To przeklęte ciało

Rozmowa z Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem

dodane 12.04.2007 21:13

Żyjąc w społeczeństwie, które wyznaje ideały podobne do ideałów stada małp, nie pozostaje ci nic innego jak się starać. Wzorujesz się przy tym, podobnie jak małpy, na tych, którym się udało. Tak powstają mody, ale jeśli połączy się z nimi mechanizm konkurencji, pojawia się szaleństwo. Znak, 4/2007

To przeklęte ciało




Dlaczego dziś, kiedy dbałość o zdrowie stała się niemal obowiązkiem, coraz więcej ludzi cierpi na otyłość z powodu obżarstwa lub, co gorsza, doprowadza się do śmierci drakońskimi głodówkami?

Trudno znaleźć jedno wyczerpujące wyjaśnienie tak skrajnych zachowań, bowiem zazwyczaj są one uwarunkowane przez wiele różnych czynników: genetycznych, psychologicznych, społecznych. W wielkim skrócie można by jednak powiedzieć, że takie autodestrukcyjne zachowania w jakiś sposób odzwierciedlają szaleństwo świata, w którym przyszło nam żyć...

Każde szaleństwo ma jednak swoją przyczynę....

Według psychologów u podłoża anoreksji czy bulimii leży skrywana nienawiść do ciała, które nie chce spełniać morderczych wymagań doskonałości. Leczenie, choć możliwe, nierzadko okazuje się nieskuteczne. Destrukcyjne zachowania powracają, ponieważ żyjemy w kulturze, która jest skrajnie antycielesna i była taka od zawsze.

Twierdzi Pan, że żyjemy w świecie, który od początku miał skłonność do szaleństwa?

Właśnie. Już starożytni Grecy czy Rzymianie nie mieli zbyt wysokiego mniemania o ciele, choć pozornie mogłoby się wydawać, że antyk ubóstwił wszystko, co cielesne. Podziwiano piękno ludzkiego ciała, harmonię i symetrię jego budowy, nawet bogów wyobrażano sobie na podobieństwo człowieka. Niemniej traktowano je jako coś gorszego od duszy. Platon, którego filozofia kształtowała światopogląd zarówno wykształconych warstw, jak i zwykłych obywateli, uważał, że świat materialny przypomina kolonię karną a ciało celę, w której uwięziono duszę. Dusza będzie cierpieć dopóki nie zrzuci z siebie jarzma ciała, przez które traci z oczu swe wzniosłe przeznaczenie. W „Timajosie" możemy przeczytać, że każdy człowiek: „Nie przestanie cierpieć w swych wcieleniach, dopóki nie powróci do pierwszego i lepszego usposobienia [...] i nie odrzuci rozumem wszelkiej masy, która się kolejno czepiała jego jestestwa - masy złożonej z ognia, wody, powietrza i ziemi, masy hałaśliwej i nierozumnej, którą można opanować tylko rozumem - i nie powróci do pierwszego i najlepszego stanu".

Chrześcijaństwo w średniowieczu zasymilowało dorobek filozoficzny starożytności, a wraz z nim przejęło negatywny obraz ludzkiej cielesności. Św. Augustyn, który podjął się chrystianizacji Platona, miał do ciała wrogi stosunek. Niektórzy twierdzą, że na jego poglądach zaważył nie tylko platonizm, ale także osobiste doświadczenia. Z jednej strony mówi się o jego przygodzie z manicheizmem, z drugiej o zmaganiach z własną seksualnością. Jakie by nie były powody, Augustyn, będąc jednym z największych Ojców Kościoła, odcisnął na chrześcijaństwie piętno swojej awersji do seksu. Ludzka seksualność była dla niego główną przeszkodą na drodze do Boga. Twierdził nawet, że grzech pierworodny, powód cierpienia i śmierci człowieka, przenosi się drogą płciową. Żadne słowo w Biblii nie potwierdza tego przypuszczenia. A jednak Augustyn doszukał się podpowiedzi w jednej ze scen Księgi Rodzaju. Wyczytał, że Adam i Ewa zakryli swoje intymne miejsca listkami figowymi, kiedy zobaczyli, że są nadzy. Musiał pomyśleć wtedy coś takiego: „Aha! To tutaj jest źródło grzechu pierworodnego". Augustyn widział w ciele powód i symbol przekleństwa, które spotkało pierwszych ludzi w Raju. To ono ich zgubiło, dlatego droga zbawienia mogła wieść jedynie przez poskromienie jego przyziemnych pragnień i poddanie ścisłej kontroli.



Podobne poglądy można odnaleźć wśród przedstawicieli ruchu ascetycznego. Ojcowie Pustyni uważali, że nie wystarczy zamieszkać z dala od cywilizacji, żeby swoje życie poświęcić Bogu. Nawet jeśli ktoś ucieknie na pustynię, pozostanie mu jeszcze jeden wróg do pokonania - własne ciało. Asceta - jak mówili - powinien odziewać się w łachmany, jeść jak najmniej i mało spać. Cel tych praktyk był jeden - złamać to, co było powodem grzechu. Jedynie człowiek niedożywiony, wyziębiony i niedospany mógł całe swe zaangażowanie skupić na Bogu. Niejeden doświadczony Ojciec, otoczony bisiorami, szkarłatami i wykwintnymi pokarmami, uległ pokusie. Nie brak mu było silnej woli, duch protestował, to ciało odmówiło posłuszeństwa.

Ale chrześcijaństwo nie zaczyna się od Ojców Pustyni.

Świadomie nie wspomniałem o Biblii. Co ciekawe, ani w Starym, ani w Nowym Testamencie nie znajdziemy tak skrajnego, jak w filozofii platońskiej, przeciwstawienia duszy i ciała. Dusza w wyobrażeniu Żydów była prawie tak samo cielesna, jak ciało. Nie widziano nic zdrożnego w przyjemnościach typowo cielesnych. Jezus, jak przekazują Ewangeliści, uczestniczył w zabawach i ucztach. Pieśń nad Pieśniami ukazuje także piękno miłości zmysłowej. Można oczywiście powiedzieć, że św. Paweł postrzegał kwestie związane z seksem bardzo powściągliwe, że prorocy Starego Testamentu potępiali prostytucję sakralną, ale - podsumowując - Biblia w porównaniu z tym, co mówił Platon czy Augustyn, wydaje się niezwykle przychylna ciału.

Dopiero w średniowieczu nabrano przekonania, że po ciele niczego dobrego nie można się spodziewać. Zaczęto je postrzegać jako źródło pokus i nieokiełznanych żądz. W następnych epokach było jeszcze gorzej. Pojawili się protestanci, którzy osiągnęli wyżyny w nieufności wobec wszystkiego, co kojarzyło się z ciałem. Zwłaszcza wyznawcy kalwinizmu mieli bardzo restrykcyjną etykę seksualną. Ci pionierzy kapitalizmu postrzegali seks jako potencjalne zagrożenie dobrobytu. Fizyczna bliskość kojarzyła im się ze zbędnym rozpraszaniem energii, równie bezcelowym, jak wyrzucanie pieniędzy w błoto. Chyba z tej przezorności wynikała ich niesłychana skrupulatność w zakrywaniu każdego centymetra ciała. Po co narażać się na niepotrzebne straty.

Podobną gorliwością wykazywali się protestanccy misjonarze. Można by - tylko nieco ironizując - powiedzieć, iż stałymi elementami ich zestawu misyjnego była Biblia, majtki i biustonosze. Każdy napotkany Papuas czy Indianin w Amazonii musiał najpierw zgrzebnie się odziać, zanim usłyszał Dobrą Nowinę. Ukrycie wstydliwych miejsc było pierwszym etapem ewangelizacji.

Nieufność wobec ciała przetrwała do dziś - także i w naszej kulturze, szczególnie wśród ludzi starszych. Moja mama zaraz reaguje, gdy w jej ulubionym serialu pojawi się nazbyt wydekoltowana aktorka: „Jak ona może! - mówi - Przecież tak się nie ubiera cywilizowana kobieta".

Zatem wszystkiemu winni są Platon i św. Augustyn?

Wszystkie wielkie kultury, nie tylko Europejczycy, zawsze starały się jakoś odróżnić od natury: Majowie inkrustowali zęby, kobiety w Etiopii wkładają w przebitą dolną wargę drewniany krążek. Ale tylko w kulturze europejskiej te zapędy osiągnęły stopień graniczący z obłędem. Człowiek Zachodu przypomina chłopa ze słynnej piosenki Włodzimierza Grześkowiaka, tego, co „żywemu nie przepuści". Natura wzbudza w nim coś takiego, co natychmiast każe mu ją poprawiać: rzeki uregulować, drzewa przyciąć, trawę skosić, zwierzęta hodować i poddawać selekcji. Japończycy, Chińczycy, jak i inne kultury zostawiały naturze wolność, natomiast na Zachodzie wymyślono naukę, dziedzinę, która ma pozwolić podporządkować naturę aż do ostatniego atomu. Ciało, będąc częścią natury, musi być, w myśl tej filozofii, również poddane kontroli. Asceza, sport, manipulacje ludzkimi genami, klonowanie, a nawet anoreksja są w pewnej mierze przejawem tej samej chęci panowania.



To, co Pan mówi, wydaje się przeczyć tezie, że żyjemy w czasach kultu ciała.

Czy ktoś, kto wyniszcza swój organizm rygorystyczną dietą, czyni to z troski o ciało? Z całą pewnością nie. Podobnie w przypadku wszelkich zabiegów kosmetycznych. Coś, co się wdzięcznie nazywa peelingiem, polega w rzeczywistości na zdzieraniu naskórka do krwi. Podczas operacji plastycznych rurą podobną do tych ze stacji benzynowych wysysa się nadmiar tłuszczu z brzucha, ud, bioder, a specjalnymi gwoździami naciąga skórę na twarzy niczym malarze płótno na blejtramie. I to miałby być jakiś przejaw kultu ciała? Absurdalne przypuszczenie. Jeżeli już trzymać się terminologii „kultowej", to powinniśmy raczej mówić o kulcie wyglądu. Dla współczesnego człowieka ważne jest, czy jego ciało odpowiada pewnym zewnętrznym standardom. Jeżeli od nich odstaje - a odstaje niemal zawsze - to „musi" poprawić co tylko się da: nadaje inny kształt podbródkowi, podnosi biust, idzie na siłownię, odwiedza gabinet kosmetyczny. Tak naprawdę w tej postawie ukryty jest gnostycki brak jakiegokolwiek poczucia związku, jedności z ciałem. Ono jest dodatkiem, materiałem, którym można i trzeba dowolnie manipulować.

Traktujemy ciało jak samochód: trzeba go konserwować, usuwać z niego zadrapania i wgniecenia, a niekiedy odświeżyć mu kolor.

Nie do końca. Samochód można zawsze wymienić na nowy model, ciała na razie nie.

To, co z tego wynika?

Dobra praca oraz szczęśliwe i dostatnie życie zaczynają być czymś nierealnym, przenoszą się do sfery niespełnionych marzeń... Jak mówi znany slogan: „przetrwają najpiękniejsi". Nie można mieć wielkiego brzucha, krzywych nóg i satysfakcjonującej pracy? Powiedziałbym, że taki scenariusz jest coraz rzadziej możliwy. Mówiąc nieco humorystycznie: jeżeli standard określa, że wszyscy muszą mieć trzydzieści dwa równe zęby, właściciel tylko trzech odpada na starcie. Nikt go nie zatrudni, ponieważ będzie odstraszał klientów.

Mniej więcej w drugiej połowie XX w. zmieniły się w kulturze ideały i wzorce. Wcześniej liczyło się doświadczenie, jakie człowiek zdobył w ciągu swego życia, jeżeli zjadł przy tym wszystkie zęby, był tym bardziej ceniony. Wiek symbolizował dostojeństwo i wiedzę. Wraz z rewolucją technologiczną do głosu doszła młodość. Okazało się, że ludzie młodzi lepiej się adaptują do szybko zmieniających się warunków, łatwiej się uczą, bez trudu potrafią przyswoić sobie nowe umiejętności. To oni opanowali rynek pracy i do nich większość wielkich firm kieruje swoją ofertę. Cała kultura przeorientowała się na nastolatków i dwudziestolatków. Jeżeli chcesz pozostać graczem na rynku musisz się dostosować. Ci, którym się nie udaje niestety, często lądują na marginesie. Wystarczy jedna nieudana operacja plastyczna, aby dotychczasowa bohaterka mediów, która w telewizji gościła kilka razy w tygodniu i wypowiadała się autorytatywnie na wszystkie tematy towarzyskie -nagle, z dnia na dzień, przestała istnieć i poniosła coś w rodzaju „śmierci społecznej"...



Po co stawiać ciału takie wymagania, skoro i tak mało kto jest w stanie im sprostać?

To rynek sztucznie je podtrzymuje. Z młodości uczyniono bardzo dochodowy interes. Żeby utrzymać wygląd trzydziestolatki/a potrzebne są niemałe inwestycje, począwszy od kosmetyków, a skończywszy na operacjach plastycznych. Trzeba jedynie przekonać potencjalnego klienta, że musi sięgnąć do swojej kieszeni. Najbardziej skutecznym sposobem okazało się wzbudzenie lęku. W każdej niemal reklamie kosmetyków słychać zrozpaczony głos modelki: „O! jakie mam włosy! Pokruszone, połamane", „O! Jaką mam skórę!", „O! Jaką mam fatalną figurę!". Komunikat zachodniej cywilizacji skierowany do wszystkich ludów na Ziemi brzmi: „Taki, jaki jesteś, jesteś wstrętny. Musisz coś ze sobą zrobić". Chociaż tak do końca nie wiadomo co. Blondynce każe się farbować na brunetkę, a brunetce na blondynkę, ale ani blondynka, ani brunetka nie jest ideałem urody. Ważne, żeby się zmieniać.

Tak stwarza się sztuczny popyt. Media zamiast opisywać rzeczywistość, kreują fakty. Przykładowo firmy farmaceutyczne produkujące leki antydepresyjne nakręcają sprzedaż, proponując bohaterkom pierwszych stron gazet, aby opowiadały o swoich doświadczeniach z depresją. Bez znaczenia jest to, czy rzeczywiście miały one za sobą takie przeżycia. Ważne, że połowa czytelników po przeczytaniu takiego świadectwa odkryje w sobie symptomy depresji i zapotrzebowanie na leki antydepresyjne wzrośnie.

Leczyć zdrowe ciało?

Przemysł farmaceutyczny jest niesłychanie dochodowy i ma inne cele niż troska o twoje zdrowie. Jeśli jesteś chory, masz wziąć środek przeciwbólowy, tak mówi reklama. Nikt cię nie poinformuje, że ten specyfik maskuje ból, a jego zażywanie jest rozłożonym w czasie samobójstwem. Usłyszysz raczej, że pozwoli ci on efektywniej pracować, wesprze cię w osiągnięciu sukcesu zawodowego.

Kiedy jakaś firma próbuje mówić, że wypuściła nowy produkt z myślą o zdrowiu, czy bezpieczeństwie ludzi, można być pewnym, że to kolejny chwyt marketingowy. W latach 40. i 50. właściciele koncernów samochodowych wiedzieli, że kierownica przy każdej niemal stłuczce miażdży pierś kierowców. Mimo to nie wszczęto badań, które mogłyby coś zmienić. Dopiero naciski lobby konsumenckiego sprawiły, że zaczęto pracować nad bezpieczniejszymi samochodami i pierwsze poduszki powietrzne trafiły do najdroższych modeli aut. To filmy typu „Supersize me" decydują o tym, że McDonald's wprowadził sałatki i soki do swoich zestawów. Wcześniej pasł ludzi bez opamiętania i gdyby nie akcja medialna, zapewne robiłby tak po dziś dzień.

Jedne firmy starają się nas odchudzać, inne chcą, abyśmy się tuczyli, jedząc to, co dla nas przygotują. Kompletna paranoja.

Każdy walczy o swoje, a wygrywa ten, kto będzie najskuteczniejszy. Takie jest prawo rynku. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że w marketing wprzęgnięto naukę. Dzięki jej pomocy wykorzystywane są wszystkie nasze słabe strony. Dlaczego ludzie tyją? To proste, dzięki wsparciu nauki wytwarza się taką żywność, obok której nikt nie przejdzie obojętnie. Przepis jest niezwykle prosty: w potrawach - dużo soli, tłuszczu i przypraw, a w napojach - najlepiej sam cukier. Taki zestaw skusi każdego. Tak naprawdę nasze upodobania kulinarne nie zmieniły się od tysięcy lat. Człowiek pierwotny zawsze wybierał pożywienie najbardziej energetyczne. Z reguły chodził głodny i czekał tylko na okazję, żeby najeść się na zapas. Teraz siedzi przed telewizorem, ale gust mu się nie zmienił. Od zdrowego jedzenia, np. ziemniaków posypanych pietruszką, woli chipsy i colę. To jest tragedia współczesnego człowieka. Prowadzi życie kotów kanapowych, a apetyt ma jak u dzikiego tygrysa. Już wkrótce w Ameryce otyłość będzie taką samą epidemią, jak w średniowieczu czarna ospa czy dżuma.



Ale świat nie lubi otyłych...

I koło się zamyka.

Można przecież znaleźć sobie jakąś niszę, zamieszkać z dala od tego szalonego świata, uwolnić się od reklam, presji wyglądu...

...Mieszkać w starej szopie i być szczęśliwym zbierając znaczki. Ale jeśli zechcesz założyć rodzinę, jako odpowiedzialny człowiek będziesz musiał zapewnić jej bezpieczniejsze lokum. Bez gotówki skazujesz się na kredyt, a wtedy należysz do nich. Zrobisz wszystko, żeby spłacić kolejną ratę. O swoim ciele zaczniesz myśleć instrumentalnie. Dzięki niemu zarobisz przecież pieniądze. Zapiszesz się na basen i siłownię, żeby poprawić jego wydolność. Bez dobrej kondycji trudno wytrzymać czternaście godzin w pracy lub zmusić się do jeszcze dłuższego wysiłku. Co to przypomina?

Podejście do ciała anorektyka i ascety?

Nie inaczej. Będziesz zmuszony zapanować nad swoim ciałem, nad jego naturą. Dojdzie do tego, że zaczniesz wyznaczać mu czas wypoczynku. W dni wolne pozwolisz sobie na dłuższy sen, poleżysz przed telewizorem, poczytasz książkę. Inni będą woleli maksymalnie wykorzystać ten czas. W jaki sposób? Pijąc do utraty przytomności lub zażywając narkotyki. Przeznaczą na to piątek i sobotę, aby w poniedziałek o własnych siłach pojawić się w pracy. Regeneracja sił organizmu po długim wysiłku trwa kilka dni, w tym przypadku dało się go skrócić do dwóch. W podobny sposób ludzie poddają kontroli inne naturalne potrzeby swojego ciała. Rozwój współczesnej farmakologii pozwala im to robić coraz bardziej skutecznie.

Kiedy już przestaniesz interesować się ciałem, będziesz musiał zadbać o wygląd. Kupisz sobie dobre ubranie, samochód. Być może zaciągniesz na to kolejny kredyt. Zgodzisz się jednak na kolejne obciążenie.

Po co mam kupować auto i inne rzeczy, jeśli chcę spłacić kredyt za dom?

W kulturze nastawionej na zysk jest to jedyny sposób, żeby wyraźnie zakomunikować swoją pozycję. Dawniej w małych społecznościach wszyscy się znali. Dzisiaj, w czasach globalizmu i gwałtownej migracji, wygląd stał się podstawowym źródłem informacji o człowieku. W Ameryce Północnej czy Europie Zachodniej każda grupa zawodowa musi posiadać określone rzeczy, które są wizytówką ich zawodu. Nie można być szefem korporacji adwokackiej i jeździć rowerem. Nie dawno zapytałem moją znajomą z Warszawy: „A tak szczerze, to po co ci buty za kilka tysięcy złotych?". Odpowiedziała, że jeśli nie będzie miała takich butów, to nikt nie zechce z nią robić interesów.

Ktoś mógłby powiedzieć, że tak redukuje się wartość człowieka do rzeczy, które posiada. Można jednak zobaczyć w tym pozytywne strony: to najszybszy sposób wymiany informacji o ludziach. Jeśli mam takie ubranie, taki samochód i nie ściga mnie policja, to znaczy, że wzbogaciłem się dzięki własnej pracy i zdolnościom, czyli jestem zaradny i przedsiębiorczy. Jak inaczej mam to zakomunikować? Oczywiście mogę to powiedzieć, ale o wiele bardziej przekonujące jest to co widać, niż, być może próżne, przechwałki.

Stąd popularność podróbek markowych ubrań. Udajemy, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości. Podobnie robią zwierzęta, ale tylko człowiek uzyskał piekielną swobodę w manipulacji naturą. Psy stroszą sierść, a człowiek wymyślił sobie pióropusze, husarskie skrzydła, epolety i makijaż. Są to różne strategie przechytrzenia natury, dodania sobie rangi, atrakcyjności.



Problem w tym, że już dziś widoczne są skutki uboczne. W Ameryce czy krajach anglosaskich na pytanie: „Jak się masz?", nie wolno odpowiedzieć: „Źle". Zawsze musisz być uśmiechnięty, chociaż akurat wywalili cię z pracy, zmarł ci ktoś bliski, boli cię głowa. Nie można być człowiekiem przegranym, chorym, zniechęconym, starym. W porównaniu ze standardami duchowości greckiej, chrześcijańskiej, wydaje się to nieludzkie. Dlaczego mam udawać, jeśli wzorem mają być relacje oparte na prawdzie, zaufaniu?

Żeby „być" trzeba dobrze wyglądać?

Nie „dobrze", a „lepiej". Samo tylko posiadanie już nikogo nie interesuje, chodzi o to, żeby mieć coś lepszego od innych. Lepiej wyglądać, mieć lepszy samochód, dom. Tak wygląda kultura, którą Riane Eisler2 określiła, jak „dominator model" - a więc oparta na rywalizacji i dominacji. Nie czerpie się w niej satysfakcji z tego, co się ma, tylko cały czas dąży do tego, żeby mieć więcej od innych i być od innych lepszym.

Ten pęd jest zresztą zrozumiały, jeśli popatrzymy na wszystko z perspektywy ewolucyjnej. Darwinista powiedziałby, że współczesny człowiek i małpy z gatunku naczelnych mają podobne zainteresowania. Ich uwagę przyciąga seks i walka o władzę. Małpy obserwują kto z kim walczy, aby wiedzieć jak zapewnić sobie wysokie miejsce w hierarchii - to po pierwsze. A po drugie - samice i samce obserwują te osobniki, które mogą pochwalić się największą liczbą aktów seksualnych, a następnie naśladują te zachowania, które pozwolą im osiągnąć sukces reprodukcyjny. Do niedawna „Big Brother" spełniał funkcje takiego eksperymentalnego stada. Program ten oglądały na świecie miliony ludzi, między innymi po to, żeby zobaczyć, jak się zdobywa władzę, kto może po nią sięgnąć, a obserwując głosowanie widzów, dowiedzieć się, co zrobić, żeby podobać się innym.

Żyjąc w społeczeństwie, które wyznaje ideały podobne do ideałów stada małp, nie pozostaje ci nic innego jak się starać. Wzorujesz się przy tym, podobnie jak małpy, na tych, którym się udało. Przykładowo Murzyni w latach 70. (np. James Brown) prostowali sobie włosy, żeby ułatwić sobie start w show biznesie. Chcieli w ten sposób upodobnić się do tych, którzy osiągnęli sukces. Później sytuacja się odwróciła, na fali była „Czarna Siła" (Black Power) i wtedy, to wśród białych zapanowała moda na fryzury „afro". Tak powstają mody, ale jeśli połączy się z nimi mechanizm konkurencji, pojawia się szaleństwo. Jak już wejdę w środowisko opalonych, to chcę być w tym najlepszy. Jak zacznę się odchudzać, to też chcę się na tym polu wyróżnić. Interesuje mnie tylko pierwsze miejsce.

Są jednak granice, chociażby wytrzymałości czy bólu.

Ale wygrywa ten, który je przekroczy. Jeżeli już jesteśmy przy porównaniach ze światem zwierzęcym, warto wspomnieć o istniejącej w biologii teorii, która opisuje ten mechanizm. Jest to tzw. teoria ponoszonych kosztów. Mówi ona, że samica jelenia zawsze wybierze partnera z największym porożem. Jej „rozumowanie" jest takie: jeśli udało mu się przeżyć z czymś takim na głowie - ciężkim, niewygodnym, utrudniającym ucieczkę wśród gęstych drzew - to wyraźnie jest lepszy od jeleni, które nie mają się czym pochwalić. W podobny sposób można wytłumaczyć szereg ryzykownych, ludzkich zachowań, np. ekscesy nastolatków: siada taki na motor i pędzi na granicy życia i śmierci. Podobnie postępują kobiety, wkładając wysokie szpilki, czy ci, którzy robią sobie tatuaże albo piercing. Wszystkie zachowania ryzykanckie, autodestrukcyjne imponują. Pokazują także, że ten, kto pozwolił sobie na taki wyczyn, ma niebywałą wytrzymałość. Dawniej nowobogaccy zapalali sobie papierosa banknotem studolarowym. Dziś można zobaczyć ludzi kupujących mnóstwo niepotrzebnych, zupełnie zbędnych rzeczy. Na podwórku stoją nieużywane samochody, w domach szafy zapchane ubraniami, których nigdy nie założą. Nie muszą. Oni tylko komunikują innym, że stać ich na taki wydatek. Że mogą ponieść takie ogromne koszty, bo - w domyśle - są lepsi od innych. Podobnie paw chwali się ogonem, chociaż on do niczego nie jest mu potrzebny. Częściej przeszkadza, bo dzikie koty uwielbiają atakować te nieporadne ptaki.

Dokąd manipulacja wyglądem może nas doprowadzić?

Człowiek jest na szczęście zwierzęciem, ma jeszcze resztki naturalnych odruchów i wzdraga się przed rzeczami, które mogą mu naprawdę zaszkodzić. Jednak, z drugiej strony, jest na tyle nieobliczalny, że nie wiadomo, na co go jeszcze stać. Być może coraz częściej będzie sięgał po tak drastyczne środki jak operacje plastyczne. Może będzie chciał coraz bardziej zmieniać swój wygląd. W jakim kierunku? Trudno powiedzieć. Nie wiadomo, jaki trend zapanuje w przyszłości.

Rozmawiał Marcin Jakubionek
Tagi: