4 czerwca – kod narodowej pamięci

Jan Skórzyński

dodane 22.05.2007 08:32

Po co nam polityka historyczna? Każde społeczeństwo potrzebuje pewnego najbardziej podstawowego kodu, czyli zbioru elementów, które je łączą: symboli, wydarzeń, przekonań, bohaterów. Nie jest obojętne, co ten kod tworzy, jakie wydarzenie z przeszłości uznajemy za godne upamiętnienia i jakie postawy za warte upowszechnienia. Więź, 5/2007

4 czerwca – kod narodowej pamięci




Po co nam polityka historyczna? Wokół tego pytania obracała się dyskusja w styczniowym numerze „Więzi”. Najcelniej, jak mi się zdaje, odpowiedział na nie Jan M. Piskorski, wskazując, że każde społeczeństwo potrzebuje pewnego najbardziej podstawowego kodu, czyli zbioru elementów, które je łączą: symboli, wydarzeń, przekonań, bohaterów. Nie jest obojętne, co ten kod tworzy, jakie wydarzenie z przeszłości uznajemy za godne upamiętnienia i jakie postawy za warte upowszechnienia.

Taką narodową politykę wobec historii podjęła już „Solidarność“ w latach 1980-1981. Czymże innym były wznoszone wówczas pomniki: Poległych Stoczniowców w Gdańsku i Ofiar Czerwca ’56 w Poznaniu? A budowanie tradycji oporu wobec komunizmu odbywało się wtedy – przypomnijmy – nie tylko bez pomocy państwa, ale wręcz przy jego sprzeciwie. Jest paradoksem, a raczej grymasem historii, że po upadku komunizmu w Polsce nie podjęto zorganizowanego wysiłku, by tradycję „Solidarności“ wpisać na trwałe w kod naszej narodowej pamięci.

Pierwszą dekadę niepodległości naznaczyła niechęć do tzw. kombatanctwa, a wieloletnia walka związku o wolność i demokrację określona została pogardliwym mianem „styropianu”. Ekipy rządzące Polską po 1989 roku – zarówno solidarnościowe, jak postkomunistyczne – odwróciły się do niedawnej historii plecami. Pod tym względem Lech Wałęsa niewiele się różnił od Aleksandra Kwaśniewskiego, choć tylko przywódca SLD otwarcie deklarował, że wybiera przyszłość, co oznaczało niechęć do przypominania o peerelowskiej przeszłości. W pierwszej dekadzie niepodległości zabrakło w polityce państwa znaczących odwołań do polskiej drogi do demokracji ani prób utrwalenia antykomunistycznych tradycji. Bohaterowie walki o wolność byli zbyt pochłonięci rywalizacją o miejsce w politycznej teraźniejszości, by pamiętać o wspólnych dokonaniach przeszłości. Wystarczy przypomnieć skromne obchody dwudziestolecia “Solidarności” w 2000 roku czy – cztery lata wcześniej – rocznicy protestów z czerwca 1976 i założenia Komitetu Obrony Robotników.

Jeśli Polacy sami nie dbali o pamięć o swym walnym udziale w pokonaniu komunizmu, to trudno się dziwić, że i w Europie powoli o tym zapominano. O tym, jak bardzo wyblakła tak żywa kiedyś na Zachodzie legenda “Solidarności”, można się było przekonać w dziesięciolecie upadku muru berlińskiego, obchodzone z wielką pompą w stolicy zjednoczonych Niemiec w listopadzie 1999 roku. Na uroczystość tę zaproszono George'a Busha seniora, Michaiła Gorbaczowa i Helmuta Kohla – jako mężów stanu, którzy najbardziej przyczynili się do zakończenia podziału Niemiec i całej Europy. Lecha Wałęsy wśród nich nie było.

MIT OKRĄGŁEGO STOŁU

W tym samym roku w Warszawie z dużą pompą celebrowano dziesięciolecie Okrągłego Stołu. Patronem tej uroczystości był prezydent Kwaśniewski, a jednym z najważniejszych gości – generał Kiszczak, ale wzięli w niej liczny udział także ludzie zaangażowani po stronie walczącej z komunizmem. Trudno zrozumieć, czemu woleli uczestniczyć w kreowaniu mitu Okrągłego Stołu, korzystnego dla postkomunistów, miast umacniać prawdziwą legendę zwycięskiej “Solidarności”.

Naturalnie, nie ma nic złego w pamiętaniu o kompromisie 1989 roku, który utorował drogę do demokracji i niepodległości, ale przecież stało się to wbrew intencjom ówczesnych przywódców PZPR. Nie idzie więc o to, by przekreślać sens tego kompromisu i opatrywać go mianem zdrady – choć pogląd ten zyskuje dziś na znaczeniu, to z historyczną prawdą nie ma nic wspólnego. Jednak czynienie z negocjacji w Magdalence najważniejszego momentu w historii polskiego odchodzenia od komunizmu jest także wykoślawianiem przeszłości. Niweluje znaczenie oporu, jaki przez siedem „wojennych” lat stawiano reżimowi. Bez tych siedmiu lat podziemnej “Solidarności” nie byłoby żadnych rozmów władzy z opozycją, bo PZPR nie miałaby z kim rozmawiać.



Według mnie, o wiele ważniejszą datą tamtego roku jest 4 czerwca 1989. To ten dzień zadecydował o tym, że komuniści utracili władzę, czego ugoda Okrągłego Stołu wcale nie przewidywała. Czerwcowe wybory opatrywane są często lekceważącym mianem „kontraktowych”, ale był to moment, kiedy zawarty przez przywódców kontrakt został przez obywateli skonsumowany i... radykalnie zweryfikowany. Ludzie potraktowali głosowanie jako plebiscyt przeciw komunizmowi i dali jasno do zrozumienia, że nie chcą już rządów PZPR w żadnej postaci.

Ten dzień powinien więc być – obok daty powstania “Solidarności” – najmocniej celebrowany w odrodzonej Rzeczypospolitej. To, że nie jest, więcej mówi o stosunku naszego państwa do własnej genezy niż deklaratywne odniesienia do historii, pojawiające się w przemówieniach polityków.

Dzieje pamięci o walce “Solidarności” to w gruncie rzeczy jedno wielkie zaniechanie. Tadeusz Mazowiecki i jego ekipa, podjąwszy wielkie reformy ustrojowe, za najważniejsze uważali nieantagonizowanie swych koalicyjnych sojuszników – włącznie z PZPR – i przywiązanej do PRL części społeczeństwa. Nie chcieli więc eksponować solidarnościowej tradycji. Zamiar był pragmatyczny i w jakiejś mierze skuteczny, lecz osiągnięto to kosztem zatarcia różnic między funkcjonariuszami reżimu a jego przeciwnikami. Ceną był też brak poczucia satysfakcji ze zwycięstwa “Solidarności” nad komunizmem.

Zarówno w dziele reformowania kraju, jak i tzw. polityce grubej kreski rząd Mazowieckiego wspierała „Gazeta Wyborcza”. Dziennik liberalnej lewicy obozu „S” opowiadał się za współpracą z postkomunistami na rzecz modernizacji Polski. Tak jak październikowe „Po prostu” wychodziło w 1956 roku „na spotkanie ludziom z AK”, tak utworzona przez działaczy solidarnościowego podziemia „Gazeta” do budowania III RP zapraszała reformatorów z dawnej PZPR. O to, czy to pragmatyczne podejście było słuszne, czy nie zapłacono zbyt wysokiej ceny – można się spierać. Z pewnością nie musiało to jednak prowadzić do hurtowego rozgrzeszenia generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, dokonanego w kolejną rocznicę stanu wojennego.

W 1990 roku Lech Wałęsa demonstracyjnie przyjął insygnia szefa państwa z rąk emigracyjnego prezydenta, Ryszarda Kaczorowskiego, pomijając tym samym Wojciecha Jaruzelskiego i całą PRL. Ale na tym jego polityka historyczna właściwie się zakończyła. Z innymi przywódcami „S” nie było lepiej. Postawę dawnych bohaterów ruchu wobec przeszłości można, niestety, zakwalifikować jako mieszaninę lekkomyślności, arogancji i całkowitego braku wyobraźni. Jej najlepszą ilustracją było postępowanie Zbigniewa Bujaka, legendarnego przywódcy podziemia, który wystawił własną legitymację związkową na licytację, a swoim wspomnieniom nadał tytuł „Przepraszam za Solidarność”.

Pasmo niechęci do kultywowania tradycji walki z komunizmem przerwał dopiero prezydent Lech Kaczyński, nadając odpowiednią rangę trzydziestoleciu powstania Komitetu Obrony Robotników, a potem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i wręczając najwyższe odznaczenia państwowe ludziom opozycji. Również dwudziesta piąta rocznica 13 grudnia była obchodzona w godnej dla tej daty oprawie.

W sprawach przeszłości bardziej umiejętnie niż kombatanci “Solidarności” poruszał się Aleksander Kwaśniewski. Początkowo, gdy walczył o postkomunistyczny elektorat, demonstracyjnie bronił dorobku Polski Ludowej i odrzucał odpowiedzialność za przeszłość. Jego wystąpienie w dwudziestą rocznicę stanu wojennego było zręczną zmianą kostiumu: partyjny arywista, który zrobił karierę w ekipie Wojciecha Jaruzelskiego, przyjął rolę męża stanu patrzącego na dramatyczne wydarzenia lat 1981/1982 zarówno z punktu widzenia władz PRL, jak wolnościowych aspiracji narodu. Jego ocena stanu wojennego: „mniejsze zło, ale zło” to majstersztyk politycznej dyplomacji, uznający postawę “Solidarności“, ale nie przekreślający też racji generałów, które przecież według sondaży cieszą się zrozumieniem większości społeczeństwa.

Swoje stanowisko Kwaśniewski ogłosił w siedzibie Instytutu Pamięci Narodowej. Powstały w 1999 roku dzięki koalicji Akcji Wyborczej “Solidarności” i Unii Wolności, a wbrew zaciętemu oporowi postkomunistów, IPN stał się najpoważniejszą instytucją badawczą najnowszej przeszłości. Jego pion naukowy należy do najlepszych w Polsce, o czym świadczy kilkadziesiąt książek prezentujących dzieje systemu komunistycznego i stawianego wobec niego oporu. Instytut gromadzi dokumentację komunistycznych służb specjalnych, jest więc naturalne, że jego publikacje koncentrują się na działaniach podejmowanych przez system wobec jego przeciwników. Dzieje opozycji przeciwko dyktaturze, zwłaszcza po roku 1956, a przede wszystkim historia „Solidarności” – cieszą się mniejszym zainteresowaniem historyków. Stan badań w tej mierze wciąż, po 17 latach wolnej Polski, pozostawia wiele do życzenia. Poza funkcjonującym na prawach fundacji Ośrodkiem “Karta”, nie ma odrębnej instytucji, zajmującej się spuścizną ruchu, który zmienił oblicze nie tylko „tej ziemi”, ale całej Europy.



“SOLIDARNOŚĆ” I EUROPA

Projekt takiego ośrodka powstał – co zupełnie naturalne – w Gdańsku. Miejsce narodzin “Solidarności“, siedziba Stoczni im. Lenina i władz krajowych Związku (wraz z jego archiwum) to najlepsza lokalizacja dla instytucji, który ma dbać o pamięć ruchu. W Trójmieście znajdują się pomniki stoczniowców poległych w 1970 roku i prezentowana na terenie stoczni wystawa o dziejach “Solidarności”. Tutaj urzęduje także Lech Wałęsa, laureat pokojowej nagrody Nobla, historyczny przywódca „S” i jej rozpoznawalny na całym świecie symbol. Wszystkie te elementy wzięto pod uwagę w projekcie Europejskiego Centrum Solidarności.

W inicjatywę angażują się zarówno władze centralne, jak samorządowe – ministerstwo kultury i dziedzictwa narodowego, prezydent Gdańska, marszałek województwa pomorskiego oraz Fundacja Centrum Solidarności i NSZZ “Solidarność”. Obok funkcji badawczych, edukacyjnych i muzealnych, ośrodek ma mieć także wymiar międzynarodowy. Ma to znaczenie kluczowe. Aby przywrócić “Solidarności” należne jej miejsce w świadomości historycznej Europejczyków, trzeba przypomnieć walkę ruchu o demokrację i jego udział w rozpadzie bloku sowieckiego w 1989 roku. Bez polskiej dekady oporu pozostałe „demoludy” nie odzyskałyby tak łatwo i tak szybko wolności. Trzeba pokazać „Solidarność” jako prekursora drugiego zjednoczenia Europy, które ostatecznie doszło do skutku w 2004 roku wraz z przyjęciem do Unii krajów uwolnionych od komunizmu. Centrum powinno przypominać o pomocy, jakiej zdelegalizowanemu związkowi tak licznie udzielili w latach osiemdziesiątych mieszkańcy zachodniej Europy, ale też stać się gospodarzem debat o współczesnym wymiarze europejskiej solidarności.

Gdański ośrodek musi być jednocześnie muzeum ruchu i jego ambasadą, miejscem pracy nad eksportowym wizerunkiem „S”. Bo kultywowanie dziedzictwa “Solidarności” to więcej niż obowiązek pamięci – to polska racja stanu. W tej sprawie można – i trzeba –zbudować konsensus wszystkich sił politycznych wywodzących się spod znaku „S”.

***


Jan Skórzyński – historyk i publicysta, autor m.in. „Od Solidarności do wolności” i „Gdy niemożliwe stało się możliwe. Kalendarium Solidarności 1980-89”, redaktor naczelny słownika biograficznego „Opozycja w PRL”. W latach 2000-2005 był zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”. Obecnie pracuje w Biurze Edukacji Publicznej IPN. Mieszka w Warszawie.
Tagi: