Mówili o nas: Partisanen! Banditen!

Z Janiną Chmielińską SJK, uczestniczką Powstania Warszawskiego, rozmawia Józef Augustyn SJ

publikacja 18.07.2014 21:36

Myślałam już, że czeka mnie Pawiak. Ale na wierzchu moich rzeczy leżał podręcznik do nauki języka niemieckiego. Kiedy zobaczył ją kontrolujący nas hitlerowiec, powiedział tylko: „Sher gut!” – „Bardzo dobrze!” i puścił mnie. Doszłam więc do szkoły.

Życie Duchowe Lato/2014 Życie Duchowe Lato/2014

 

Ile lat miała Siostra, kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie?

Szesnaście. W trakcie Powstania skończyłam siedemnaście lat.

Czy Siostra czuła się gotowa do wzięcia udziału w wojnie?

Walczyć po prostu trzeba było. Tego wymagała sytuacja. Dzisiejsze dyskusje na temat zasadności wybuchu Powstania są dla mnie jałowe. Trudno przecież oceniać Powstanie, jeśli się w nim nie brało udziału, nie żyło w tamtym czasie. Doświadczając przez wszystkie lata okupacji ciągłego napięcia i zagrożenia śmiercią, czuliśmy, że musimy stanąć do walki.

Czy – jeszcze przed wybuchem Powstania – przeżyła Siostra takie bezpośrednie zagrożenie życia?

Na początku okupacji, w grudniu 1939 roku, moja koleżanka Zofia Stefanowska powiedziała mi, że na Nowym Świecie przy ul. Wareckiej Niemcy dokonali pierwszego rozstrzelania i że trzeba tam pójść. Pobiegłyśmy więc na Warecką. Na chodniku były jeszcze świeże ślady krwi. Nachyliłyśmy się, by położyć w tym miejscu kwiaty. Wtedy jakiś Niemiec zaklął i pchnął nas w głąb Wareckiej, krzycząc „Dummen Kindern!” – „Głupie dzieci!”. Uchronił nas zapewne przed zatrzymaniem.

Czy chodziła Siostra w czasie wojny do szkoły?

Niemcy chcieli zrobić z nas naród parobków i siły roboczej. W Generalnej Guberni funkcjonowały więc jedynie szkoły podstawowe i zawodowe. Było też oczywiście tajne nauczanie na poziomie średnim i wyższym. Ponieważ jednak w tajnych kompletach brała już udział moja starsza o cztery lata siostra Rysia, ojciec stwierdził, że jeszcze jedna córka na kompletach to zbyt duże ryzyko. Zaczęłam więc naukę w szkole zawodowej – w handlówce, do której uczęszczałam dwa i pół roku.

Jak zatem Siostra znalazła się w konspiracji?

W którymś momencie zauważyłam w rzeczach mojej siostry podziemną gazetkę. Zapytałam ją, do jakiej organizacji należy. Rysia jednak odparła tylko, że najgorzej, jeśli do „tych spraw” wtrącają się dzieci. Nic więcej mi nie powiedziała. Pomyślałam wtedy „bez łaski” i postanowiłam poradzić sobie sama. W 1943 roku przystąpienie do konspiracji, do organizacji „Miecz i Pług”, zaproponowała mi jedna z koleżanek – Jolanta. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy z charakteru tego ruchu, który prawdopodobnie nawet kolaborował z Niemcami. Najważniejsze było dla mnie zaangażowanie w działalność podziemia.

Zbiórki mieliśmy na Żoliborzu. Po miesiącu odbyła się przysięga. Jakiś czas po niej komendantka zapytała mnie i moją koleżankę, czy nie chcemy przystąpić do partyzantki i wyjechać nad Bug. My, oczywiście, chciałyśmy. Dlaczego nie? Wiedziałam jednak, że ojciec nie puści mnie do lasu. Zostawiłam mu więc tylko piękny list, w którym napisałam, że trzeba iść, bo ojczyzna wzywa.

