Spisek

Jerzy Surdykowski

dodane 14.09.2006 22:24

Spiskowa teoria wszystkiego ma inne jeszcze dobre strony: jeśli w nią uwierzyć, pozwala zmniejszyć nieznośny lęk przed jutrem. Przyszłość, która zawsze była groźną niewiadomą, jest tutaj nie tylko nazwana, ale zanalizowana, a jedynie słuszne wnioski – wyciągnięte. Znak, 9(616)/2006

Spisek




Ojcem wiary w spisek jest strach, matką podejrzliwość. Żadne prawo nie zakaże tej wiary, a tym bardziej samego spiskowania. Tylko wolność jest światłem rozświetlającym taki mrok.

Spisek to coś „spisanego”. Jakaś tajna umowa. Albo spis, lista – niekoniecznie Macierewicza czy Wildsteina. Może raczej proskrypcyjna, przy pomocy której dyktator Sulla u kresu Republiki siał trwogę w Rzymie. Od najdawniejszych czasów ludzie nieufnie odnosili się do pisma, choćby dlatego, że tylko nieliczni je znali. To, co spisane – jako dostępne wybrańcom – z natury budziło lęk. Tak jak spis u narodzin Chrystusa, który sprawił, że Józef z ciężarną Marią musieli udać się aż do Betlejem, gdzie nie znaleźli gospody. Takie spisy były znienawidzone przez lud, nie tylko ze względu na uciążliwość, ale dlatego, że zwiastowały nowe podatki albo pobór do wojska. Spis pachniał spiskiem. Ale pierwszy w dziejach spisek nie został bynajmniej spisany, lecz uknuł go Wąż z głupiutką pięknotką Ewą. Ta dysproporcja dobrze oddaje istotę spisków późniejszych, w których zawsze są przepełnieni złem prowodyrzy i ich naiwne narzędzia.

Spiskowa teoria wszystkiego

Wszystko da się zinterpretować jako spisek. Dobrym przykładem jest sławetna powieść Dana Browna i głupawy, choć sprawnie zrobiony film na niej oparty: historia Kościoła jako super- spisek. Ale to przecież nic nowego; już gnostycy uważali, że Pismo Święte ma ukryty kod i usiłowali go złamać. W judaizmie to samo czynili kabaliści z Torą, a w islamie sufici z Koranem. O tekstach mniej fundamentalnych i ich numerologicznej obróbce nawet wspominać nie warto.

Historia dzieje się tak, jak się dzieje, nie dlatego, że jest trudną do przewidzenia wypadkową ludzkich usiłowań i gry przypadku, ale dlatego, że gdzieś knuje grupa spiskowców i oni są ukrytym demiurgiem dziejów. Według zwolenników spiskowej teorii wszystkiego, przypadkowość jest wykluczona: wszystko, co się stało, zostało zaplanowane przez zakonspirowaną koterię, która sprzysięgła się na naszą zgubę, pasożytując na reszcie ludzkości. Templariusze ukryli świętego Graala, aby potajemnie rządzić światem. Średniowieczne zarazy roznosili Żydzi, heretycy i czarownice. Spiskowcami byli Luter i Kalwin, wynikiem spisku – reformacja, osłabienie Kościoła i bezczelne domaganie się praw przez pokornych dotąd poddanych. Nie inaczej z rewolucją francuską i wszystkimi rewolucjami następnymi. W naszych czasach światem rządzą, oczywiście, Żydzi, masoni, anglosascy bankierzy albo inna klika, bez której przyzwolenia nic stać się nie może. W wersji rodzimej klika pała szczególną nienawiścią do Polski i ma upodobanie w jej udręczaniu, stąd biorą się wszystkie nasze niedole. Wcale zresztą nie jesteśmy wyjątkiem w podobnej wierze: wedle niektórych Amerykanów – korzystających oczywiście ze swobody stowarzyszania się i z wolności słowa – kontakty z pozaziemską cywilizacją zatajono, lądowanie na Księżycu i jego telewizyjną transmisję po prostu sfingowano, AIDS wyhodowano w rządowym laboratorium, a żaden samolot nie uderzył w Pentagon, tylko eksplodowała tam bomba. Za atakiem na World Trade Center nie stał żaden ben Laden, ale izraelski Mosad albo post-sowieckie KGB. Terroryzm jest świetnym tworzywem do klecenia kolejnych spiskowych bajęd. Wiara w spisek nie jest zresztą atrybutem durniów: jak powiada pewna wybitna Pani Socjolog, w 1983 roku odbyła się na Kremlu tajna narada, w czasie której uznano, że utrzymanie imperium stało się zbyt kosztowne i trzeba się go pozbyć, ale tak, by zachować wpływy. Podziemna Solidarność, a potem – Okrągły Stół z przesławną Magdalenką są owocem tych ustaleń. Dzisiejszy „układ” czy też „czworokąt” – ich przebiegle zaplanowanymi dziećmi.

Jak pisze sceptycznie Publiusz Stacjusz: „bogów na świecie stworzył naprzód strach”, ale w tym kontekście maksyma ta jest na miejscu. Skoro pierwotny człowiek bał się burzy i grzmotów, to postawił bałwana, wzniósł doń modły i już uwierzył, że uniknie gromu. Nie inaczej człowiek dzisiejszy, kiedy nie może pojąć złożoności świata, zaczyna domniemywać spisek i używa go jako klucza do rzeczywistości. Nad innymi klucz ten ma jedną przewagę: pasuje zawsze. Racjonalizm bywa czasem bezradny w objaśnianiu świata, ale na pewno wszystko można wyjaśnić hipotezą spisku.



Spiskowa teoria wszystkiego ma inne jeszcze dobre strony: jeśli w nią uwierzyć, pozwala zmniejszyć nieznośny lęk przed jutrem. Przyszłość, która zawsze była groźną niewiadomą, jest tutaj nie tylko nazwana, ale zanalizowana, a jedynie słuszne wnioski – wyciągnięte. Wiara w spisek jako przyczynę trapiącego nas zła ofiarowuje człowiekowi zagrożonemu dar bezcenny: wizerunek wroga. Za całe zło świata odpowiedzialna jest wredna, dobrze zakamuflowana, a przez to omalże wszechmocna grupa spiskowców. Agresja i nienawiść przyjmują formę celową. Już nie palimy najbliższych samochodów, nie opluwamy w panice kogo popadnie. Już wiemy raz na zawsze – z kim się porachować, komu policzyć gnaty. Przecież na szczęście są jeszcze ostatni rycerze Dobra, którzy demaskując to przebrzydłe knucie, ratują nas, nieświadomych, przed niechybną zgubą.

Z wiarą w spisek przenikający sprawy publiczne doskonale współbrzmi spiskowa teoria wyjaśniania naszych prywatnych niepowodzeń. Koledzy z pracy albo sąsiedzi sprzysięgli się, aby mnie zniszczyć i upokorzyć, a może nawet do spisku przyłączyła się rodzina. W ten sposób osoba nieszczęśliwa ma już wizerunek wroga, ku któremu może skierować swoją agresję i którego sumienie może obciążyć swoim bólem. Skoro wszyscy dybią na moją cześć i pieniądze, to nie może być mi lepiej, a moje starania i tak okażą się daremne. Spisek wcale nie mówi o ludzkiej podłości albo chorobie psychicznej. Raczej proponuje nam bardzo smutną opowieść o strachu i tęsknocie za utraconym sensem. Wymyślaniem nieistniejących spisków rozpaczliwie bronimy się przed chaosem świata.

Spisek prawdę ci powie?

Ale przecież spiski istnieją. Coraz to gdzieś spiskowcy zakładają kolejne tajne stowarzyszenie. Przecież karbonariusze walnie przyczynili się do zjednoczenia Włoch, równie ukryta mafia narobiła tejże niepodległej Italii sporo kłopotu, a na dokładkę bywało, że trzęsła Stanami Zjednoczonymi. Przez cały XIX wiek coraz to jacyś polscy spiskowcy tajnie rzucali wyzwanie zaborcom, po czym zwykle albo szli do więzienia, albo doprowadzali do kolejnego nieudanego powstania. Każdy kraj ma swoje przykłady. A masoneria? Czy dawała tylko swoim członkom ekscytujący dreszczyk dostępowania kolejnych sekretnych rytuałów, tytułów i stopni, czy jednak miała realną siłę kształtowania rzeczywistości wedle swych tajnych planów? Tego nie wiemy… Więc choć spiskowa teoria wszystkiego jest paranoją, to może historia rzeczywistych spisków dodaje coś istotnego do dziejów świata?

Ponieważ to, co ukryte, z samej natury nie poddaje się badaniom, możemy tylko domniemywać. Ale opowieści o spiskach mogą zawierać wiele prawdy, choć pewnie akurat nie o tym, czego dotyczyły i co zmieniły w świecie. Przede wszystkim w gadaninie o spiskach jedno jest prawdą: duch czasu. Niegdyś czarownice i czarnoksiężnicy warzyli odrażające mikstury, które miały przynieść śmierć i choroby poczciwcom, a bogactwo łajdakom. Albo też bezbożni heretycy sprzysięgali się przeciw prawdziwej wierze i umiłowanemu przez lud władcy. Tak kiedyś powiadano, tego się ludzie bali, w to wierzyli. W XIX wieku carska tajna policja wymyśliła sławetne Protokoły mędrców Syjonu i był to psychologiczny majstersztyk, bo trafił w sedno ówczesnych lęków, rozbudził tlący się antysemityzm, ukierunkował ludzki strach i nienawiść. Bolszewicy nieco później nie musieli się wiele wysilać, by wymyślić hasło „rabuj zrabowane”; drogę mieli przetartą. W minionym stuleciu – w czasach zimnej wojny – kwitły bajędy o UFO nadlatujących z kosmosu i nawet czasem porywających jakieś chętne marsjańskiej przygody osoby. Dzisiaj mamy przypływ religijności bez katechizmu, więc wracają katarzy, templariusze, małżeństwo Chrystusa i co tam jeszcze. Czasy globalizacji, wielkich banków i międzynarodowych korporacji też mają swych negatywnych bohaterów pełniących podobną rolę, jak niegdyś owe Protokoły: Komisja Trójstronna utworzona w 1973 przez Dawida Rockefellera czy powstała wcześniej grupa Bilderberg. Obie zrzeszają bogaczy i byłych polityków, spotykają się na zamkniętych dyskusjach, a więc niechybnie knują na zgubę poczciwców!



Zwolennicy spiskowej teorii dziejów mają jedną cechę wspólną z wyznawcami totalitaryzmu: skrajny konstruktywizm. Wedle nich materia społeczno-polityczna daje się dowolnie kształtować – trzeba tylko odpowiedniego inżyniera. W totalitaryzmie jest to partyjna wierchuszka, tutaj – spiskowcy: jak się sprzysięgną, dokonają, czego zechcą. Jeśli całkiem rozsądnie uważamy, że polityka to trudny do okiełznania żywioł, a wydarzenia często wymykają się spod kontroli, to powinniśmy porzucić wiarę w spiski, bo jak się nawet zawiążą, to niewiele zdziałają.

Wedle tych, którzy wierzą w spiski, spiskowiec, jest zawsze odmieńcem. Spiskowa teoria wszystkiego ma też na celu wykluczenie tych, którzy odbiegają od średniej. Spiskowiec to Inny: Żyd, pokraczny garbus, brzuchaty i kosmopolityczny bankier, jajogłowy intelektualista oderwany od mas, cudzoziemiec, wyrzutek. Nasi nie spiskują. Zwłaszcza Żydzi wciąż sprzysięgają się, by zniszczyć chrześcijańską cywilizację, tylko że zwolennicy tego poglądu nie chcą pamiętać, że to wszystko już wyłuszczył Hitler w Mein Kampf.

Szczęśliwi nie spiskują

Ojcem wiary w spisek jest strach, matką podejrzliwość. Żadne prawo nie zakaże tej wiary, a tym bardziej samego spiskowania. Tylko wolność jest światłem rozświetlającym taki mrok. Wolność jest przecież zawsze stowarzyszona z poczuciem pewności, bezpieczeństwa i prawa. W kulturze wolności ludzie rozkwitają. Ale kultura wolności jest krucha; jej alternatywą jest kultura strachu, która usiłuje skłócić wolność z bezpieczeństwem. Powiadają jej głosiciele, że lepiej jest mieć mniej wolności, a więcej bezpieczeństwa. W kulturze strachu na informacje o zagrożeniu reaguje się ograniczeniem praw osób podejrzanych. Budową zabezpieczeń, murów, zakładów karnych, systemów podsłuchowych, tworzeniem nowych formacji policyjnych. Powiada się, że ludzie uczciwi nie muszą się tego bać, ale wkrótce i oni zrozumieją, że już żyją w więzieniu. Dzisiaj w kulturę strachu powoli wkracza nawet Ameryka postawiona twarzą w twarz nie tylko z terroryzmem, uliczną przestępczością, ale z zalewem nielegalnej emigracji. A Polska? W jednej z niedawnych ankiet socjologicznych na pytanie: „Czy ludziom można ufać?” w Polsce pozytywnie odpowiedziało 18 procent badanych. Na podobne pytanie w krajach skandynawskich – aż 70 procent!

Ludzie, którym dzieje się jako tako dobrze, ludzie jako tako zadowoleni z życia, nawet od czasu do czasu (to już wielki dar losu!) szczęśliwi, widzący w przyszłości więcej szans niż zagrożeń, nie potrzebują swoich Protokołów… lub czegokolwiek podobnego, obojętnie czy w wersji plotkarskiej, czy pisanej. Taki człowiek wyśmieje każdą spiskową teorię dziejów, bo uważa świat za jako tako zrozumiały, przyjazny i poddający się jego zaradnemu działaniu. Co innego załoga przepełnionej łodzi ratunkowej; ta wie, że jest śmiertelnie zagrożona i potrzebuje jakiegokolwiek wyjaśnienia swojej biedy, by się ze złości nie pozabijać nawzajem. Tym bardziej, że najczęściej sama jest winna tej biedzie wskutek poprzednich zaniedbań lub pomyłek. Jakże trudno się do tego przyznać i stanąć przed lustrem w złej godzinie. Tutaj spisek okazuje się balsamem dla duszy, choć być może załodze pomogłoby już tylko ostatnie namaszczenie. Świat tajemnych mafii jest światem nieszczęśliwym, bo spiskowcy nie widzą innego niż knucie sposobu na poprawę swej doli. Ale jeszcze bardziej nieszczęśni ich tropiciele: są tak zagubieni we wrogim chaosie, który ich jakoby otacza, że potrzebują Protokołów lub czegoś na ich podobieństwo jako
kompasu wśród oceanu zła. Najlepszym antidotum na spiskowanie i spiskową teorię wszystkiego jest solidna dawka szczęścia!

Niedawno opublikowano kolejne, co pewien czas ponawiane, badania subiektywnie odczuwanego przez ludzi poziomu szczęścia; Polska jest jak zwykle na dalekiej pozycji, wyprzedzana przez wiele krajów żyjących gorzej, jak Mongolia czy Filipiny, lecz zamieszkanych
przez ludzi umiejących cieszyć się własnym istnieniem. Najszczęśliwsze są małe kraje europejskie: Dania, Austria, państwa skandynawskie. Biorąc to wszystko pod uwagę, spiski i spiskowe teorie mają zapewnioną przyszłość. Nie tylko u nas.



Bolszewizm, czyli duch sekty

Ale przecież spiski istnieją… Coraz to… i tak dalej, i tak dalej. Było, jest i będzie. Ale deformuje ludzi nie tylko wiara w spiskową teorię wszystkiego, lecz także udział w spisku. Nie ma nic za darmo. Pisali o tym sporo – każdy po swojemu – zarówno Conrad, jak i Dostojewski. W każdym społeczeństwie są osoby szlachetne i żarliwe, nieraz wyprzedzające swój czas i patrzące dalej niż zwykli ludzie, ale nieraz też maniacy, choć w swej manii jakoś niezwykli, którzy starają się dotrzeć ze swoimi ideami do społeczeństwa, przekonać je, wskazać nowe horyzonty, zawrócić ze złej drogi. Cóż z tego, kiedy „zjadacze chleba” – nie przerobieni jeszcze w aniołów – lekceważą swoich proroków i zapoznanych wodzów. Wtedy, skoro nie można skupić wokół siebie narodu, skupia się grupkę fanatycznie oddanych zwolenników i zawiązuje spisek.

Pisze o tym przenikliwie Roger Caillois w eseju O duchu sekt (w tomie Żywioł i Ład, tłum. A. Tatarkiewicz, Warszawa 1973):

Wówczas najżarliwsi odwracają się od społeczeństwa, uciekając się do sekt. Sekty wzmacniają się i mnożą, tym liczniejsze i potężniejsze, im bardziej środowisko macierzyste – rozpraszając się i tracąc mir – okazuje się niezdolne do ostatecznego skaptowania sobie owych wielkodusznych jednostek. (...) Wtedy właśnie zaczynają się tworzyć związki mające na celu obalenie istniejącego porządku.

I nieco dalej:

Sekta od razu pozbawia jednostkę jej najelementarniejszych praw i gwarancji, jakimi ustawodawstwo chroniło ją przed zakusami państwa. Teraz do samej sekty należy dyktowanie praw i stosowanie ich.

Grupka sekciarska – owszem, złożona z osób żarliwych i pełnych wiary – tym bardziej utwierdza się w przekonaniu o swej racji, im bardziej świat zewnętrzny jest inny, a więc zepsuty lub wrogi, i im bardziej nie ma ochoty na zastosowanie ani nawet na samo wysłuchiwanie pouczeń sekciarzy. Taka grupka skazana jest na głęboki konflikt z otaczającym światem, którego jedynym dającym się przyjąć wytłumaczeniem jest spisek lub zdrada. Członkowie sekty boją się świata, nie są w stanie stawić mu czoła w otwartej dyspucie i spokój znajdują tylko w gronie myślących tak samo jak oni. Na końcu tej drogi jest już tylko przekonanie, że świat niewart jest naszego misjonarskiego trudu: skoro nie chce się dać przekonać, trzeba go podporządkować lub zniszczyć. Najbardziej kuszącą obietnicą sekty nie jest nawet przyszła władza nad światem, ale uwolnienie od doczesnego strachu: daje ona poczucie bezpieczeństwa, odbierając tylko wolność, która jest uciążliwa i ciągle stawia człowieka wobec nie dających się rozstrzygnąć dylematów.

Wiekopomną i godną zapamiętania częścią sławnej niegdyś książki Czesława Miłosza Zniewolony umysł jest jej motto, które autor przypisuje „staremu Żydowi z Podkarpacia”. Mówi oto ów starozakonny:

Jeśli ktoś ma 40 procent racji, to już nieźle. Jeśli ktoś ma 60 procent racji, to powinien Panu Bogu dziękować, że ma jej aż tak wiele. Ale jeśli ktoś powiada, że ma 100 procent racji, to jest on najgorszym szmondakiem i rabuśnikiem, trzeba się go wystrzegać i trzymać odeń z daleka!

Jest to inna definicja sekciarza. Albo inaczej: jest to najlepsza i najkrótsza definicja bolszewika – człowiek głęboko przekonany, że ma 100 procent racji i gotów oddać za to życie. Bolszewizm jest bowiem szczególnym przypadkiem sekty: nie każda sekta dąży do władzy, niektórym wystarczy, że mają przepis na zbawienie wieczne, ale bolszewizm jest przykładem, jak w sprzyjających warunkach sekta potrafi podporządkować sobie pół świata i ustanowić tam dyktaturę. Nie chodzi mi o bolszewizm Lenina, Trockiego, Dzierżyńskiego i coraz bardziej odchodzące (a niesłusznie!) w zapomnienie dzieje „imperium sovieticum”. Nie zawsze bolszewizm – tak w sowieckiej, jak w hitlerowskiej wersji – trafia na tak sprzyjające warunki, jakie dał mu świat po I wojnie światowej. Lenin w innych warunkach byłby sfrustrowanym przywódcą sekty, Stalin – kaukaskim bandytą, Hitler – atrakcją monachijskiej piwiarni lub pensjonariuszem domu wariatów. Bolszewizm jest bowiem wieczny, tak jak wieczna jest sekta i spisek: bolszewikiem jest ten, kto wierzy, że ma 100 procent racji i ze strachu przed myślącymi inaczej wdeptałby ich w ziemię. Także dzisiaj.

***


Jerzy Surdykowski - ur. 1939, pisarz, publicysta, obieżyświat, w latach 1980-1990 wiceprezes SDP, w latach 1990-1996 konsul generalny RP w Nowym Jorku, od 1999 do 2003 roku ambasador RP w Tajlandii, na Filipinach i w Unii Myanmar (Birma). W roku 2005 ukazała się jego powieść S.O.S, a ostatnio tom esejów filozoficznych Wołanie o sens (2006).
Tagi: