Misja uniwersytetu - aspekt dzisiejszy

Pracownicy naukowi Uniwersytetu Warszawskiego

dodane 22.02.2011 19:30

Mamy ciągle nadzieję, że sprzeciw wobec niedopuszczalnego stylu życia publicznego nastąpi, że każdy, kto ceni Prawdę poczuje, że jest czas, by dać temu wyraz.

Niedziela Niedziela
Nr 8/2011

Urodzony w Warszawie profesor Solomon Asch wykonał w roku 1951 w USA przełomowe i klasyczne już obecnie badania psychologiczne. W badaniach tych (z konieczności opisujemy je tylko skrótowo) zgromadzeni razem studenci otrzymali rysunek:

Misja uniwersytetu - aspekt dzisiejszy   Następnie byli kolejno proszeni przez Ascha, aby wypowiedzieli się, która z trzech linii (A, B, C) jest tej samej długości co linia lewa (X). Studentami, na których naprawdę przeprowadzano test, byli tylko (nieświadomi tego faktu) studenci, którzy wypowiadali się jako ostatni. Ich poprzednicy byli umówieni z Aschem i odpowiadali celowo błędnie, podając wbrew rozsądkowi, że odcinek X jest tej samej długości co odcinek A lub odcinek C. Rezultat badań Ascha był porażający. Badani studenci (odpowiadający jako ostatni) nagminnie odpowiadali błędnie, czyli bardzo często tak, jak ich namówieni z Aschem poprzednicy. W ten sposób chęć „bycia akceptowanym w grupie” zwycięża nawet elementarny zdrowy rozsądek. Można by powiedzieć, że w gruncie rzeczy badani często stwierdzali (pod wpływem „opinii otoczenia”) dobrowolnie, z przekonaniem i publicznie, że „2x2=7”... Oto jest potęga sugestii, oto jest pole do manipulacji w ramach tzw. inżynierii społecznej, głównej pomocnicy totalitaryzmów.

W obronie prawdy

A jednak Uniwersytet jest społecznością wyjątkową. Przysięga doktorska, którą składaliśmy, wspólna dla całego Uniwersytetu, w zasadzie mówi tylko o Prawdzie: „nie dla czczej chwały, ale by jaśniej błyszczało światło Prawdy, od którego dobro rodzaju ludzkiego zależy”. Każdy więc z doktorów uniwersytetu wyrażał przekonanie, że Prawda istnieje i że jego celem będzie dążenie do niej. Możemy mieć kłopoty z jej znalezieniem, ale jest do czego dążyć i trzeba to robić, a uniwersytet jest tutaj szczególnym miejscem. Gdyby uniwersytet kiedykolwiek zrezygnował z poszukiwania Prawdy, to stalibyśmy się tylko zbiorowiskiem przebierańców w togach. Pokusa zapytania za Piłatem „Cóż to jest prawda?”, choć pozornie atrakcyjna, jest niezwykle niebezpieczna, prowadząc w prostej drodze do nihilizmu i poddając w wątpliwość nie tylko sens prowadzenia badań naukowych, ale też wszelkiej ludzkiej aktywności.
Pierwszym prawem logiki jest to, że z Prawdy może wynikać tylko Prawda, ale z fałszu może wynikać w sposób poprawny wszystko. Tymczasem za Prawdę możemy przez nieostrożność uznać czasem coś, co jest fałszem, a robimy ten błąd przez bardzo prostą rzecz: zaniechanie samodzielnego myślenia, a pochopne oparcie się na opinii innych, bez sprawdzenia zasadności tej opinii. Wtedy, wychodząc z błędnej przesłanki możemy w sposób logicznie poprawny udowodnić dosłownie wszystko, nawet, że „2x2=7”... Jest jeszcze gorzej, bo ta „opinia innych” może być przedstawiana celowo jako „opinia większości” czy „opinia autorytetów”, czy jako wynik „poważnych badań”, także, gdy i nawet to jest nieprawdą. Sprytni właściciele mediów z dnia na dzień mogą wykreować cnoty jednych lub pogrążyć innych, sprawiając wrażenie, że, to co napiszą w swoich mediach, to opinia większości...i liczą tu bardzo na efekt Ascha wynikający z braku samodzielnego myślenia.

Według naszej opinii, z czymś takim mamy obecnie do czynienia w Polsce, w powszechnej skali i w wielkim natężeniu. Uniwersytet i każdy z nas powinien znaleźć w sobie siłę, aby przeciw temu pogwałceniu Prawdy zaprotestować.

Eliminowanie z dyskusji publicznej

Zacznijmy od tego, że w zasadzie nie widać w Polsce miejsca, gdzie odbywałaby się dostępna dla społeczeństwa, spokojna, poważna dyskusja na jakikolwiek istotny społecznie temat, odpowiednio długa, aby zaprezentować racje w sposób pełny, oparta na Prawdzie i na poszanowaniu każdego uczestnika. Zamiast tego jest albo przekrzykiwanie się na inwektywy w „dyskusjach” w TV czy radiu, albo artykuły w gazetach czy tygodnikach, gdzie z reguły już na początku artykułu, delikatnie lub nie, ustawia się czytelnika, aby nie lubił tego kogoś, kogo nie lubi autor (a jest to czysta manipulacja opisana przez Ascha). Niektórzy są praktycznie eliminowani z merytorycznej dyskusji publicznej wyłącznie z powodu etykietek nadanych im wcześniej przez zawiadujących mediami. Mechanizmem wykluczenia jest dobrze zbadane przez naukę zjawisko mobbingu, czyli znęcania się nad wybraną ofiarą w grupie (np. klasie szkolnej). Ofiarę wskazujemy jako przyczynę wszelkich naszych niepowodzeń, zaś jej argumentów czy krzywd nikt nie zamierza wysłuchiwać. Z napiętnowanego przez klasę ucznia wyśmiewają się nie tylko silne dryblasy, ale także pozostali, w tym nawet najgorsze ofermy.

Jest tak dlatego, że chęć akceptacji w grupie jest, jak pokazał Asch, ogromną siłą (w tym przypadku większą niż moralność i rozum razem wzięte), a poza tym, wszyscy są zainteresowani w utrzymywaniu agresji skierowanej na kogoś innego, a nie na nich. Argumentów napiętnowanych nie tylko się nie słucha, nawet nie muszą one padać (!), nawet milczenie tych ludzi jest oznaką „agresji”. Nie słucha się jakoby dlatego, że po prostu nie warto, bo przecież argumenty ofiar „oczywiście” wynikają ze znanego „wszystkim i od dawna” (znowu efekt Ascha) ich defektu umysłowego.

Przy okazji podkorowy przekaz dla obiektu manipulacji: „My natomiast cieszymy się doskonałym zdrowiem psychicznym”. Naprawdę zaś lepiej nie pozwolić słuchać, bo napiętnowani mają często argumenty, przy których nasze argumenty rażą intelektualną nędzą.
A strach przed Prawdą jest ogromny, bo a nuż ktoś się zorientuje, że „2x2=4” i ruszy lawina Ascha, ale tym razem w kierunku do Prawdy. Ostatecznym sposobem obrony przed Prawdą jest metoda publicznego ośmieszania, kąśliwych uwag na temat wyglądu, nazwiska, lapsusu językowego, miny itp., co odciąga uwagę od meritum spraw i rzeczowych argumentów w stronę prostackiej hecy i zabawy, a te można podgrzewać (wg manipulatorów) w nieskończoność.

W taki sposób postępowano m.in. z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim. Nie było końca karykaturom, „śmiesznym zdjęciom”, uszczypliwościom, z reguły na żenującym poziomie.

Co na to polskie elity?

W tym miejscu chcielibyśmy się odnieść do artykułu w „UW” historyka prof. Marcina Kuli, który napisał, że było „akurat odwrotnie”. Takie rzeczy da się sprawdzić. Mamy do prof. Kuli bardzo uprzejmą koleżeńską prośbę, aby po prostu udokumentował odnośnikami do źródeł, jakich to obraźliwych słów używał Prezydent Rzeczypospolitej w stosunku do swoich krytyków, którzy nazywali go „chamem”. Już później, jeden z wpływowych posłów do Sejmu – groził „zastrzeleniem, wypatroszeniem i sprzedaniem skóry” kandydatowi na Prezydenta RP publicznie i w najważniejszych mediach. Nie było takich organów władzy w naszym Kraju, aby przywołać posła do porządku. W naszej kulturze szanowany był w sposób bezwzględny majestat śmierci. Doszło do tego, że teraz z majestatu śmierci można publicznie drwić, w tym w licznych wydawnictwach. Nie słyszeliśmy zdecydowanego potępienia takiego języka przez opinię publiczną, także przez powołane do tego rady etyki, itp. Wręcz przeciwnie, te wypowiedzi uzyskiwały aprobatę, a nawet aplauz wielu, w tym pracujących w środowisku uniwersyteckim (!), podczas gdy pierwszym i podstawowym obowiązkiem było protestować przeciwko takiemu stylowi wypowiedzi. Styl języka polityki w Polsce przekroczył wszelkie wyobrażalne granice, zdziczenie może jest właściwym słowem, a może jest już ono o wiele za słabe. Język nie jest bez znaczenia, bo od takiego języka do „kryształowej nocy” w wykonaniu używających lub słuchających takiego języka jest droga krótsza niż się niektórym wydaje.
Co na to polskie elity? Są pełne oburzenia. Wiemy, że martwią się o Polskę. Znamy wielu wspaniałych ludzi, których bez żadnej wątpliwości zaliczylibyśmy do elity Polski. A gdzie oni są widoczni? No, oni w zasadzie są w ogóle niewidoczni, a to dlatego, że tych elit praktycznie nie ma w mediach (nie mówimy tu o chlubnych wyjątkach). Jest nam niezmiernie przykro to powiedzieć, ale ci, których media wylansowały na elity, to nie jest żadna elita. To po prostu nie może być elita, bo elita tak się nie zachowuje. Prawdziwa elita protestowałaby, nie godziłaby się na taki styl publicznej debaty. Mamy ciągle nadzieję, że sprzeciw wobec niedopuszczalnego stylu życia publicznego nastąpi, że każdy, kto ceni Prawdę poczuje, że jest czas, by dać temu wyraz.

Nie można milczeć

Pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego, także innych szkół wyższych, nie mogą milczeć w takiej sytuacji, bo są zobowiązani do obrony Prawdy. Nie mogą milczeć profesorowie uniwersyteccy, gdy stosuje się konwencję chicagowską do sytuacji, którą ona sama na wstępie w jasnych słowach wyklucza z pola swojego działania, a w sprawie katastrofy o takim wymiarze nie widać prowadzenia żadnego poważnego śledztwa. Nie mogą milczeć profesorowie, gdy ma się za nic metodyki badawcze tnąc przecinakami przewody hydrauliczne i elektryczne samolotu, których bezbłędne funkcjonowanie było dla przebiegu zdarzenia na pewno bardzo ważne, a być może kluczowe. Czy przyczyną tragedii był błąd pilotów, mogą wykazać tylko rzetelne badania naukowe, dotychczasowy medialny gwar ma tu znaczenie równe zeru. A to oznacza, jak zawsze w naszej pracy, staranne, drobiazgowe, systematyczne, żmudne, fachowe, wielodyscyplinarne badania, zwracające uwagę nawet na pozornie nieistotne szczegóły. Tragedia smoleńska była dla nas wstrząsem, ale chyba jeszcze większym wstrząsem było to, że w naszych mediach w ciągu kilku minut (!) zdołano wprowadzić i z żelazną dyscypliną wyegzekwować trwałe embargo na informacje. To ostatnie przedsięwzięcie, wydające się ponad siły kogokolwiek, zostało perfekcyjnie wykonane, co jest samo w sobie bardzo pouczającą informacją o wielkim znaczeniu. W katastrofie smoleńskiej są do zbadania tematy dotyczące fizyki, chemii, biologii, prawa, politologii, historii, socjologii, psychologii, itd. Czy wymienione aspekty i wiele innych niewymienionych z braku miejsca, nie powinny stanowić pola do interdyscyplinarnych badań naukowych w polskich uczelniach, w tym w Uniwersytecie Warszawskim? Powinny i to z wielu powodów. Będziemy podejmować wszystkie wyzwania przyszłości, ale jeśli nie będzie w nas woli do znalezienia, co się stało, to przyszłości Polski po prostu nie będzie. Wygląda na to, że nie ma komu nas w tym wyręczyć, a nie wątpimy, że przyszłe pokolenia wszystkich z tego rozliczą jako bezpośrednich świadków historii.
 

Liczą sie tylko rzetelne argumenty

Wróćmy do cytowanego artykułu prof. Kuli w „UW”, w którym autor bardzo wyraźnie dystansuje się od odczuć rzesz Polaków oddających hołd Prezydentowi Rzeczypospolitej. Wiele spraw, które dziwią i zasmucają autora, nas ani nie dziwi, ani nie zasmuca. Inaczej też niż prof. Kula, bo pozytywnie, oceniamy Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Prof. Kula ma prawo do prezentacji swoich domysłów i refleksji, w tym także wskazujących nam, która kreska w eksperymencie Ascha jest według prof. Kuli właściwa. Jednak my mamy prawo do wyboru takiej kreski, jaka wynika logicznie z naszej własnej, niezależnej oceny twardych faktów, bez oglądania się na sugestie innych.

W numerze najnowszym „UW” z października 2010 r., wśród wielu wątków, w artykule „Przyszłość historyków” tego samego autora, jest wyrażona troska dotycząca niebezpieczeństwa marginalizacji historyków. Jako chemicy i fizycy, ale także miłośnicy historii, chcielibyśmy wyrazić nasze głębokie przekonanie, że nie przypuszczamy, aby marginalizacja kiedykolwiek zagroziła jakiejkolwiek rzetelnej nauce zajmującej się istotnymi zagadnieniami, a historia jest pełna istotnych zagadnień do zbadania. Nigdy jednak nie powinno przy tym decydować, kto coś mówi, ilu ludzi tak mówi, jakich przyjaciół czy nieprzyjaciół ma mówiący, tylko bardzo prosta rzecz: jakie rzetelne argumenty można spokojnie i rzeczowo przedstawić na poparcie danej tezy. Tylko tyle. Jedynie takie podejście może być nazwane racjonalnym, tylko takie podejście może być drogą do uzdrowienia sytuacji. To jest nie tylko istota i misja uniwersytetu, w przeszłości i teraz, ale także podstawa przyszłości każdego państwa.

* Autorzy:
dr hab. Michał Cyrański – Wydział Chemii UW; prof. dr hab. Zbigniew Czarnocki – Wydział Chemii UW; prof. dr hab. Edward Darżynkiewicz – Wydział Fizyki UW; dr hab. Wojciech Grochala – Wydział Chemii UW i Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW; prof. dr hab. Jan S. Jaworski – Wydział Chemii UW; prof. dr hab. Marek K. Kalinowski – Wydział Chemii UW; prof. dr hab. Tadeusz M.Krygowski – Wydział Chemii UW; dr Piotr Leszczyński– Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW; prof. dr hab. Krzysztof A.Meissner – Wydział Fizyki UW; dr hab. Marek Pękała – Wydział Chemii UW; prof. dr hab. Lucjan Piela – Wydział Chemii UW; dr Franciszek Rakowski– Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW; dr hab. Rafał Siciński – Wydział Chemii UW; dr hab. Janusz Stępiński – Wydział Fizyki UW; dr hab. Leszek Stolarczyk – Wydział Chemii UW; prof. dr hab. Krzysztof Woźniak – Wydział Chemii UW;

Tekst został wcześniej opublikowany w periodyku „Uniwersytet Warszawski” nr 1 (51), luty 2011 r. Śródtytuły pochodzą od redakcji „Niedzieli”.

Bibliografia:
1. Szczegóły badań w: S. Asch, „Effects of group pressure upon the modification and distorsion of judgement”, w: „Groups leaders and men”, wyd. H.Guetzkow, Pittsburgh, Carnegie Press (1951).
2. Program II Polskiego Radia i np. dyskusje tam prowadzone na rozmaite tematy w godzinach 18-19 należą do chlubnych wyjątków.
3. Pionier badań nad mobbingiem profesor Heinz Leymann ustalił, że znęcanie się w grupie uzyskuje jakościowo inny, decydujący impuls, gdy do prześladowań dołącza przełożony, który z racji swojej funkcji powinien prześladowanie zlikwidować [por. H. Leymann, Violence and victims, 5 (1990)].
4. M. Kula, „Dźwięk dzwonów niesie się nie całkiem czysto”, UW, 4 (2010) 32
5. Wypowiedź ministra spraw zagranicznych RP Radosława Sikorskiego dn.17 VII 2008 r., także wypowiedź posła Janusza Palikota w TVN24 dn. 23 VII 2008 r. 1 XII 2008 r. Warszawska Prokuratura umorzyła w tej sprawie śledztwo ogłaszając, że „czyn nie zawiera znamion przestępstwa”. To samo nastąpiło 5 I 2010 r. (tym razem p. Palikot użył słowa „kurdupel”). Uczony – biegły językoznawca napisał w swojej opinii w obu przypadkach, że „wypowiedź Palikota nie może być uznana za zniewagę”. Oto niezwykły wkład uczonych w kulturę polityczną Polski.
6. Wypowiedź publiczna posła Janusza Palikota w dn. 9 VI 2010 r. w Lublinie, powielana przez media.
7. Gdy ten tekst był już gotowy, wydarzył się mord łódzki.
8. W roku 1931 w Lipsku wydano książkę „Hundert Autoren gegen Einstein”, w której 100 uczonych rozprawiło się z teorią względności Einsteina. Einstein skomentował: „Po co aż stu? Jeśli nie mam racji, to wystarczyłby jeden...”