Ostatecznie jednak nie wyjechała Siostra nad Bug.

Wokół całej sprawy zrobił się nagle wielki szum. Dowództwa różnych organizacji podziemnych kontaktowały się ze sobą i wyszło na jaw, że „Miecz i Pług” wysyła do lasu nieletnich, dzieci, które nie mają jeszcze nawet kenkarty, dokumentów wydawanych przez okupanta osobom od szesnastego roku życia. Wybuchł skandal i ostatecznie nasza komendantka nie zabrała nas nad Bug, gdzie zresztą zginęło wielu młodych ludzi, dosłownie dzieci. Zamiast więc walczyć w partyzantce za ojczyznę wróciłam niepocieszona do domu i zaczęłam naukę w szkole krawiecko-farbiarskiej. Przed wojną było to II Żeńskie Gimnazjum i Liceum im. Jana Kochanowskiego. Tam w konspiracji jeszcze przed Powstaniem zdałam małą maturę. Kompletami tajnego nauczania kierowała pani dyrektor Maria Rościszewska. To ona zaproponowała, bym wstąpiła do tajnego harcerstwa, działającego na terenie tej szkoły.

Jak wyglądały wasze zbiórki?

Naszą harcmistrzynią była Hanka Zawadzka, na którą wszystkie patrzyłyśmy z wielkim podziwem. Pod nosem Niemców potrafiła organizować zbiórki setek dziewczyn. Odbywały się one w różnych mieszkaniach i domach, gdzie tylko można było je w miarę bezpiecznie zwołać. Zdarzały się zbiórki także w naszym mieszkaniu przy ul. Foksal 13. Były też biwaki w Natolinie. Dziś to część Warszawy, wtedy jednak wyjazd do Natolina wydawał się wielką wyprawą za miasto. Miałyśmy normalne harcerskie szkolenie oraz szkolenie sanitarne z praktyką w szpitalach. Szkolenie sanitarne prowadziła Krystyna Osińska, studentka medycyny. Obejmowało ono robienie zastrzyków, bandażowanie, udzielanie pierwszej pomocy. Pamiętam, że wszystko to bardzo nas wtedy bawiło. Tak naprawdę byłyśmy jeszcze dzieciakami i nie odczuwałyśmy grozy sytuacji, choć przecież z niebezpieczeństwem i zagrożeniem wszyscy spotykaliśmy się na co dzień.

Wspomniałam na początku o sytuacji na Nowym Świecie, którą przeżyłam w 1939 roku. Pamiętam też inne późniejsze tego typu zdarzenia. Na przykład z początku maja 1944 roku. Ukazało się wtedy drugie podziemne wydanie Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego. Jeden egzemplarz książki miałam przenieść ze Śródmieścia na Saską Kępę. Wcześniej jednak poszłam do szkoły. Tramwaj, którym jechałam, został w pewnym momencie zatrzymany. Kazano wszystkim wysiąść i pokazać zawartość toreb. A u mnie w teczce oprócz szkolnych podręczników egzemplarz zakazanej książki.

Udało się jednak Siostrze wyjść z tej opresji.

Myślałam już, że czeka mnie Pawiak. Ale na wierzchu moich rzeczy leżał podręcznik do nauki języka niemieckiego. Kiedy zobaczył ją kontrolujący nas hitlerowiec, powiedział tylko: „Sher gut!” – „Bardzo dobrze!” i puścił mnie. Doszłam więc do szkoły. Koleżanka, która też należała do harcerstwa, zapytała, dlaczego jestem taka zielona, a ja po prostu zbladłam ze strachu i przejęcia. Gdy opowiedziałam jej, co się stało, nakrzyczała na mnie, że 3 maja, kiedy wiadomo, że wszędzie mogą być kontrole, także w szkole, wyszłam z domu z zakazaną literaturą. Kazała mi od razu zanieść książkę na Saską Kępę i pod żadnym pozorem nie wsiadać do tramwaju, tylko iść pieszo.

 

 

Gdzie zastał Siostrę wybuch Powstania?

Nasz zastęp został przydzielony do V Zgrupowania „Kryska”. Jeszcze w lipcu 1944 roku w ramach Rady Głównej Opiekuńczej byłyśmy z dziećmi na kolonii letniej. Wszyscy wiedzieliśmy już, że coś się szykuje. Od wschodu nadchodzili przecież Rosjanie. Kiedy wróciłam do Warszawy, miałam od razu wezwanie od naszej komendantki z ramienia Armii Krajowej doktor Ireny Semadeni, pseudonim „Doktor Konstancja”. To na jej ręce w połowie lipca złożyłyśmy przysięgę wojskową i stałyśmy się zaprzysiężonymi żołnierzami Armii Krajowej.

W mieście tymczasem widać było grupki młodych ludzi w ciężkich butach, tak zwanych narciarach, a był przecież środek upalnego lata. Niektórzy przenosili coś pod płaszczami, niewykluczone, że broń. Widać było, że coś się zacznie. Niemcy zapewne też zdawali sobie z tego sprawę. Pod koniec lipca razem z kilkoma koleżankami stawiłam się w miejscu naszego zgrupowania, którym był budynek ZUS-u przy ul. Książęcej, gdzie miał być szpital polowy. Po dwóch dniach mogłyśmy się jeszcze rozejść do domów i dopiero 1 sierpnia dostałyśmy rozkaz: wszyscy na swoje punkty. O czternastej wyszłam więc z naszego domu przy ul. Foksal 13, by dotrzeć na miejsce zbiórki.

Bliscy nie próbowali Siostry zatrzymać?

Moja mama zmarła, gdy miałam cztery lata. Kiedy powiedziałam ojcu, że idę do Powstania, był zdziwiony. Nie przypuszczał, że harcerstwo może skończyć się wstąpieniem do Armii Krajowej. Nie zatrzymywał mnie jednak. Powiedział tylko zszokowany: „Ale ty młodsza córka?”. Siostra Rysia też brała udział w Powstaniu. Jej miejscem zbiórki był plac Napoleona.

W budynku ZUS-u byłam razem ze swoimi koleżankami z harcerstwa: Zofią Rusiecką, pseudonim „Zocha”, Janiną Bem, pseudonim „Nina”, Danutą Remiszewską – „Remi”, Henryką Żukowską – „Żuk”, Halą Wilczyńską – „Wilk” i Bogną Chwałkiewicz – „Bogda”. Ja przybrałam pseudonim „Chmiel”. Naszym zadaniem była służba sanitarna. Miałyśmy białe fartuchy i opaski z czerwonym krzyżem. Kiedy padły pierwsze starzały, w tych białych fartuchach pobiegłyśmy po pierwszych rannych na ul. Frascati. To było bardzo nierozsądne, bo w tych białych fartuchach stanowiłyśmy doskonały cel dla Niemców i tak zwanych gołębiarzy, czyli folksdojczów, którzy z okien okolicznych kamienic celowali do powstańców.

W budynku ZSU-u byłyśmy do 16 sierpnia. Tam pod ciągłym obstrzałem znosiłyśmy rannych z kilku najbliższych ulic, między innymi z: Książęcej, Ludnej, Rozbrat, Czerniakowskiej. Oprócz służby sanitarnej miałyśmy też nocną wartę przy bramie. Pamiętam, że ciągle byłam zmęczona. Człowiek po prostu padał z nóg, gdzie się dało, na chwilę odpoczynku. Od razu zasypiałam i na wartę trudno mnie było dobudzić, ale jak usłyszałam „«Chmiel», ranni”, od razu się zrywałam, chwytałam torbę sanitarną i już byłam gotowa. A rannych ciągle przybywało. Kiedyś w nocy wezwano nas do rannych na terenie gazowni przy ul. Ludnej. Nachyliłyśmy się nad jednym z nich i słyszymy: „Banditen, Partisanen”. To był Niemiec! Chwila rozterki moralnej, a potem obowiązująca nas pomoc rannemu.

Kapelanem naszego zgrupowania był błogosławiony dziś męczennik drugiej wojny światowej ks. Józef Stanek. 14 sierpnia zapytał mnie i moją koleżankę „Remi”, czy nie chcemy się wyspowiadać. Byłyśmy wtedy w okresie poszukiwań i pytań dalekie od praktyk religijnych i do spowiedzi dawno nie przystępowałyśmy. Wtedy jednak obie się wyspowiadałyśmy, a dwa dni później „Remi” zginęła w okolicach ul. Okrąg 4a, biegnąc do rannych. To był dla nas szok. Nasza koleżanka nie żyje. Ktoś nam tak bardzo bliski, z kim wiele przeszłyśmy w konspiracji. „Remi” jako jedyna ze zgrupowania miała pogrzeb, trumnę zbitą z jakichś desek i czerwone goździki, po które z narażeniem życia czołgała się do ogrodów przy ul. Frascati „Zocha”. Potem już nie było na takie uroczystości ani czasu, ani możliwości.

W budynku ZUS-u była Siostra do 16 sierpnia. Co było później?

16 sierpnia przydzielono nas do szpitala polowego właśnie przy Okrąg 4a, gdzie zginęła „Remi”. Szpitalem tym kierowała wspomniana „Doktor Konstancja”. Byłyśmy tam sanitariuszkami, łączniczkami, ekipą ratującą zasypanych pod gruzami kamienic, zbierałyśmy zabitych, roznosiłyśmy meldunki. Najtrudniejsze było wydobywanie ludzi spod gruzów. Nieraz miałyśmy kontakt z zasypanymi, ale uwolnienie ich okazywało się niemożliwe, bo na przykład osuwała się kolejna ściana i nic już nie można było zrobić. Były też sytuacje, kiedy trzeba było szybko decydować, kogo ratować, bo byłyśmy tylko dwie, a nieprzyjaciel tuż-tuż. Przenosiłyśmy więc jednych rannych ze świadomością, że innych zostawiamy na pewną śmierć. To były prawdziwie dramatyczne decyzje.

Pamiętam też z tego okresu bardzo bolesny dla mnie moment, kiedy ubezpieczałam chłopaka mającego wykonać wyrok na jednym z „gołębiarzy”. Mieliśmy straszne opory przed zabiciem człowieka: i rozstrzeliwujący, i ja stojąca obok. Chłopcy w ogóle nie rwali się do zabijania. Bywało, że przed akcją pytali nas: „Nie masz gorzałki?”. Były więc rozterki, ale rozkaz to rozkaz.

To była wojna.

Zaczynało robić się naprawdę gorąco. Naloty i ataki niemieckie nasilały się. Ostrzeliwano nas z każdej strony. Zaczęło się prawdziwe piekło. Pod koniec sierpnia musieliśmy przenieść rannych do piwnic budynku Banku Polskiego przy ul. Okrąg 2. Dziś, kiedy wspominam tamte dni, widzę, jak wiele w nas było jeszcze z dzieci. Nieraz przychodziły starsze, dwudziestoletnie sanitariuszki i mówiły: „«Chmiel», trzeba iść po rannych”. Zrywałam się i biegłam po nich pod ostrzałem, a przecież one też mogły pójść. Innym razem z kolei czekałam, aż ostrzał nieco ustanie. Stałam pod murem i nagle słyszę ironiczne stwierdzenie jakiegoś chłopaka: „Boisz się, co?”. Więc ja w te pędy pobiegłam, nie zważając już na strzały nieprzyjaciela. Reagowaliśmy po prostu jak małe dzieci na zasadzie: „Co, ja nie potrafię?”.

 

 

Co w czasie Powstania jedliście?

Żywność trzeba było zdobywać. Obok naszej placówki, przy ul. Czerniakowskiej, znajdowały się magazyny „Społem”, a w nich duży zapas cukru, marmolady, sago, przecieru pomidorowego. W cukrze mogliśmy się kąpać, gotowaliśmy kluski, zupę pomidorową. Pamiętam, że kiedyś na jakieś maszynce gotowałam kluski i nagle słyszę: „Niemcy!”. Zostawiłam więc garnek i uciekłam razem z innymi, a potem mi się dostało od chłopców: „Jak mogłaś zostawić kluski?!”. A ja ratowałam życie, nie zważałam już na obiad. Z czasem jednak zdobycie żywności stawało się coraz trudniejsze. W końcu nie było już ani jedzenia, ani wody.

W takich warunkach starałyśmy się zachować higienę, ale nie było to łatwe. Z początku we wspomnianych magazynach „Społem” znalazłyśmy też trochę bielizny, ale później warunki w naszym szpitalu nie były ani higieniczne, ani sterylne. Mieliśmy przypadki szkarlatyny i tyfusu. Ludzie jednak jakimś dziwnym trafem nie zarażali się od siebie i nie wybuchła epidemia. Dopiero, kiedy pojawiła się czerwonka, byliśmy bezradni. Chorzy umierali jeden po drugim. Wykopywano dół i wrzucano do niego zmarłych. Jak już wspomniałam, nie było czasu na żadne ceremonie. Ksiądz Stanek tylko błogosławił i koniec.

Nie mieliśmy czym leczyć naszych chorych, żadnych lekarstw, tylko rywanol, który też w pewnym momencie się skończył. Konieczne operacje odbywały się w piwnicach przy świetle lampy karbidowej. Pamiętam jedną taką operację. Właśnie wróciłam z rannymi i byłam cała okurzona i brudna. Przysiadłam na chwilę, by odpocząć i coś zjeść, a obok młody chirurg wyjmował odłamek z głowy postrzelonego powstańca. Lekarz poprosił mnie, bym podała mu jakiś instrument chirurgiczny, co oczywiście uczyniłam. Nie było więc podczas wykonywania tego zabiegu żadnej sterylności i zastanawiałam się, czy operowany to przeżyje. Ale przeżył. Kilka dni później, już w obozie w Pruszkowie, spotkałam go. Miał zabandażowaną głowę, ale samodzielnie chodził.

Czy Siostra także była ranna w czasie Powstania?

18 września, kiedy do naszego szpitala podchodzili już Niemcy, zostałam ranna w kolano w czasie przenoszenia rannych przez podwórze do piwnicy innego budynku. Na szczęście mogłam chodzić. Pamiętam, że opatrunek, który wtedy założyłam, został zmieniony dopiero w obozie w Pruszkowie kilka dni później.

Powstanie powoli już upadało.

W połowie września nasze dowództwo nawiązało kontakt z żołnierzami z armii Berlinga, którym udało się dotrzeć do nas przez Wisłę, na Przyczółek Czerniakowski. To dało nam nadzieję, ale radość trwała krótko. Okazało się, że nie mają oni ze sobą tak potrzebnej nam broni, środków opatrunkowych i lekarstw. Poza tym walczyli przede wszystkim w polu i nie byli przystosowani do walki w mieście. Mieli ze sobą pepesze i po siedemdziesiąt dwa naboje. To wszystko.

Warunki udzielania pomocy stawały się coraz trudniejsze. Cały czas pod ostrzałem trzeba było biec po nowych rannych i przenosić ich z kolejnych zagrożonych miejsc. Około 20 września zapadła decyzja o przeprawie naszego oddziału przez Wisłę. Kiedy dowiedzieli się o tym ranni, zaczęli prosić, by nie zostawiać ich samych na pewną śmierć. Mówiliśmy im, że oni także będą powoli ewakuowani, ale to nie była prawda. Nie było warunków do przeprowadzenia takiej akcji.

W każdym razie przez dwie noce, w całkowitej ciszy i ciemności, czekaliśmy na korytarzach piwnic na tę przeprawę. Drugiej nocy sznur ludzi powoli zaczął się posuwać do przodu. Wtedy rozdzieliłam się z moją koleżanką „Zochą”, która potem próbowała dostać się nad Wisłę na prom. Ja natomiast zostałam w piwnicy, razem z Henryką Żukowską „Żuk”, koleżanką z harcerstwa, oraz „Urszulą”, czyli Haliną Żelaziewicz, łączniczką, która przedostała się do nas ze Starówki. Zdjęłyśmy z siebie wszelkie oznaki przynależności do Armii Krajowej. W piwnicy, w której leżało około dwustu rannych, została też „Doktor Konstancja”. Od początku zapowiadała, że nie opuści swoich rannych. Miała nadzieję, że Niemcy uszanują międzynarodowe prawo i nie rozstrzelają rannych.

22 lub 23 września u wylotu naszej piwnicy stanęli Niemcy i zaczęli krzyczeć: „Raus, schnell!” – „Wychodzić, szybko!”. To był oddział esesmanów i własowców, a więc jednostki bardzo okrutne. Zaczęliśmy wychodzić. Trzymałam się mocno za rękę z „Urszulą”. Kiedy wyszłyśmy na podwórze, oślepiły nas promienie słoneczne. Na ziemi leżały trupy rozstrzelanych. Obok stały dwie grupy: kobiet z dziećmi i młodych ludzi, wśród których znalazłam się także ja z „Urszulą”. Niemcy krzyczeli: „Partisanen! Banditen!”. Pomyślałam, że to już koniec i że przed śmiercią trzeba zawołać: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Zastanawiałam się też, czy to będzie bardzo bolało.

Niemcy zaczęli strzelać do kolejnych osób wychodzących z piwnic okolicznych budynków, ale pojedyncze strzały zabierały im za dużo czasu, więc postanowili rozstrzelać całą grupę przez pluton egzekucyjny. Na końcu szeregu ustawionego pod ścianą stałam ja z „Urszulą”. Cały czas trzymałyśmy się mocno za ręce. W pewnej chwili jeden z Niemców pchnął mnie w tłum kobiet i dzieci, a ja pociągnęłam za sobą „Urszulę”.

 

 

Uratował wam życie?

Na początku byłam przekonana, że dostaniemy strzał w tył głowy, ale nic takiego się nie stało. Nie wiem, co – oprócz woli Bożej – sprawiło, że nas wyciągnął z tego szeregu. Później grupę, w której się znalazłyśmy, Niemcy poprowadzili przez miasto na Dworzec Zachodni, a następnego dnia czy dwa dni później pociągiem zawieźli nas do wspomnianego już obozu w Pruszkowie. Jechałam razem z Henią Żukowską „Żuk”, która nie wsiadła na prom. Przechodzący przez wagon żołnierz Wehrmachtu, widząc naszą nędzną kondycję, chciał nam dać bochenek chleba i kiełbasę. Powiedział: „Ich habe Kinder, essen Sie” – „Mam dzieci, jedzcie”. Ja jednak, po tym wszystkim, co przeszłam i widziałam, odsunęłam podawane jedzenie. Nie wydawało mi się wtedy możliwe przyjąć pomoc od Niemca.

W Pruszkowie było około dwóch tysięcy osób, które przydzielano albo do pracy w Rzeszy, albo na terenie Polski. Ja zostałam zakwalifikowana na roboty do Niemiec, ale jedna z polskich pielęgniarek Czerwonego Krzyża zaczęła krzyczeć, że jestem ciężko ranna i chora na gruźlicę. Kiedy zostałyśmy same, powiedziałam jej, że nigdy nie chorowałam na gruźlicę, ale ona odparła: „Od dzisiaj masz gruźlicę i codziennie musisz mieć gorączkę”. Umieściła mnie w baraku dla chorych zakaźnie i pokazała, w jaki sposób pocierać termometr, by wskazywał wysoką temperaturę. Była to więc kolejna osoba, która mnie ocaliła, tym razem przed wywózką. Niemcy bowiem bardzo bali się wszelkich zakaźnych chorób.

Potem wywieziono mnie do Krakowa, gdzie pracowałam w niemieckim kasynie jako dziewczyna kuchenna. Przed Bożym Narodzeniem odnalazła mnie tam jedna z ciotek. Dowiedziałam się od niej, że tatuś jest w Ożarowie pod Warszawą, a moja siostra Rysia w obozie. Korzystając z tego, że kuzyn jechał do Pruszkowa, uciekłam z Krakowa i w ten sposób przedostałam się do Ożarowa, do tatusia.

Co stało się z rannymi i „Doktor Konstancją”?

O ich losie dowiedziałam się dużo później. Kiedy Niemcy skończyli rozstrzeliwać wychodzących z piwnicy, jeden z oficerów zszedł na dół i zapytał, kim są leżący tam ludzie. „Doktor Konstancja” odpowiedziała, że to chorzy i ranni, a ona się nimi opiekuje. Jednak jeden z leżących tam mężczyzn, folksdojcz, zaczął krzyczeć po niemiecku, że to powstańcy, a on sam został tu siłą zatrzymany. Wtedy ów oficer założył eleganckie rękawiczki, wyciągnął rewolwer i zaczął po kolei strzelać do znajdujących się w piwnicy ludzi, a „Doktor Konstancji” kazał stwierdzać zgon. Uratowała tam siedemnaście osób. Przy Niemcu stwierdziła ich zgon, zaznaczając sobie w jakiś sposób, że są tylko postrzelone. Później opiekowała się nimi, co jakiś czas cudem unikając rozstrzelania przez inne oddziały esesmanów i własowców.

Jakie były dalsze losy Siostry?

W Ożarowie, jeszcze przed zakończeniem wojny, zaczęłam brać udział w tajnych kompletach prowadzonych przez miejscowe siostry urszulanki. Tam skończyłam pierwszą klasę liceum. W lecie 1945 roku razem z grupką dzieci, którymi opiekowały się siostry, pojechałam na letni obóz do Milanówka. Cały czas przyglądałam się siostrom i ich życiu. Wydawały mi się jakieś „dziwne”, ale też intrygowały mnie. Zaczęłam się więcej modlić. Wcześniej bowiem, jak już wspomniałam, nie byłam osobą praktykującą. Prowadziłam z Bogiem dyskusje, nie chodziłam do kościoła, nie interesowały mnie ani lekcje religii, ani rekolekcje. Do osiemnastego roku życia nie wiedziałam, co to jest różaniec. Ojciec wychowywał mnie w duchu zasad chrześcijańskich, ale sam nie był praktykujący, a ja byłam „córeczką tatusia”.

Powoli, powoli, ale w końcu Pan Bóg do mnie dotarł. Na trzecim roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim, w 1948 roku, wstąpiłam do zakonu sióstr urszulanek. Dramatyczne przeżycia powstańcze, tak bolesne dla młodej przecież dziewczyny, którą wówczas byłam, na długo stały się tematem tabu, o którym się nie rozmawiało. Przez całe lata nie mogłam też przezwyciężyć niechęci do języka niemieckiego i uczyć się go. Nie mogłam też oglądać filmów o czasach drugiej wojny światowej. Widok niemieckich mundurów był dla mnie traumatyczny. Mam jednak świadomość, że udział w Powstaniu nie wpłynął decydująco na moje podejście do życia, stosunek do Boga i powołanie.

A co dzisiaj Siostra czuje wobec Niemców?

W każdym narodzie są dobrzy i szlachetni ludzie, także pośród Niemców. Doświadczyłam tego, będąc uratowaną z egzekucji i nierozstrzelaną. Również poczęstunek w pociągu podczas wojennej zawieruchy, gdy Niemiec przyniósł chleb i kiełbasę, był wyrazem współczucia.