Bunt „mięsa wyborczego"

Anna Giza-Poleszczuk

dodane 18.10.2007 09:01

Dlaczego ponad połowa Polaków nie zamierza wybierać? Tygodnik Powszechny, 14 października 2007

Bunt „mięsa wyborczego"




Dwa lata temu, po niezwykle emocjonalnej kampanii, w wyborach parlamentarnych oddało głos niewiele ponad 40 proc. uprawnionych. Czy w 2007 r. – w atmosferze chyba jeszcze gorętszej – uda się zmobilizować choćby połowę wyborców? Sondaże nie dają wielkich nadziei. Dlaczego rezygnujemy z wpływu na swoje sprawy?

Podobnie jak w innych dziedzinach debaty publicznej, w dyskusjach nad niegłosowaniem panuje atmosfera wzajemnych oskarżeń. Wyborcy obwiniają polityków: nie mają na kogo głosować, polityka ich odstręcza, nie widzą istotnych różnic między partiami, zwłaszcza że rzadko który polityk pozostaje wierny jednej partii, a i same partie się zmieniają. Eksperci obwiniają z kolei „niedojrzałą demokrację" – wyborców, którzy nie rozumieją wagi procedur demokratycznych i przedkładają wyjazd na działkę nad akt głosowania albo nie idą głosować po prostu z lenistwa.

Nie są to jednak prawdziwe przyczyny uchylania się od wyborów, a cała sprawa wymaga rzetelnej dyskusji, nie zaś szukania winnego.


Wybory jako cyrk


Nie jest prawdą, że koszt głosowania to jedynie rezygnacja z niedzielnego wyjazdu czy fizyczny wysiłek znalezienia się przy urnie wyborczej.

Po pierwsze, głosowanie odpowiedzialne – połączone z wystarczająco silnym przekonaniem o słuszności dokonanego wyboru – oznacza konieczność pozyskania i analizy informacji. Trzeba informację znaleźć, zapoznać się z nią, rozważyć argumenty, wyrobić sobie opinię – a to pochłania czas i energię, wymaga także wyjątkowej kompetencji, biorąc pod uwagę ogólnikowość deklaracji partyjnych, obfitość frazesów i skłonność do składania nierealnych obietnic. Głosowanie wiąże się też z kosztami psychologicznymi – jak każdy akt wyboru, pociąga za sobą odpowiedzialność, choćby wewnętrzną. Jeśli o wiarygodną i rzetelną informację trudno, wzrasta niepewność i koszt podjęcia decyzji.

Wizja wyborcy jako osoby odpowiedzialnej i racjonalnej, która nie lubi wybierać w ciemno i na wiarę, jaskrawo odstaje od dominującego w mediach czy wśród ekspertów przekonania. Zgodnie z nim wyborca jest leniwy, „ciemny" i nie lubi myśleć, więc należy go emocjonalnie podburzyć, przestraszyć, dostarczyć silnych bodźców. I tak właśnie konstruowane są kampanie wyborcze – jako kolorowy cyrk, teatr gladiatorów, walki rytualne.

Czy nikogo nie zastanawia, że im bardziej profesjonalizuje się „marketing polityczny", tym mniej ludzi idzie na wybory? Może jest tak, że im bardziej traktujemy wyborców jak „mięso wyborcze", tym większa ich część rezygnuje z udziału w tej grze? Przecież w życiu codziennym – nawet w trudnej sferze decyzji ekonomicznych – ludzie zachowują się racjonalnie i odpowiedzialnie; kształcą siebie i swoje dzieci; nauczyli się korzystać z nowoczesnych technologii i instrumentów ekonomicznych.




Gdzie więc są proste testy, pozwalające sprawdzić, do kogo nam bliżej? Gdzie są godni zaufania, neutralni eksperci lub dziennikarze, którzy pomogą zrozumieć, na jakim świecie żyjemy i jakie konsekwencje dla nas – na poziomie codziennego życia – przynoszą konkretne rozwiązania polityczne? I zrobią to w sposób niewymagający od odbiorcy szczególnych kompetencji? Fizycy czy matematycy popularyzują ezoteryczne osiągnięcia wyjątkowo trudnych nauk, my, dziennikarze i eksperci, nie potrafimy pomóc ludziom zrozumieć rzeczy bezpośrednio ich dotyczących!

Pierwszym i podstawowym powodem niskiej frekwencji wyborczej są więc wysokie, choć ukryte koszty wyboru. Niezależnie od tego, jak niewielki procent wyborców jest dzisiaj gotów zainwestować czas i energię w wyzbycie się niepewności i wyrobienie sobie własnego zdania, nie zwalnia nas to z odpowiedzialności za dostarczanie im prostych i przyjaznych narzędzi, które pozwolą te koszty obniżyć.


Szlachetne niegłosowanie


Wszechobecność ekspertów od marketingu politycznego sprawia, że niemal każde zachowanie, gest czy wypowiedź polityka zostają publicznie „zdekodowane". Założył krawat w poprzeczne pasy? Pragnie wydać się stabilny i spokojny. Mówi o wakacjach na Mazurach? Chce sobie zjednać ekologów albo ludność popegeerowską. Za każdym politykiem czai się specjalista od wizerunku, zręczny marketingowiec, sprawny doradca. Demaskowanie zastępuje debatę...

Uderza też dominacja stylu konfrontacyjnego: zaprasza się – pod pretekstem zachowania neutralności – polityków z różnych opcji, by się spektakularnie pokłócili. Dziennikarze „przypierają polityków do muru", starając się złapać ich na niekonsekwencji czy wręcz sprowokować.

Wyborcy i politycy znakomicie się zatem uzupełniają – „leniwe" społeczeństwo manipulowane przez cynicznych graczy o władzę. W rezultacie pojawia się i umacnia społeczna legitymizacja niechodzenia na wybory. To jakby prawo wyborcze ? rebours: mam prawo nie głosować, czyli nie dopełniać swojego obowiązku, bo politycy nie dopełniają swojego. Niegłosowanie staje się wręcz cnotą obywatelską. Im bardziej negatywnie prezentowana jest polityka, im więcej mówi się o tym, jak jest okropna, tym więcej ludzi woli się z niej wycofać. Jeśli bowiem większość ludzi nie głosuje i dominuje przekonanie, że na wybory chodzą karnie po niedzielnej Mszy tylko „moherowe berety", „elektorat wiejski", „słuchacze Radia Maryja" – niby dlaczego ja mam iść do urny?

Drugą poważną przyczyną niegłosowania są więc coraz mniejsze koszty tego gestu: słabnie presja na udział w wyborach (silniejsza właśnie w mniejszych społecznościach), coraz szerzej akceptowane są „szlachetne" powody wycofania się z niego.



Małe życie i wielkie sprawy


Kampania wyborcza trwa w Polsce nieustannie od blisko trzech lat, a jej atmosfera emocjonalna coraz bardziej się zagęszcza. Jesteśmy świadkami „zmagań gigantów", gdzie gra toczy się o wielką stawkę – wizję Polski („IV RP"), „oczyszczenie", „prawdę". Prawdopodobnie większość z nas jest już zmęczona życiem w ciągłym napięciu. Tym bardziej że sprawy gospodarcze, mimo politycznych kryzysów, idą nieźle: można dojść do wniosku, że życie codzienne nijak nie wiąże się z polityką. Na dodatek mamy jako państwo tak silne kotwice w postaci choćby Unii Europejskiej, że nawet najbardziej szaleni politycy nie mogą sobie pozwolić na wielkie rewolucje w sferze twardej rzeczywistości (a nie symbolicznych gestów). Ludzie mogą dojść do przekonania, że w przedwyborczym podnieceniu bitewnym chodzi jedynie o zmianę przywódcy stada.

Retoryka wyborcza coraz bardziej też mija się z codziennym doświadczeniem. Demokracja, gospodarka czy polityka międzynarodowa to Wielkie Niezrozumiałe Sprawy, których przeciętnemu wyborcy trudno doświadczyć. Nauczyliśmy się już pobłażliwie traktować slogany „zwykłego" marketingu („teraz wreszcie mamy dla ciebie nową rewelacyjną nakrętkę"), teraz uczymy się, że i publiczne wypowiedzi dotyczące polskich spraw należy dzielić co najmniej na pół. I wreszcie – ohyda i beznadzieja polityki w „tym kraju" zwalnia mnie od przejmowania się nim. Wielu ludzi może mieć przekonanie, że poradzą sobie tak czy inaczej, nawet wyjeżdżając za granicę.

Trudno mieć do ludzi pretensje, że nie „widzą" demokracji czy innych abstraktów. Podobnie jak w przypadku uprzystępniania programów politycznych, eksperci czy dziennikarze nie potrafią popularyzować wiedzy o kwestiach społecznych czy ekonomicznych, ukazywać Wielkich Spraw z perspektywy codzienności.

Podsumowując: trzecim istotnym powodem niegłosowania jest narastający rozdźwięk między światem codziennego doświadczenia a światem publicznego dyskursu – poczucie fasadowości i nieautentyczności problemów i haseł, między którymi mamy wybierać.


Co robimy?


Polacy uczestniczą w wyborach parlamentarnych niemal dwukrotnie rzadziej niż Francuzi, Niemcy, Irlandczycy czy Węgrzy. Połączonym przyczynom: „nie potrafię rozsądnie wybrać", „nie muszę wybierać", „nie dotyczy mnie to" oraz „jeśli się uchylę od wybierania, nic mnie to nie będzie kosztowało" – nie będzie łatwo przeciwdziałać. Zasadniczą rolę mają tu do odegrania media – bez ich udziału nie jest możliwe ani wiarygodne i przejrzyste porównywanie ofert politycznych, ani uświadamianie wpływu polityki na życie codzienne. Można też organizować kampanie na rzecz udziału w wyborach, wykorzystujące techniki reklamowe. W tym zbożnym dziele poza argumentami racjonalnymi nie powinno też zabraknąć emocji.

Zmiana sytuacji w ciągu kilkunastu dni, jakie pozostały do wyborów, jest mało prawdopodobna. Kiedyś jednak trzeba zacząć. W przeciwnym razie będziemy się pod względem frekwencji wyborczej upodabniać do takich państw jak Wenezuela, gdzie w ostatnich wyborach parlamentarnych wzięło udział 25 proc. uprawnionych do głosowania.



***

Dr hab. ANNA GIZA-POLESZCZUK pracuje w Zakładzie Psychologii Społecznej Instytutu Socjologii UW. Jej zainteresowania naukowe dotyczą rodziny, socjologii ewolucyjnej i marketingu w perspektywie socjologicznej. Ostatnio wydała książkę: „Rodzina a system społeczny".

Tagi: