Przetrwają najmocniejsi

Ks. Zbigniew Paweł Maciejewski

dodane 08.09.2010 21:36

Przez te 20 lat widziałem, jak niektórzy się wykruszali. Katechetka po próbie zmierzenia się z warszawskimi gimnazjami wolała pójść do pracy na kasie w hipermarkecie.

Tygodnik Powszechny 36/2010 Tygodnik Powszechny 36/2010

 

Agata Adaszyńska-Blacha, Tomasz Ponikło: W szkole prowadzone są lekcje religii czy katecheza?

Ks. Zbigniew Paweł Maciejewski: Podział istnieje wśród samych katechetów. Jedni uważają, że w szkole może być tylko religia – czyli przekazywanie wiedzy – drudzy optują za katechezą, a więc nie tylko uczeniem, ale też wprowadzaniem w wiarę.

Myślę, że w szkole możliwa jest nie tylko religia, ale także katecheza. Choć nie zawsze i nie w każdym układzie. Nie wystarczy dobra wola katechety, bo mówimy o złożonych relacjach – wiele zależy od konkretnych uczniów, klasy, rodzaju i wielkości szkoły, polityki dyrekcji, roli parafii, a nawet po prostu od regionu Polski. Najwięcej jednak zależy od więzi. Jeżeli między uczniami a nauczycielem zagra nuta sympatii, zainteresowania, potem też autorytetu – możliwa jest katecheza. Rozwijanie tej więzi może w efekcie budować relację ucznia z Bogiem. Natomiast kontekst szkoły sprawia, że jest to albo ułatwione, naturalne, albo bardzo utrudnione, a nawet niemożliwe.

Dlatego słychać głosy, że najlepsze dla katechezy jest jej prowadzenie po prostu w kościele.

Ależ ja mogę uczniów posadzić nawet w prezbiterium katedry! Tylko jeśli brak między nami więzi, to nie ma też mowy o żadnej katechezie. Mamy wtedy do czynienia z tresurą, jakąś formą indoktrynacji, w najlepszym razie z nauczaniem, ale nie z katechezą. Dziewczyna, która brała udział w przygotowaniu do bierzmowania, czyli w katechezie parafialnej, skarżyła się wiosną na forum internetowym, że bierzmowanie dopiero w czerwcu i musi jeszcze chodzić na te „j...ne Msze”. Widzicie: nie ma więzi, nie ma katechezy.

Katecheta ma więc „z urzędu” lubić uczniów?

A nawet kochać. Ale tak, żeby objawiało się to szacunkiem i próbą rozumienia. To jest jakiś warunek budowania więzi, choć nie daje żadnej gwarancji, bo można uczniów bardzo lubić i zostać na lodzie, być odrzuconym. Sam nieraz miałem tylko lekcje religii, bo niczego innego nie udało mi się poprowadzić. Chociaż zdarzyło mi się również więź zbudować.

Ale wystarczy mieć trudną szkołę albo jeszcze trudniejszą dyrekcję. Kiedyś nauczyciele usłyszeli: „jeżeli na państwa lekcjach panuje nieporządek, jest to oznaka, że sobie nie radzicie jako nauczyciele”. Często wywierana jest presja, żeby problemy dyscyplinarne rozwiązać nie w sposób rzeczywisty tylko przemilczać. Na dodatek dzieje się tak w szkołach, gdzie są uczniowie, którzy absolutnie nie powinni ich skończyć, ale przepuszcza się ich z klasy do klasy. Powstaje atmosfera bezradności, bo uczniowie poczuli już, że mogą zrobić wszystko, a i tak szkołę skończą. Na tym tle katecheta jest dosłownie bezbronny, bo w przeciwieństwie do np. nauczyciela matematyki, nie ma w zanadrzu żadnego narzędzia dyscyplinującego.

Może zrobić niezapowiedzianą klasówkę z trzech ostatnich lekcji.

No i śmiech na sali.

Jaka była najbardziej przykra sytuacja, która Księdza spotkała jako katechetę?

Chodzi nie tyle o sytuacje, co odczucia. Doświadczałem totalnego bezsensu. To jak stanięcie przed ogromnym, grubym murem, którego nie da się ani przeskoczyć, ani obejść, ani nawet podkopać. Mur obojętności, często wrogości, również śmiechu. Stoisz przed nim, a w głowie ci kołacze, że przecież jesteś tu „posłany” i masz coś zrobić. Tylko co?

I pojawia się zagrożenie równoległych żywotów: kpiących uczniów i katechety zamkniętego we własnym świecie.

Niestety, jest to doświadczenie przynajmniej części katechetów.

Jak się wyrwać z tej melancholii?

Ważne, żeby mieć oparcie w jakiejś duchowej formacji. W obliczu tych stresów coś może w tobie zgasnąć i nie tylko nikogo nie nawrócisz, ale sam stracisz wiarę. Wiedząc, jakie to zagrożenie dla fundamentów życia, i wiedząc, że w klasie stają przed najbardziej wymagającą sytuacją w całej szkole, uważam katechetów za najlepszych nauczycieli w Polsce.


Dlaczego?

Po prostu Darwin: przetrwają najmocniejsi. Uczysz, nie mając żadnych środków przymusu. Nie możesz decydować, czy ktoś chodzi na religię, czy nie, ani nawet o promocji do następnej klasy. Kwestia ambicji uczniów zawodzi, bo niekiedy są one odwrotnością wysokich stopni. Trzeba być specem i komandosem. Przez te 20 lat widziałem, jak niektóre osoby się wykruszyły. Katechetka po próbie zmierzenia się z warszawskimi gimnazjami wolała pójść do pracy na kasie w hipermarkecie.

Czy nie jest największym utrudnieniem w katechezie właśnie to, że skoro jest w szkole, to przychodzą na nią także ci, którzy nie chcą?

Sytuacja z katechezą w szkole jest nieewangeliczna i wbrew tradycji Kościoła. Nigdy nikt poza Kościołem nie decydował o tym, kto chodzi na katechezę. Ktoś chciał być katechizowany, to raz, ale dwa, że Kościół też chciał go katechizować. Dziś też powinna obowiązywać zgoda dwóch stron.

Kościół powinien odzyskać podmiotowość, czyli zgodzić się na katechizację, ale tylko tych, których on chce katechizować. Jest skandalem, że na katechezę dopuszczany jest ktoś, kto jawnie bluźni, notorycznie uniemożliwia prowadzenie zajęć, mści się na katechecie za to, że rodzice posłali go na religię. Powinna istnieć możliwość wykluczenia takich uczniów z zajęć.

Pewnie sami by się o to starali, gdyby mieli zajęcia z etyki.

Obowiązkowa etyka? Nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania, bo ono obróci się przeciw katechetom. Nie chodzisz na religię? To musisz chodzić na etykę i będziesz chodzić do grupy międzyszkolnej w piątek o 17.00 po drugiej stronie miasta. Nikt się na to nie zgodzi, więc zapiszą się na religię, a katecheta nie będzie mógł odmówić. Na poziomie teorii jest pięknie, ale w praktyce wychodzi jak zawsze w polskiej oświacie.

Katecheta musi jeszcze wystawić oceny – najlepiej takie, żeby podnieść średnią.

Tuż po wprowadzeniu religii katecheci wystawiali uczniom własne świadectwa, więc i dziś byłoby to możliwe. Uważam, że trzeba zrezygnować z ocen w dzienniku szkolnym i na świadectwie oraz z pomysłu na maturę z religii. W bilansie jest z tym więcej problemów niż korzyści.

Może oceny i egzaminy to wymóg państwowej oświaty?

Szkoły w Polsce nie są państwowe, ale samorządowe. Niech więc lokalna społeczność sama decyduje o tym, jak dana szkoła funkcjonuje, a w niej, na jakich zasadach działa katecheza. W tym świetle dziwne są centralne sterowanie ministerstwa i rola kuratorów. Lokalna społeczność powinna działać w imię swoich interesów, bo ona jest realna, a państwo to twór abstrakcyjny. Ludzie płacą podatki i mają prawo do zagospodarowania ich zgodnie z własnymi potrzebami. Jeśliby uznali, że katechecie płacić nie warto, proszę bardzo.

Jestem proboszczem parafii, która liczy przeszło 30 wiosek. Jeżeli nie będę mieć katechezy w szkole, to gdzie? Mam skazać ludzi na to, żeby dowozili gdzieś dziecko, czekali i po godzinie je odbierali – i tak raz lub dwa w tygodniu? Teraz mam na katechezie 100 proc. uczniów.

Tyle samo mógłby ksiądz mieć, prowadząc zamiast katechezy zajęcia z religioznawstwa.

Nie mam nic przeciwko religioznawstwu w szkole, ale mnie interesuje katecheza – wiązanie duszy z Panem Bogiem. Jeśli mogę to robić w szkole, to jestem w niej. Jeśli nie mogę – wychodzę. A człowiek wykształcony powinien się orientować również i w tym, co nazywamy religioznawstwem, ale to już nie jest zadanie Kościoła.

Wiedzę przekazać można, ale czy można przekazać wiarę?

Dlatego z wiedzy można wystawiać oceny i zdawać maturę. Ale nonsensem jest zakładanie, że wiedza owocuje wiarą. Proboszcz, z którym wiele lat współpracowałem, mówił, że katechizacja często przypomina malowanie olejnej lamperii farbą kredową. Człowiek się namacha, kładzie warstwę za warstwą, ale to się kupy nie trzyma, sypie się, kruszeje. Bo trzymać się nie ma czego. I wiedza, którą się przekazuje uczniom, też często nie ma się czego trzymać – brakuje wiary.

Ale jest też tak, że ta wiedza zwyczajnie nie budzi żadnego entuzjazmu. Od uczniów bez wiary i bez ambicji katecheta odbija się jak od ściany. A taki podopieczny będzie co najwyżej gościem w kościele – to z okazji pierwszej komunii, to na bierzmowanie, potem może ślub. Wiary nie ma, a wiedza momentalnie wietrzeje.

 

Dlatego moje działania jako księdza i duszpasterza zmierzają do tego, żeby budzić wiarę. To na niej można budować dalej. Szkoła jest przede wszystkim miejscem ewangelizacji. Nawet nie – jest, jak mówił abp Kazimierz Nycz, dalekim przedpolem pierwszej ewangelizacji.

Ale powszechny jest zarzut, że na katechezie to nie Ewangelia jest rdzeniem, ale społeczne nauczanie Kościoła i katolickie rozumienie seksualności.

Ewangelia musi być priorytetem. Wiara rodzi się ze słuchania, a tym, czego się słucha, jest Słowo Boże. Jeżeli nie ma wiary, żadne, nawet najbardziej słuszne nauczanie Kościoła, nie będzie przyjęte. Gdy ktoś mnie pyta, czy moje lekcje są zgodne z programem nauczania, odpowiadam, że nie wiem. Bo nie rozumiem programu.

Pismo Święte powinno być zasadą organizującą katechezę w szkole. Pobożne cytaty są tu i ówdzie, owszem, ale powtykane. Nie budują całości, sprawiają czasem wrażenie, jakby były ozdobnikiem. A przecież – z jednej strony – katecheza szkolna to największa robota, jaką Kościół wykonuje każdego dnia! Nawet części czasu jej poświęconego księża nie przeznaczają na niedzielne kazanie i prace duszpasterskie. To naprawdę wielki front. A – z drugiej strony – nie ma na nim należytego wsparcia. Są wydziały katechetyczne, ale one pełnią rolę raczej administracji: trzeba wysłać misję, czasem skontrolować katechetów, czasem zrobić rekolekcje, szkolenia. Ale to wszystko działania połowiczne. Dyrektorium katechetyczne przed paru laty powołało Centrum Katechetyczne dla Polski. Póki co nadal tylko na papierze.

Katecheci bywają zostawieni sami sobie, a muszą równocześnie i pogłębiać własną duchowość, i doskonalić umiejętności pedagogiczne oraz dydaktyczne. Dlatego powołaliśmy internetowy serwis Natan. Owszem, to sukces, że oddolna inicjatywa tak się wybiła, ale też szkoda, że nie mamy większego wsparcia Kościoła instytucjonalnego, że jeden wikary po godzinach sam powołał najbardziej popularny serwis wśród katechetów w Polsce. Po oficjalnych serwisach widać, że instytucjonalnie jest tu wiele do zrobienia. Nasz serwis da sobie radę, ale katecheci? W ankiecie serwisu Katecheta największą trudnością okazała się współpraca z własnym proboszczem – nie z dyrekcją, uczniami czy rodzicami.

Podkreśla się i to, że nie katecheta, ale rodzina powinna katechizować swoje dzieci.

Kościół w jakimś sensie sam tak to zorganizował, że nastąpiło przeniesienie odpowiedzialności z rodziców na katechetę. Kiedyś zapytałem matkę ucznia, jaki jest największy plus religii w szkole. „Najważniejsze jest to, że nie muszę się martwić, żeby moje dziecko było na katechezie”. I szybko się poprawiła: „Nie, to jest minus!”. Zdjęto z rodziców poczucie odpowiedzialności za wychowanie dziecka w wierze i przyjmują oni teraz wobec katechezy postawę roszczeniową. Często sprawa wiary nawet nie jest poruszana w ich domu, a dziecko i tak zapisują na religię.

Zdarzyło się Księdzu poczuć satysfakcję z prowadzenia katechezy?

Sytuacja katechety jest gorsza niż rolnika. Obaj rzucają ziarno, ale ten drugi w określonym czasie widzi efekty swojej pracy. Katecheta – nie. I często w ogóle ich nie zobaczy. Zdarzają się sympatie, słowa wdzięczności, ale przemijają wraz z odejściem uczniów. Niektóre więzi przetrwają. Ktoś napisze do katechety na jakimś serwisie społecznościowym, czasem wyśle maila. Ciężko podawać przykłady, bo trącą banałem albo płycizną. Czy moja praca wpłynęła na czyjekolwiek życie, na czyjeś wybory, tego nie wiem.

Czy w takim razie warto?

Gdybyśmy zapytali kogokolwiek w Polsce, jaka jest skuteczność katechezy szkolnej to nikt nam nie odpowie. Bo nikt tego nie wie. Z jednej strony, to zawsze będzie jakiś wymiar tajemnicy. Z drugiej, nikt się nie odważył tego zbadać. Tak samo badacze nie stawiają pytania, co myślą katecheci. Pewnie wszyscy boimy się odpowiedzi na te pytania. A jest ich wiele: ilu katechetów jest ludźmi Kościoła, a ilu zwyczajnie znalazło taki sposób na utrzymanie się, ilu walczy – mówiąc górnolotnie – o Królestwo Boże, a ilu o przetrwanie? Można robić ciekawe rzeczy, a można ustalić z uczniami: ja robię swoje, wy róbcie swoje. Na koniec wszyscy będą mieli piątki i zostanie miła pamiątka na świadectwie, nic więcej.
 

Rozmawiali Agata Adaszyńska-Blacha i Tomasz Ponikło

Ks. Zbigniew Paweł Maciejewski (ur. 1965) prowadzi katechezę szkolną od 20 lat, jest proboszczem parafii Winnica w diecezji płockiej. Działa w Stowarzyszeniu Pedagogów Natan, tworzy serwis katecheza.natan.pl oraz pisze bloga „Pod prąd...”: zpm.natan.pl. Wydał książki: „Rachunek sumienia dla każdego” oraz „100 x więcej do kochania”.