomość popełnienia grzechu śmiertelnego, nie powinien przyjmować Komunii Świętej, nawet jeśli przeżywa wielką skruchę, bez uzyskania wcześniej rozgrzeszenia sakramentalnego” (nr 1457). Grzechy powszednie (lekkie) nie zamykają drogi do Eucharystii. Sakrament pokuty z konieczności wymaga wyspowiadania się z grzechów śmiertelnych, a nie powszednich, choć i te można wyznawać, do czego wierni są zachęcani. Jeszcze raz Katechizm: „Na spowiedzi penitenci powinni wyznać wszystkie grzechy śmiertelne (...)” (nr 1456). Grzechy powszednie odpuszcza Komunia Święta, ale „mogą [one] być darowane również w inny sposób – przez akt żalu, uczynki miłości, modlitwę, akty pokutne (...)” (Jan Paweł II, adhortacja o pojednaniu i pokucie „Reconciliatio et paenitentia”, nr 32). Czym jednak jest grzech śmiertelny?

Jest to – znowu papież z Polski – „akt, którym człowiek dobrowolnie i świadomie odrzuca Boga, Jego prawo, ofiarowane człowiekowi przez Boga przymierze miłości, gdyż woli zwrócić się do siebie samego, do jakiejś rzeczywistości stworzonej i skończonej, do czegoś przeciwnego woli Bożej (...). Człowiek czuje, że to nieposłuszeństwo wobec Boga zrywa więź z jego życiodajną zasadą: jest to grzech śmiertelny, czyli akt, który ciężko obraża Boga, a w końcu zwraca się przeciwko samemu człowiekowi z ciemną i potężną, niszczycielską siłą” (nr 17). Zatem ów grzech jest to wypływające z głębi serca człowieka w pełni świadome, wolne i dobrowolne, mroczne „nie” powiedziane Bogu, radykalne samookreślenie się przeciwko Niemu.

Czy to możliwe, by w ciągu zaledwie kilku tygodni ogromna rzesza wierzących w Polsce z podziwu godną regularnością nagle i równocześnie decydowała się z głębi swojego jestestwa rzucić Bogu straszliwe „nie”, by oddzielić się od Niego, porzucić Go i odrzucić? Czy to możliwe, by nagle tak wielu katolików, co tydzień przychodzących na Mszę, zaczęło świadomie i dobrowolnie łamać przykazania Boże: gardzić swoimi rodzicami, zabijać i mordować, kłamać i zwodzić w ważnej materii czy też zdradzać swoich mężów lub swoje żony? Można wątpić...

Wątpliwości rodzą się przede wszystkim w obliczu zdumiewającego faktu, że integralną część owej rzeszy wierzących „potępieńców” stanowią również... dzieci popierwszokomunijne. Im przecież nie sposób przypisać w końcu całkiem wyrafinowanej zdolności śmiertelnego grzeszenia, radykalnego aktu odrzucenia Boga. „Jest rzeczą oczywistą – pisał ks. Bernhard Häring, wybitny niemiecki teolog moralista – że nie można mówić o śmiertelnym grzechu u dzieci”. Dlaczego? Ten sam teolog pisze: „Żaden rząd cywilny, nawet najbardziej autokratyczny i totalitarny, nie mógłby sugerować, że dzieci siedmio-, ośmio- czy dziesięcioletnie mogą popełnić przestępstwo zasługujące na karę śmierci. Jaki zatem obraz Boga proponujemy, mówiąc o grzechu śmiertelnym u dzieci czy nawet niedojrzałej młodzieży? Grzech śmiertelny ma ten sam ciężar, co przestępstwo, które zasługiwałoby w oczach nieskończenie miłosiernego Boga na wieczne odrzucenie i całkowitą alienację. Zdolność rozumnego rozróżniania wymagana dla przyjęcia pierwszej Komunii Świętej jest całkowicie czymś innym niż to rozróżnienie, które jest warunkiem możliwości subiektywnego popełniania grzechu dostatecznie wielkiego, by zasługiwał on na wieczne potępienie”.

Pedagogika czy katechetyka, które zapoznają tę podstawową prawdę o zasadniczej niemożliwości popełniania przez dzieci grzechów śmiertelnych, mogą stać się przyczyną duchowych zniszczeń w dziecku, na zawsze określając jego pozbawiony ciepła, bliskości czy radości stosunek do Boga. Jakże często właśnie temu służy u nas choćby zaganianie (!) dzieci do comiesięcznej spowiedzi. Policyjny rygor, który temu towarzyszy (ścisłe ewidencjonowanie obecności w kościele, karteczki z podpisem spowiednika itd.), dobrze służy kształtowaniu w dzieciach poczucia, że taka obecność w konfesjonale jest świętym obowiązkiem, którego niewypełnienie jawi się jako grzech śmiertelny. Ileż razy słyszałem od drugo- czy trzecioklasistów podczas Mszy, kiedy (bezskutecznie!) zachęcałem ich do przystąpienia do Komunii, że przecież nie byli ponad miesiąc u spowiedzi. Jacy to teologicznie niedouczeni, bezwzględni i bezduszni mistrzowie duchowości stoją za tego rodzaju penitencjarną i policyjną katechetyką?

 

 

POLSKI MANICHEIZM

Dzieci tworzą eucharystyczną falę nie dlatego, że są zdolne do grzechu śmiertelnego, ale dlatego, że otrzymały taką penitencjarno-policyjną formację eucharystyczną i/lub naśladują starszych. Jak możliwa jest taka formacja? Jak możliwa jest ta nasza polska falowość eucharystyczna?

Myślę, że jedna z odpowiedzi na te pytania kryje się w fakcie, iż w naszej religijności ukształtowała się szczególna koncepcja grzechu śmiertelnego. Można ją nazwać „manichejską”. W koncepcji tej grzechem śmiertelnym staje się samo zanurzenie człowieka w... czasie. Sam czas jest w naszym mniemaniu grzechem radykalnie oddzielającym nas od miłosiernego Chrystusa eucharystycznego. Kilka tygodni bez spowiedzi nieuchronnie sprawia, że zaciągamy winę godną tylko piekła. Tymczasem manicheizm, przyjmujący, że zanurzenie w czas jest złem, już dawno został odrzucony przez Kościół. Czas dla człowieka wierzącego nie jest mroczną dziedziną grzechu. Przeciwnie – jest łaską, umożliwiającą człowiekowi tworzenie siebie podług nadziei zbawienia.

Polska falowość komunijna zdaje się również kryć w sobie pewną szczególną wizję Eucharystii. Odnoszę wrażenie, że bliska byłaby ona Pelagiuszowi (przełom IV–V wieku), słynnemu herezjarsze, który, najogólniej mówiąc, utrzymywał, że człowiek może zasłużyć na zbawienie sam o własnych siłach, bez pomocy łaski Bożej. Otóż, w perspektywie pelagianizmu Komunia wobec polskiej falowości eucharystycznej jawi się jako należna nam nagroda za osiągniętą – choćby na krótki czas – bezgrzeszność, którą zdobywamy niepojętym ludzkim wysiłkiem, wcześniej przystępując do spowiedzi. Taka „bezgrzeszność” niejako z konieczności winna być doceniona przez Boga. Czyż można się dziwić, że w ten krótki czas pozwalamy sobie na odważne kroczenie do Komunii? Przychodzimy wszak po to, na co sobie zasłużyliśmy – co się nam należy.

W takim świetle nie bardzo wiadomo, czemu – przez te kilka bezgrzesznych tygodni – mają służyć wielokrotne mszalne błagania o przebaczenie i zmiłowanie Boże: „Spowiadam się (...), że bardzo zgrzeszyłem/zgrzeszyłam”, „Panie, zmiłuj się nad nami”, „i odpuść nam nasze winy”, albo „nie jestem godzien/godna, abyś przyszedł do mnie”? Słowa te zdają się być wyłącznie nic nieznaczącą ornamentyką, wszak właśnie w tym „bezgrzesznym” czasie kilku tygodni jesteśmy absolutnie godni spotkania z Bogiem w Eucharystii.

Problem jednak w tym, że również pelagianizm został odrzucony przez Kościół. Eucharystia zawsze jest sprawowana „na przebłaganie grzechów”. Nie jest nagrodą za nieskazitelnie czyste życie moralne czy za dobrze odprawioną spowiedź, ale nieskończonym miłosierdziem okazanym ludziom, w których grzech miesza się ze świętością. Spotkaniem z bezwarunkowo przebaczającym Chrystusem, prawdziwie uświęcającym i uzdalniającym do świętego życia we wspólnocie usprawiedliwionych grzeszników.

WIELE DRÓG PRZEBACZENIA

Eucharystia wypala w nas wszystko to, co staje na drodze do pełnej komunii z Bogiem. Duch Święty przemienia nas czy – jak mówili Ojcowie Kościoła – „przebóstwia”, realnie i po najgłębsze włókna naszego człowieczeństwa. Ten tajemniczy i przedziwny proces przemiany nie kończy się wraz z chwilą ostatnich słów Mszy. Chrystus w Duchu Świętym nie opuszcza człowieka w przedsionku kościoła, gdy – po Eucharystii – zbliżamy się do wrót świątyni, by wyjść w świat. On razem z nami i w nas przechodzi przez te drzwi i w ów świat wchodzi. Niesiemy w sobie Jego uzdrawiający i wypalający grzechy ogień, który doprawdy niełatwo zagasić.

Grzechy są gładzone w sakramentach, ale sakramenty nie są jedynymi drogami gładzenia grzechów. Kościół zna wiele innych dróg ich darowania! Problem w tym, że zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy. Listę niesakramentalnych dróg odpuszczania grzechów można znaleźć w pouczających rozważaniach ks. Alfonsa Skowronka pt. „Z teologicznej problematyki pokuty”.

Podstawową drogą jest przede wszystkim miłość, która codziennie, bardziej lub mniej świadomie, wydarza się między ludźmi. Jakkolwiek niewiarygodnie może to brzmieć, prawdą jest, że „miłość zakrywa wiele grzechów” (1 P 4, 8). Na co dzień w relacjach międzyludzkich, w domu, na ulicy, w szkole czy w pracy, realnie doświadczamy przemieniającej mocy miłości, również jej mocy przebaczającej. Ona przywołuje i wyjednuje u tych, których skrzywdziliśmy, przebaczenie czy zapomnienie zła. Ustawicznie i my przebaczamy innym, dotknięci ich skruszoną miłością. Bez tego nasze codzienne życie, choćby w rodzinach, szybko stałoby się dla wszystkich piekłem. A przecież – chociaż życie może być piekłem – przynajmniej niekiedy staje się niebem, trudną radością, szczęściem w cierpieniu. Pamięć o takich chwilach zdolna jest napełnić pozostałe dni błogosławionym sensem, którym nawzajem obdarzamy się z innymi.

W relacjach między ludźmi miłość „zakrywa wiele grzechów”, dlaczego jednak nie potrafimy właśnie tak patrzeć również na nasze relacje z Bogiem? Dlaczego nasza większa lub mniejsza, bardziej lub mniej błądząca i poplątana miłość do Niego nie rodzi w nas przeświadczenia czy świadomości, że stopiona z Nim, czyli ostatecznie z samą Miłością, jest w stanie „ściągnąć” na człowieka – bez pośrednictwa księdza i konfesjonału – Jego przebaczenie?

Inną drogą odpuszczania grzechów jest przepowiadanie Dobrej Nowiny. Jeszcze dziś podczas Mszy, po odczytaniu fragmentu Ewangelii, możemy w kościele usłyszeć, szczególnie z ust starszych księży, ściszone: „Niech słowa Ewangelii zgładzą nasze grzechy”. Nic nie może zgasić zbawczego i realnie płonącego Bożego ognia wypalającego w nas – poprzez Ewangelię – pozostałości zła! Ten sam ogień płonie również podczas nabożeństw pokutnych, które, niestety, nie cieszą się u nas największą popularnością. A przecież są widomym znakiem – jakże często zapoznawanego przez nas – społecznego, międzyosobowego wymiaru naszych grzechów.

Inną drogą, na której dokonuje się Boże darowanie win, jest codzienna pokuta, rozumiana jako naśladowanie Jezusa Chrystusa. Ks. Skowronek pisze, że wśród czynów pokutnych, które wyjednują przebaczenie, można wymienić „modlitwę, post, jałmużnę, składanie ofiar na rzecz wielkich potrzeb ludzkości (na przykład dla krajów rozwijających się czy cierpiących wskutek klęsk żywiołowych), rezygnację z luksusu i rozrywek, niektórych dóbr konsumpcyjnych, używek; znoszenie cierpienia i niesprawiedliwości; czynną miłość bliźniego”.

 


SPOWIEDŹ NIESAKRAMENTALNA

W dziejach chrześcijaństwa praktykowany był jeszcze inny – dziś zapomniany – sposób uzyskiwania odpuszczenia grzechów, który obecnie niejako dopomina się o powrót do łask. Chodzi o tzw. spowiedź wobec świeckich. Praktykowanie tej spowiedzi znajdowało biblijne uzasadnienie w Liście św. Jakuba: „Wyznawajcie sobie zatem nawzajem wasze grzechy i módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie. Wielką moc posiada modlitwa sprawiedliwego. (...) jeśliby ktokolwiek z was zszedł z drogi prawdy, a drugi go nawrócił, niech wie, że kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi, wybawi jego duszę od śmierci i zakryje liczne grzechy” (5, 16. 19).

Odprawianie niesakramentalnej spowiedzi wobec osoby świeckiej, najczęściej męczennika czy mnicha, w Kościele Zachodnim przetrwało praktycznie do końca średniowiecza, w Kościele Wschodnim zaś właściwie trwa do dzisiaj (funkcja starca). Również w Kościołach protestanckich można spotkać się z taką formą odpuszczania grzechów. W historii Kościoła spowiedzi wobec świeckiego, szczególnie pod nieobecność księdza, przypisywano nawet moc darowania grzechów śmiertelnych. Św. Tomasz z Akwinu spowiedź tę nazywał wręcz sakramentem niepełnym, a św. Albert Wielki świeckiego, który wysłuchiwał grzechów, określał mianem szafarza wtórnego. Dzisiaj postuluje się powrót do praktyki spowiedzi wobec świeckich. Szczególne miejsce mogłaby ona znaleźć w życiu rodzinnym.

„Jeżeli Vaticanum II – pisze ks. Skowronek – nazywa rodzinę »Kościołem domowym« (ecclesia domestica) i »małym Kościołem« (ecclesiola), to dlatego że tam przede wszystkim istnieją szersze możliwości ożywienia tej formy spowiedzi. Mogłyby ją praktykować dzieci wobec swoich rodziców, przyznając się wieczorem do swych uchybień, po czym ojciec czy matka, lub oboje, kreśląc im na czole znak krzyża lub nakładając na nie swe ręce, zapewnialiby, że teraz i u Boga znalazły one darowanie win”. Szczególne znaczenie mogłaby mieć spowiedź praktykowana wobec siebie przez małżonków czy przez przyjaciół. Czyż nie dokonuje się ona bardziej lub mniej świadomie po trudnych chwilach kłótni małżonków, kiedy ów bolesny czas niezgody i niezrozumienia mija i wracamy, lepiej siebie zrozumiawszy, do codzienności? Czyż ta Boża przemiana nie dokonuje się, gdy ze łzami przytulamy łkające dziecko, które bez słów szuka u rodzica przebaczenia?

