Ksiądz też trener

Piotr Włoczyk

dodane 17.08.2012 10:14

– Księdzu, naucz mnie skręcać w lewo, bo nie umiem – mówią ci, którzy zwykle „cwaniakują” na szkolnych korytarzach. Na lodzie, bieżni czy bokserskim ringu pokornieją od razu.

Tygodnik Powszechny 33/2012 Tygodnik Powszechny 33/2012

 

Choć ks. Zbigniew Dudek, paulista z Masłońskiego koło Częstochowy, to zapalony sportowiec, przyznaje sam: oglądanie igrzysk jest nie dla niego. Ponad trzydzieści lat temu znalazł lepszy sposób na przysłużenie się polskiemu boksowi niż dopingowanie pięściarzy na ekranie telewizora.

I trzyma się go do dziś. Trzy razy w tygodniu po dwie godziny wyciska z młodzieży siódme poty, trenując założony przez siebie ministrancki klub bokserski San Paulo Masłońskie. Klub jest oficjalnie zarejestrowany w Polskim Związku Bokserskim, a w ciągu kilkunastu lat swojego istnienia wychował nawet jednego wicemistrza kraju.

Ale trening bokserski idzie w parze ze wzmacnianiem wiary – spod dresu trenera San Paulo Masłońskie wystaje koszula z koloratką. – Podczas zajęć dużo rozmawiamy o duchowości – zapewnia ks. Dudek. – Nie omijamy też tematów wychowawczych. Nawet ćwicząc uniki, można rozmawiać ze sparing-partnerem o sprawach wyższych.

WEJŚCIÓWKA NA MSZĘ

Do stycznia trenował młodzież w piwnicy domu paulistów w Masłońskiem, przy ulicy Sportowej. Potem, na zaproszenie wójta – zapalonego kibica klubu – przeniósł się wraz z podopiecznymi do gminnej sali gimnastycznej. Patrząc, z jaką energią ks. Dudek wymachuje swoim uczniom przed oczami tarczami bokserskimi, trudno uwierzyć, że sam niedawno skończył 60 lat. Na treningi przychodzi nawet trzydzieści osób, ostatnio pojawiają się również dziewczyny.

Tu, na sali gimnastycznej, ks. Dudek, jak sam mówi, zamienia ciamajdy w mężczyzn. Za usługi trenerskie pobiera jednak nietypową „opłatę”. – Chłopakom, którzy nie są związani z Kościołem, mówię tak: słuchajcie, ja was trenuję za darmo, ale uważam, że każdy z was powinien mi zapłacić za to udziałem w niedzielnej Mszy świętej. Kiedyś było z tą zapłatą kiepsko, ale ostatnio sytuacja się poprawiła i chłopcy częściej pojawiają się w kościele – mówi zadowolony ksiądz-trener i dodaje z dumą, że żaden z jego podopiecznych nie zszedł na złą drogę i nie użył w „złej” sprawie umiejętności przekazanych mu przez trenera.

Młodzież uczy się „szermierki na pięści” od nie byle kogo. Pierwsze szlify w boksie ks. Dudek zdobywał w Starcie Częstochowa. – Wziąłem się za ten sport, gdy w drugiej klasie technikum hutniczego dostałem w nos – wspomina. Czy miał po drodze kryzys wiary (w sport, rzecz jasna)? Przyznaje, że przeżył załamanie, gdy po wstąpieniu do seminarium stwierdził, że boks nie za bardzo pasuje do wizerunku kapłana i że trzeba „spoważnieć”. – Dziś już tak oczywiście nie myślę – śmieje się.

Księża-sportowcy już dawno przestali w Polsce dziwić, ale wielu uważa, że dziś sport – jak nigdy dotąd – jest potrzebny w walce o przyciągnięcie młodych do Kościoła.

– W dzisiejszych czasach coraz trudniej jest oderwać młodzież od wirtualnego, pustego świata. Najlepszy sposobem, by odciągnąć młodych ludzi od ekranu i jednocześnie przyciągnąć ich do Boga, jest właśnie sport – mówi ks. Edward Pleń, krajowy duszpasterz sportowców. Do końca igrzysk ks. Pleń jest w wiosce olimpijskiej w Londynie, gotowy wspierać polskich zawodników dobrym słowem. I choć cieszy go, że wielu naszych reprezentantów w ferworze walki o medale nie zapomina o Bogu, przyznaje, że z nowymi sposobami dotarcia do młodych wiążą się również pewne problemy.

– Patrząc na frekwencję na nabożeństwach, musimy uderzyć się w piersi i poszukać nowych metod ewangelizacji, dotarcia do ludzi. Nie zawsze wypada nam np. zaproponować młodzieży zorganizowanie takiej dyskoteki, jakiej by chciała. Ale księża, którzy uprawiają sport, wiedzą, że to właśnie on może otworzyć ludziom drogę do Kościoła. Duchowny, dzięki sportowej pasji, może stać się autorytetem – przekonuje ks. Pleń.

AUTORYTET NA LODZIE

Teatr, muzyka i sport – to zdaniem ks. Mateusza Dudkiewicza, 30-letniego wikariusza z parafii Jezusa Chrystusa Odkupiciela Człowieka w Bielsku-Białej, trzy najlepsze sposoby na dotarcie z wiarą do młodzieży: – Najciekawszym z nich jest dla mnie aktywność fizyczna. A dokładniej: hokej.

Ks. Dudkiewicz trenuje młodych hokeistów od czterech lat. Sam jest zawodnikiem Cieszyńsko-Jastrzębskiego Towarzystwa Hokejowego „Czarne Pantery”. W tym roku rozpoczął treningi na lodowisku w Bielsku-Białej w ramach szkółki hokejowej, zorganizowanej pod patronatem Fundacji Drachma. W przeciwieństwie do młodzieży, którą opiekuje się ks. Dudek, niektórzy hokeiści z Bielska-Białej stanowią dla swojego trenera nie lada wyzwanie wychowawcze. Wśród młodych sportowców jest m.in. 12 chłopaków z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii dla „trudnej” młodzieży, w którym pracuje ks. Dudkiewicz.

 

 

 



– Chłopaki, którzy na co dzień „cwaniakują” na szkolnych korytarzach, na lodzie momentalnie pokornieją, bo nie potrafią jeszcze jeździć, a co dopiero mówić o graniu. Często słyszę z ich ust teksty w rodzaju: „Księdzu, naucz mnie skręcać w lewo, bo nie umiem” – opowiada ksiądz trener. I dodaje, że dzięki sportowi łatwiej się dogadać. Hokej jest sportem kontaktowym, nie obejdzie się bez zdrowej rywalizacji, podopieczni muszą się uczyć współpracy. Aby wytrwać, potrzeba dużego samozaparcia. Wszystko to przydaje się potem w życiu. – Na lodowisku bywa twardo, ale to właśnie im imponuje. Gdy zabrałem swoich „łobuzów” z gimnazjum na taflę i zobaczyli, że nie odpuszczam, to po meczu słyszałem z uznaniem: „ale żeś mu, księdzu, przywalił”.

Zajęcia hokejowe ks. Dudkiewicza nie zawierają elementów bezpośrednio związanych z wiarą. Trener w bardziej subtelny sposób „wpuszcza” Boga na lodowisko.

– Ucząc się rywalizacji i współpracy, przekazujemy sobie wartości – mówi. – Jeśli moi uczniowie zobaczą, że my, księża, jesteśmy „w porzo”, to przy okazji uwierzą, że Pan Bóg też jest „w porzo” i prędzej czy później otworzą się na Niego.

Z zadowoleniem zaznacza, że niektórzy z wychowanków przejęli od niego zwyczaj dotykania ręką tafli i żegnania się przed rozpoczęciem treningu.

– Hokej uczy przede wszystkim tego, że nie ma nic za darmo, bo trzeba przykładać się do treningów, żeby coś z nich było. Poza tym kształtuje charakter, rozwija fizycznie, uczy też współpracy, bo krążek jest szybszy od najszybszego nawet zawodnika, więc bez współpracy z innymi nie da rady strzelić gola – mówi ks. Dudkiewicz.

– Boks dał mi charakter, uporządkował mnie. Charakter boksera to charakter stały: cierpliwość, wytrwałość, słowo i przestrzeganie obowiązków – dopowiada ks. Zbigniew Dudek. To wszystko może się tylko przysłużyć pogłębieniu wiary.

Czy to oznacza, że księża, którym nie po drodze jest z hartowaniem ciała, są mniej doskonali? Dudek zaprzecza: – Każdy rozwija się według swojej metody. To wcale nie jest tak, że sport jest dla każdego. Jeżeli ktoś zapytałby się mnie, czy boks pomaga mi w pogłębianiu wiary, to odpowiedziałbym twierdząco, ale to wcale nie znaczy, że inni duchowni mają żyć tak samo jak ja.

BIEGIEM DO BOGA

Z zachęcaniem do aktywności fizycznej nie ma żadnego problemu ks. Piotr Popis z parafii w Pionkach. Odkąd cztery lata temu – w wieku 39 lat – na poważnie wciągnął się w bieganie, twierdzi, że towarzyszą temu same zalety, które poleca też innym duchownym.

– Dzięki bieganiu jestem bardziej konsekwentny w tym, co sobie postanowię. To się przekłada na codzienne życie. Uprawianie sportu sprzyja trwaniu przy tym, co dobre, właściwe i buduje dobre relacje. A poza tym podczas biegania naprawdę „wytwarza się” niesamowita radość. No i, co ważne, odkąd biegam, ani razu nie wziąłem do ust antybiotyku! – cieszy się maratończyk z Pionek.

Radości rzeczywiście jest chyba sporo, skoro ks. Popis nie schodzi poniżej czterystu kilometrów miesięcznie, bez względu na to, czy bieganiu towarzyszy upał, czy zamieć śnieżna. Plan na rok 2012 przewiduje pokonanie pięciu tysięcy kilometrów.

– Wśród księży nie brakuje miłośników piłki nożnej i siatkówki – mówi maratończyk z Pionek. – Biegaczy, niestety, nie ma zbyt wielu. Rok temu w biegu „Śladami Jana Pawła II” na sześciuset zawodników wystartowało raptem tylko kilku księży. To zdecydowanie za mało. A przecież biegający kapłan jest bliżej wiernych, jest bardziej ludzki i ludzie chętniej się do niego garną.

Również w przypadku księdza-maratończyka wiara bezpośrednio przecina się z ukochanym sportem. W weekend 11-13 sierpnia ks. Popis prowadzi pierwszą Pielgrzymkę Biegową z Radomia do Częstochowy. Wśród uczestników nie brakuje młodzieży. W ciągu trzech dni pielgrzymi w biegówkach pokonają dystans 200 kilometrów.

Jakie miny będą mieli uczestnicy pieszych pielgrzymek, idących na Jasną Górę, gdy dowiedzą się, że mijający ich biegacze to pielgrzymi, którym trochę bardziej spieszy się do Czarnej Madonny? Skoro, zdaniem krajowego duszpasterza sportowców, Kościół coraz mocniej ma wcielać w życie zasadę „w zdrowym ciele zdrowy duch”, nie powinni być w końcu aż tak zdziwieni.