Czy nasza żywność jest bezpieczna?

Z prof. Tadeuszem Michalskim rozmawia Irena Świerdzewska

publikacja 20.12.2007 09:13

Jeśli chodzi o żywność, to spożywamy już taką, która co prawda nie jest bezpośrednio produktem modyfikacji genetycznej, ale przy jej powstawaniu wykorzystano właśnie te nowoczesne metody. Idziemy, 16 grudnia 2007

Czy nasza żywność jest bezpieczna?




Polska może zapłacić kilkadziesiąt tysięcy euro grzywny, jeśli w ciągu najbliższego tygodnia nie dostosuje się do unijnego prawa i nie zacznie wprowadzać na rynek pasz i nasion modyfikowanych genetycznie. Dlaczego Komisja Europejska naciska na wprowadzanie takiej żywności?

Zaistniała tu sytuacja sprzeczności zapisów prawnych. U nasze próbuje się zabronić wprowadzenia na rynek żywności modyfikowanej genetycznie, prawo unijne zezwala. Postawę Komisji Europejskiej odbieram jako dążenie do respektowania unijnych zapisów. Wydaje mi się, że UE nie zmusza do stosowania żywności modyfikowanej genetycznie (GMO), ale dąży do zachowania możliwości wyboru. Zwolennicy GMO to spora część społeczeństwa, ale głównie jednak producenci. Na tej linii zachodzą zadrażnienia.

Czym właściwie jest żywność modyfikowana genetycznie? Czy należą też do niej mandarynki bez pestek, porzeczkoagrest czy inne warzywa i owoce, kuszące ładnym wyglądem i lepszym smakiem?

Takie owoce są przykładem krzyżowania roślin, dalekiego od naturalnych sposobów, dokonywanego niejako wbrew naturze. Jako przykład można podać też pszenżyto, które stanowi 1/5 zbóż uprawianych w Polsce. W przypadku takich krzyżówek modyfikacje genetyczne są setki, nawet tysiące razy większe niż w przypadku GMO, którego tak bardzo się obawiamy. Różnica polega na metodzie, którą wykorzystaliśmy. W pierwszym przypadku zmuszamy rośliny do krzyżowania się „wbrew naturze”. W GMO dołączyliśmy im kilka cech, wprowadzając do rośliny geny, które mają zacząć działać na naszą korzyść.

Na przykład chcemy wprowadzić do rośliny określoną cechę jak odporność na daną chorobę. Geny, które zagwarantują nam taką cechę, mogą pochodzić z innych organizmów, dzikich roślin, ale też np. z bakterii. Różnymi metodami "zmuszamy" żywy organizm do przyjęcia takiego genu. GMO to tylko jedna z metod genetycznej modyfikacji. Nowocześniejsza, 2–5-krotnie szybsza od wcześniej stosowanych.

Właściwie wszystkie rośliny uprawne, z których dzisiaj korzystamy, są genetycznie modyfikowane. Różnica polega na tym, że dawniej modyfikujące krzyżowania trwały dziesiątki albo i setki lat. Dzisiaj modyfikacje, o których mówimy tzw. metodą transgeniczną, są na tyle szybkie, że można przeprowadzić je w ciągu kilku lat, wliczając w ten czas okres sprawdzania wyników.

Nie rozumiem, dlaczego uważa się, że cechy zmienione w roślinie o 50% – jak dzieje się w przypadku wspomnianych krzyżówek – budzą mniejsze obawy niż zmiany wykonane w 1%, jak w przypadku zastosowania nowoczesnych metod modyfikacji genetycznej.





Co zyskujemy przez modyfikacje genetyczne?

W przypadku roślin kierunki są różne. Weźmy kukurydzę, soję czy bawełnę: formy GMO tych roślin charakteryzują się jedną z najbardziej przydatnych cech, jaką jest odporność na określone owady. W modyfikacji genetycznej do takich roślin przeszczepia się grupę genów z bakterii żyjącej w glebie – Bacillus thuringiensis. Kiedy wylęgające się larwy motyli próbują ją zjadać, natychmiast giną. Rośliny poddane takiej modyfikacji genetycznej nabierają cech toksyczności dla wąskiej grupy organizmów, praktycznie dla kilku gatunków motyli lub chrząszczy. Brak uszkodzeń przez owady, skutkuje pośrednio znaczącym zmniejszeniem porażenia roślin przez niebezpieczne choroby grzybowe (np. Fuzarium produkujące mikotoksyny). Jedyna z roślin modyfikowanych dopuszczona dziś do uprawy w Unii Europejskiej – kukurydza GMO, zawiera takie właśnie geny, tzw. geny Bt.

Jeśli rolnik staje przed dylematem, co wybrać: zasiać odmianę, która daje mu prawie pełną zdrowotność plonów, czy też zasiać tradycyjną odmianę i stosować 2–4 opryski chemiczne (w tropiku nawet do 15), odpowiedź jest jednoznaczna. Nie tylko dla rolnika, myślę, że także dla ekologa. Z każdego zabiegu pewna część może przedostać się do otoczenia. Do rzeki, do atmosfery wprowadzamy środki chemiczne, które nigdy nie były obojętne dla środowiska.

Jeśli chodzi o żywność, to spożywamy już taką, która co prawda nie jest bezpośrednio produktem modyfikacji genetycznej, ale przy jej powstawaniu wykorzystano właśnie te nowoczesne metody. Np. przy wyrobie serów można używać grzybów i bakterii, które poprawiają wygląd i smak. Do produkcji wódki – drożdży, które lepiej i szybciej produkują alkohol itd. Istnieją tysiące podobnych możliwości. Najbardziej spektakularnym efektem modyfikacji genetycznej może być produkcja przez mikroorganizmy insuliny, hormonu bardzo poszukiwanego i w normalnych warunkach bardzo trudnego do uzyskania.

Słychać głosy, że wprowadzenie do uprawy roślin GMO grozi wyginięciem w Polsce niektórych gatunków, ponieważ dojdzie do krzyżowania się ich z roślinami z natury.

Tego rodzaju poglądy głoszą osoby, które nie znają zasad biologii. Kukurydza jest obcym dla Europy gatunkiem, pochodzącym z Ameryki. W przyrodzie nie posiada gatunków pokrewnych, dlatego nie ma możliwości powstawania mutantów. W ogóle nie jest prosto dokonać krzyżówki w nawet obrębie zbliżonych sobie gatunków. Moi koledzy pracujący nad rzepakiem narzekają na silne mechanizmy obronne, mocno utrudniające próby skrzyżowania go z innymi gatunkami.





W 1999 r. głośno było w Anglii o eksperymencie z transgenicznymi ziemniakami testowanymi na szczurach. Gryzonie miały zmiany w grasicy, jelitach, skurczył im się mózg. W końcu padły. Przeciwnicy GMO mają więc powody do kwestionowania metody?

Wiem, że podczas prac przy GMO były problemy z jednym z białek, które przypadkiem przedostało się do modyfikowanych organizmów jako nośnik genów. Nie była to wina genetycznej modyfikacji, ale zastosowanej metody. To tak jakby lekarz podając pacjentowi zastrzyk przeniósł jednocześnie drobnoustrój, który znalazł się w strzykawce. Drobnoustrój zadziałał szkodliwie, a nie lek. Można mówić tu o wypadku przy pracy. Potem tę metodę genetycznej modyfikacji ulepszono. Ciągle zbierane są doświadczenia, 20 lat pracy z GMO to jeszcze krótki okres.

Możemy więc bezpiecznie sięgać po produkty modyfikowane genetycznie?

Sądzę, że dzisiaj można mówić o bezpiecznym korzystaniu z takich produktów. Jednak ostrożność zawsze jest przydatna. Nie wszystkie odległe w czasie skutki da się przewidzieć. Technika doskonali się coraz bardziej, ale natura jest dość zmienna. Przykładem jest choćby historia jednego z pierwszych powszechnie stosowanych środków do ochrony roślin i zwalczania komarów – DDT. Dzięki niemu udało się uratować miliony ludzkich istnień i zwiększyć produkcję, potem okazało się, że zalega on w przyrodzie. Dla człowieka szkodliwość była żadna, ale w całej biocenozie zauważalne były pewne negatywne skutki. Tak więc po ponad 20 latach stosowania, środek został wycofany z użycia. Po jego wycofaniu jednak malaria w tropiku stała się znowu poważnym zagrożeniem. Opierając się choćby na tym przykładzie podzielałbym obawy, że daleko idącej zależności nie da się wychwycić. Dlatego ciągle trzeba prowadzić badania.

Dla osób, które mają obawy przed korzystaniem z żywności GMO jest inne wyjście. Każdy towar, który zawiera określony (najczęściej powyżej 0,9%) dodatek produktu genetycznie modyfikowanego np. mąkę użytą w herbatnikach, musi posiadać taką informację. Te towary powinny znajdować się na odrębnych półkach. Tak, by każdy miał możliwość sprawdzić i powiedzieć: "Tego towaru nie kupuję".

A kiedy klient kupuje kurczaki karmione modyfikowaną paszą? Wtedy chyba trudniej będzie o taką wiedzę?

W Europie (także w Polsce) już od kilkunastu lat mamy taką sytuację. Soja i śruta sojowa na rynku światowym to w większości forma genetycznie modyfikowana. Większości zwierząt podaje się mączkę sojową. Sądzę, że w kotletach sojowych jedzonych przez wegetarian też znajdował się surowiec genetycznie modyfikowany. Dopiero po protestach konsumentów zaczęto oznaczać, które produkty sojowe pochodzą z GMO. Rezygnacja z pasz modyfikowanych genetycznie jest na dziś praktycznie niemożliwa. Doprowadzić mogłaby do małej rewolucji i spadku produkcji żywności. W dłuższej perspektywie czasowej jest to możliwe, ale wzrosłyby ceny pasz, a potem większości produktów na rynku.





W Polsce 80% społeczeństwa nie chce korzystać z GMO. W innych krajach Europy, choćby w Austrii, też słychać protesty, a tu okazuje się, że właściwie skazani jesteśmy na żywność modyfikowaną genetycznie.

Produkcja GMO jest niewątpliwie postępem biologicznym i genetycznym. Każdy postęp rodzi pewne obawy. Można wskazać na proste przykłady zdobyczy techniki, jakimi były pociągi czy auta. Nie uciekniemy od innowacji. Możemy jedynie liczyć na odsunięcie ich w czasie. Jednak w przyszłości musimy być przygotowani na szersze otwarcie się na nowe metody. Dzisiaj USA, Chiny, Brazylia postawiły na GMO. Teraz zalewają świat produktami tańszymi, których produkcja kosztuje mniej niż tradycyjna. Jeśli jednak społeczeństwo tak bardzo się boi roślin modyfikowanych genetycznie, to liczyć się też powinno ze zwiększonymi wydatkami – np. na rozwój innych metod genetycznego uszlachetniania służących nam roślin i zwierząt, czy szukanie pasz zastępczych.

W sytuacji dużego oporu społeczeństwa, ale także zapóźnienia w badaniach nad GMO, jakie w Polsce obserwujemy na skutek „odgórnych” zakazów, generalnie byłbym za powolniejszym wprowadzaniem tego typu zmian do naszych upraw i do naszego handlu. Podejmując określone decyzje, warto zwrócić uwagę na to, jak zmienia się i kształtuje opinia publiczna i polityka w całej UE, tak by Polska nie straciła przypadkiem pod względem gospodarczym.



***

Tadeusz Michalski (1949), profesor doktor habilitowany nauk rolniczych Akademii Rolniczej w Poznaniu, prezes Polskiego Związku Producentów Kukurydzy (PZPK), sekretarz Zarządu Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych, członek European Society for Agronomy (ESA), Polskiego Towarzystwa Agrotechnicznego (PTA), Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk (PTPN), Europejskiej Federacji Produkcji Kukurydzy (CEPM). Autor podręczników, książek popularno-naukowych i publikacji popularyzujących osiągnięcia nauk rolniczych.