Boże przebaczenie dociera do człowieka także poprzez tzw. spowiedź pojednawczą, podczas której konkretna osoba wyznaje swoje grzechy wobec osoby, której grzechy wyrządziły zło. Nasze życie pełne jest tego rodzaju grzechów (kłótnie, ubliżanie sobie, obmowy, nazbyt pospieszne ocenianie, oszczerstwa, drobne kradzieże itp.). Poszukiwanie wzajemnego przebaczenia przyjmuje tu najprostsze formy codziennych ludzkich kontaktów: przeprosin, przyjaznej rozmowy, zaproszenia na kawę, cichej modlitwy itp.

Wszystkie tego rodzaju codzienne „rytuały” kryją w sobie sens religijny, nieskończenie angażując miłosiernego Boga, Jego przebaczenie. Przecież w naszym życiu, w naszych drobnych skończonych sprawach codzienności nie ma chwili, byśmy nie wędrowali nad przepaścią nieskończonej obecności Boga, Jego miłosiernej łaskawości. Jezus w Ewangelii Marka mówi: „Jeżeli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj” (5, 23).

DOŚWIADCZENIA WYZWOLENIA

Drogą do Bożego przebaczenia grzechów jest przede wszystkim wewnętrzne nawrócenie, czyli uznanie swojego grzechu za zło uderzające w naszą więź z innymi ludźmi, z nami samymi i z Bogiem. Tą drogą jest żal za zło, które zraniło innych, nas samych i Boga, oraz zwrócenie się do Niego o przebaczenie. Kto chociaż raz w życiu doświadczył autentycznego nawrócenia, wie, że integralnym jego elementem jest również doświadczenie głębokiego oczyszczenia, realnej przemiany, która dokonuje się na dnie naszego serca, promieniując na całość naszego jestestwa, wypełniając nas większą wolnością. Zdobywamy wewnętrzną pewność, że Bóg położył na nas swoją wyzwalającą rękę, podniósł i prowadzi, chociaż równocześnie jest to najbardziej nasze własne, osobiste podnoszenie się i kroczenie.

Wielość pozasakramentalnych dróg Bożego odpuszczania grzechów pokazuje, że życie konkretnych ludzi nie od święta, ale ustawicznie i z dnia na dzień nawiedza przebaczenie Boga, który realnie wyzwala nas od grzechów. Tam, gdzie Bóg uobecnia się w swoim Duchu, a więc w każdym z nas, tam uobecnia się Boże przebaczenie. Odkrycie wielu codziennych dróg Bożego pojednania pozwala optymistyczniej i cieplej patrzeć na naszą codzienną przygodę z Bogiem i bliźnimi. On jest zainteresowany nie naszą grzesznością, ale wyzwalaniem z niej, a tym samym naszą świętością, ku której nas codziennie prowadzi i którą wciąż i zawsze w nas uobecnia.

Istnienie wielu dróg odpuszczania grzechów uświadamia nam, że jest w nas mniej grzechu, zła i jego skutków, niż się nam zazwyczaj wydaje i do czego przyzwyczaiła nas tradycyjna katecheza czy duszpasterstwo. A to oznacza, że – pisze ks. Skowronek – na nowo odkryte stare „sposoby gładzenia grzechów należy brać poważnie i pobudzać zaufanie wiernych do tych form odpuszczania win. Przemilczanie tych możliwości uwalniania się od grzechów i ograniczanie ich odpuszczania tylko do sakramentu pokuty doprowadziło u wielu wiernych do nieznośnej mechanizacji spowiedzi, w której odpuszczenie grzechów jest podobne do starcia brudnej tablicy szkolnej. (...) Czy sakrament pokuty nie zyskałby na wyrazistości, gdyby został wkomponowany w większy kontekst dróg nawrócenia i odnowy chrześcijańskiej?”.

Wyrazistość taka jest potrzebna polskiej religijności jak powietrze. Może być lekarstwem choćby na jej choroby sakramentalnego „manicheizmu” i „pelagianizmu”, otwierając przed wierzącymi – nie wiedzieć dlaczego zamknięte – bramy do spotkania z Chrystusem eucharystycznym.

Pustoszejące konfesjonały nie muszą być dowodem kryzysu wiary i śmiertelnych chorób sumienia, przeciwnie – mogą świadczyć o ich dojrzałości.