Idę na księdza

O. Wacław Oszajca SJ

dodane 02.03.2011 21:13

Dotarło do mnie, że nie będzie żony, nie będzie dzieci, nie będę dla nikogo jedynym, i nie warto pytać, co zamiast. Tego braku nikt i nic mi nie zastąpi: ani praca, ani ludzie, ani Matka Boża, ani Pan Bóg. Zawsze będzie puste miejsce i głód. I tak być powinno.

Tygodnik Powszechny 9/2011 Tygodnik Powszechny 9/2011

Kiedy się to moje szczęście-nieszczęście zaczęło? Chyba w klasie dziesiątej, może jedenastej, czyli w maturalnej, na weselu mojej ciotecznej siostry. Do późna obtańcowywałem wszystkie panny i mężatki, i gdzieś tak koło czwartej nad ranem naraz wszystek urok diabli wzięli. Ni z tego, ni z owego uciekłem z zabawy z postanowieniem wstąpienia do kapucynów.

Oczywiście z powodu „Kwiatków świętego Franciszka”. I jeszcze ceremonii, procesji, czyli liturgii. Wstyd mówić, ale nawet moskiewskie defilady dla uczczenia wielkiego – pożal się Boże – października robiły na mnie wrażenie. Moje dzieciństwo to świat bez telewizji, a i radio, tak zwany kołchoźnik, założono późno. O komputerach nikt nic nie wiedział, zabawy musieliśmy wymyślać sami.

Latem wieczorami urządzaliśmy pochody--procesje, a za dnia śluby, wesela i pogrzeby. Mnie w udziale przypadała rola celebransa. Nie, że się do tej roli paliłem, ale nikt nie chciał odstawiać księdza. Złościłem się jednak niezmiernie, gdy ktoś poza zabawą nazywał mnie księdzem.

Ksiądz w naszych oczach to był ktoś co najmniej dziwny. Wszyscy chodzą parami, tylko proboszcz sam. Mieszka z nim co prawda gospodyni, zwana „księżą panią”, ale kim ona jest naprawdę? Plotkowano na ten temat, lecz nas, dzieci, niewiele to obchodziło. Proboszcz to nie nasz świat.

Jednak pod koniec podstawówki do naszej parafii przyszedł młody wikariusz, który od razu nas kupił i bez trudności dałem się przekonać, że nie do zakonu, ale do seminarium diecezjalnego wstąpić powinienem.

Celibat – to oczywiste

Skoro idę na księdza, oznaczało to również, że nie będę mógł się ożenić i mieć dzieci. Wprawdzie na KUL-u, na fali soborowej odnowy, nieśmiało – bo nad ortodoksją uczelni czuwały wywiadowczynie Prymasa – ten i ów napomykał o zniesieniu celibatu, ale wiadomo było, że kapłaństwo i celibat z woli Pana Jezusa są tak mocno złączone, iż nikt nie może tego związku naruszyć.

Owszem, księżom zdarzają się potknięcia: jako klerycy wiedzieliśmy, że ten i ów proboszcz, dziekan, kanonik ma na stałe kobietę i dziecko, ale nas to jakoś nie gorszyło. Mógłbym nawet zaryzykować twierdzenie, że na taki styl księżowskiego życia było ciche przyzwolenie nie tylko ze strony parafian, ale i władzy kościelnej. Czy tylko o hipokryzję w takim zachowaniu chodzi? Kłopot zaczynał się z chwilą wybuchu skandalu. Np. gdy ktoś nie chciał łożyć na utrzymanie dzieci, bo o alimentach w sensie ścisłym nie mogło być mowy.

Patrzono na tego typu wykroczenia z wyrozumiałością, w myśl porzekadła: ksiądz też człowiek. Nawet na alkoholizm patrzono z politowaniem, natomiast nie wybaczano księdzu zdzierstwa i arogancji, chciwości i przede wszystkim braku serca do parafian. Dzisiaj, po latach, wielu z tych księży, którzy zdecydowali się na taki sposób życia, widzę jako ludzi dźwigających wcale niemały ciężar. Z jednej strony wierność Kościołowi. Mimo życia w związku quasi-małżeńskim, wypełniali powinności kapłańskie z całym poświęceniem. Z drugiej strony, obydwoje, on i ona, oraz dzieci musieli żyć za zasłoną niedomówień, godzić się z docinkami: „ni to panna, ni to mężatka”, „ni to mąż, ni to niemąż”.

Może nie o hipokryzję tutaj chodzi, ale o to, co radził Paweł Apostoł Kościołowi w Koryncie: „nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę”.

Wróćmy do seminarium. Głównym argumentem, utwierdzającym nas w przekonaniu, że obraliśmy dobrą drogę, była przynależność do stanu duchownego. Wyżej od nas stoją tylko mnisi. Medytacje, egzorty i konferencje ojca duchownego i innych formatorów miały na celu przekonanie nas, że to sam Chrystus nas wybrał i przeznaczył do służby ludziom. Ludziom, jeszcze nie Kościołowi. Tak usytuowani, stanowiliśmy klasę wyższą, z którą muszą się liczyć wszyscy inni katolicy, a nawet komuniści. Wychodziliśmy z seminarium z przekonaniem, że należy się nam miejsce szczególne, gdyż nasz autorytet zasadza się na tym, że każdy z nas to alter Christus. A skoro już jesteśmy Chrystusami, to znaczy, że nie godzi się nam żyć tak, jak żyją inni – po świecku. Celibat miał być tym wyróżnikiem. Stąd nazwać kogoś zeświecczałym księdzem – nie daj Panie Boże! Już lepiej „patriotą” czy „paksowcem”.

Kleryckie noce

Na szczęście w seminarium wzbierał w nas, dwudziestokilkulatkach, inny nurt. Pojmowaliśmy celibat jako ofiarę ze swego życia składaną Chrystusowi. Ta ofiara miała się wyrażać w naśladowaniu Jezusa. Na pierwszym miejscu stawiano czystość, mówiono trochę o ubóstwie, o posłuszeństwie Jezusa mniej.

Tymczasem coraz mocniej dochodziło do głosu inne pragnienie – zakochać się, co w tamtym położeniu znaczyło – mieć kobietę. Nasze ciało i krew, na duszę pora jeszcze nie nadeszła, pragnęły ciała i krwi. A tu masz – te nasze skrywane i zwalczane marzenia nazywano pokusami. Porywające przykłady, jakie nam przedstawiano, choćby Antoniego Pustelnika, nie trafiały nam do przekonania. Nas nie kusiły jakieś wstrętne potwory, ale pozostawione za murem seminaryjnym i nowo poznane na wakacjach dziewczyny. Nie wybieraliśmy między złem i dobrem, ale między jednym dobrem a drugim.

Na szczęście niektórzy ojcowie duchowni i spowiednicy odnosili się do tych młodzieńczych potrzeb bardziej humanitarnie. Choć w ascetycznych książkach czytaliśmy, że popęd seksualny to atawizm, uleganie mu przystoi zwierzętom, ale nie ludziom, a duchownym przede wszystkim, to i tak nasze ciało i krew wiedziały swoje. Gdybyż wtedy ktoś nam powiedział: „Jednak w całej tej wielości znaczeń miłość między mężczyzną i kobietą, w której ciało i dusza uczestniczą w sposób nierozerwalny i w której przed istotą ludzką otwiera się obietnica szczęścia, pozornie nie do odparcia, wyłania się jako wzór miłości w całym tego słowa znaczeniu, w porównaniu z którym na pierwszy rzut oka każdy inny rodzaj miłości blednie (Benedykt XVI, „Deus caritas est”).

Życie w celibacie z jednej strony imponowało nam, pełnym zapału do poświęceń, do gorliwego służenia Bogu, do nawracania grzeszników, a z drugiej martwiło. Czy wytrwam? Czy podołam? Z niemałym trudem, lepiej lub gorzej, radziliśmy sobie jakoś, a wiadomo, że najtrudniej poradzić sobie z sobą samym. Któż opisze gorąc i gorycz czerwcowych kleryckich nocy? Skoncentrowani na sobie, jeśli w porę nie przyszła pomoc ze strony wychowawców i kolegów, ten i ów, przerażony perspektywą niekończących się zmagań, stawał się dla siebie samego nieprzejednanym wrogiem. Niestety, bywało, i pewnie bywa, że człowiek tak się wewnętrznie zasznuruje, że na zewnątrz wygląda na czystego jak łza, a jednocześnie jest zimny jak sopel lodu. Zdarzały się masturbacja, kontakty homoseksualne, ale przy mądrym, ludzkim podejściu spowiednicy i wychowawcy umieli te potknięcia tak przekształcić, że stawały się one dobrym początkiem następnego etapu dojrzewania.

Kobieta to za mało

Wizytacja biskupia. Ekscelencja przybył autem, zamieszkał u proboszcza w murowanym dworku. Wikariuszy mieszkających w drewnianej wikarówce odwiedzić nie raczył. Nie było takiego zwyczaju. Specjalnie nie mieliśmy o to pretensji.

Wreszcie koniec wizytacji. Msza pontyfikalna. Biskup na ambonie każe. A ja nie mogę oczu oderwać od młodego mężczyzny trzymającego na rękach kilkuletniego synka. Byłem wtedy po trzydziestce – a więc albo teraz, albo nigdy. Wiedziałem, że mam służyć Panu niepodzielnym sercem, a tu tymczasem serce rwie się zgoła w inną stronę. Już nie chodzi jedynie o seks, o „mieć kobietę”, ale o małżeństwo i ojcostwo. Moja dusza, psychika domaga się całego człowieka. Być dla kogoś ciałem i duszą tak, jak ten młody ojciec, w sposób jedyny, niepowtarzalny, niemożliwy do zastąpienia.

Po Mszy i obiedzie uciekłem na cmentarz i tam na czyimś nagrobku przeczytałem: „Bóg tak chciał”. A więc to tak się sprawy mają... Nonsens, herezja! A może bezradność... Wszystko, czego pragnę, schodzi do grobu. Dotarło do mnie wtedy, że nie będzie żony, nie będzie dzieci, nie będę dla nikogo jedynym i nie do zastąpienia, i że nie warto pytać, co za to, i że tego braku nikt i nic mi nie zastąpi. Ani praca, ani ludzie, ani Matka Boża, ani Pan Bóg. Zawsze będzie we mnie brak, puste miejsce i głód. I tak być powinno. Nie ma już nawet czego sublimować. Po czasie zrozumiałem też, że owo niepodzielne serce, jeśli ma mieć sens, to pod warunkiem, że odnosi się do każdego chrześcijanina, ba, do każdego człowieka, a nie tylko niektórych.

Mijały lata. Po drodze przeszedłem z diecezji do zakonu, ale nie w związku z celibatem. Zmienił się dookolny świat. W czerwcu 2001 r. komentowałem dla Polskiego Radia uroczystości beatyfikacyjne ks. Emiliana Kowcza. Zanim wszedłem do studia, dopędziła mnie na korytarzu jedna z radiowych koleżanek i zakłopotana pyta: „No, zobacz, jak ja mam to zapowiedzieć?”. Podają, że Kowcz miał aż sześcioro dzieci, i że na beatyfikację przyjedzie jego najmłodsza córka Lidia. To jak to jest? Czy on naprawdę był księdzem?

Ano był, był księdzem greckokatolickim i w jednym z listów pisał: „Nie marnujcie wysiłków, nie mogę stąd odejść, bo jestem potrzebny. Ci nieszczęśliwi ludzie, których są tutaj tysiące, potrzebują mnie. Jestem ich jedyną pociechą. Zostać tu jest moim obowiązkiem – i jestem szczęśliwy”. Wypowiedź, jak wypowiedź, nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że list był wysłany z obozu zagłady na Majdanku. Stan małżeński i ojcostwo nie przeszkodziły mu, jak sam mówił, w proboszczowaniu na Majdanku – za cenę życia. Jeśli tak, to wygląda na to, że celibat czy czystość jest przede wszystkim sprawą „czystego serca” (Mt 5, 8), czyli mentalności, psychiki – jako że serce w Biblii jest siedliskiem myśli, sumienia i woli.

A na czym ta czystość polega, wyjaśnia Jezus w słowach: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje. Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 26-28). Zwykle tę wypowiedź odnosimy do Mszy, a przecież chodzi o coś więcej, jako że życie nie wyczerpuje się w liturgii. Chodzi o styl myślenia i postępowania, a więc o działanie w nas Ducha Bożego.

Kuśtykać za horyzont

Przy takim postawieniu sprawy celibat i małżeństwo byłyby na równi chrześcijańskim sposobem na życie. Jeśli tak, jeśli w grę wchodzi nie parę lat czy jednorazowy wyczyn, ale całe życie, to nic dziwnego, że żyjący w celibacie będzie raz na wozie i dziesięć razy pod wozem. Szczęśliwcom te proporcje przydarzają się w odwrotnej kolejności. Szkopuł w tym, by wtedy, gdy znajdziemy się pod wozem, znalazł się ktoś, kto pomoże stamtąd się wydostać. Celibat nie jest przecież tylko moją prywatną sprawą, służącą mojemu indywidualnemu uświęceniu, ale sprawą Kościoła, dlatego mam prawo oczekiwać od Kościoła, a zwłaszcza od mojego biskupa, że w potrzebie nie zostawi mnie na pastwę losu.

W ostatecznym rozrachunku upadki, potknięcia, jakie się nam przydarzają, uczą człowieka, jak ma traktować podobnych sobie. O ile solidarność w tym, co dobre, jest naprawdę mocna, o tyle solidarność w grzechu potrafi góry przenosić, jeśli ma się odwagę cudzy grzech wziąć na siebie, to znaczy samemu kulejąc, podpierać drugiego kulejącego i tak kuśtykać aż za horyzont.

Owszem, niedotrzymanie ślubu czystości czy celibatu – jeśli rzeczywiście te wyrażenia różnią się nie tylko nominalnie czy prawnie – nie jest sprawą błahą, ale czyż zawinione nieuctwo, egoizm, arogancja i wszystkie pozostały grzechy główne są dla chrześcijanina mniej groźne od grzechu nieczystości? Czyż one również nie są nieczystością? Dlaczego więc wykroczenia przeciw szóstemu i dziewiątemu przykazaniu piętnujemy najmocniej jak się da, a do pozostałych odnosimy się z większą wyrozumiałością? I nie chodzi tylko o żyjących w celibacie.

I już starość

Nie wiedzieć kiedy zestarzałem się. I dopiero teraz mogę powiedzieć, że bywałem, nie wiedząc, szczęśliwym człowiekiem i spodziewam się być jeszcze szczęśliwszym. Nie dlatego jednak, że już nie grzeszę, bo nie mogę. Nic z tych rzeczy. Przeciwnie, na starość człowiek wrednieje. Kto dożyje i nie zgłupieje, ten się przekona. Szczęśliwy jestem, bo podglądnąłem Piotra Apostoła w chwili jego największej słabości.

Najpierw jednak pytanie do teologów moralistów: jaki to grzech popełnił Piotr na dziedzińcu pałacu arcykapłana? Powszedni czy śmiertelny? A może nie popełnił żadnego grzechu, a tylko zachował się jak najbardziej racjonalnie? Pytanie całkiem ? propos. Ten upadek, widać to jasno, był potrzebny Piotrowi, nam i Jezusowi. Pomógł przecież Piotrowi lepiej zrozumieć, o co Jezusowi chodzi.

Zaczęło się od zachwytu. Piotr zauroczony świeżo poznanym Nauczycielem gotów jest na wszystko, nawet na śmierć, a już na pewno na pozostawienie rodziny i dołączenie do Mistrza. Po jakimś czasie to oczarowanie oczywiście mija. Jego Nauczyciel zaczyna wpadać w coraz gorsze tarapaty. Piotr próbuje Go ratować, odwieść od śmiertelnie niebezpiecznych zamiarów. Wreszcie, gdy Mistrz zdaje się całkowicie przegrywać wszystko, co dotychczas zdobył, Piotr traci ostatki nadziei i po trzykroć odżegnuje się od Tego, którego od tak dawna uwielbiał.

Na szczęście nie na tym koniec. Przyjdzie czas na jedną jeszcze rozmowę. Na pytanie Jezusa: „Czy ty mnie kochasz?”, Piotr odpowiada: „Tak, kocham!”, ale jeszcze dodaje „Ty wiesz, że Cię kocham” (por. J 11, 1-6). To „Ty wiesz” jest właśnie owocem tamtych ciężkich przejść na arcykapłańskim dziedzińcu. Wtedy, gdy Piotr był na dnie, Ten, od którego się odwrócił plecami, nie postąpił podobnie. Wciąż na Piotra patrzył.

Może więc i w celibacie najpiękniejsze jest właśnie to, że człowiek dopiero wtedy, czasami, bywa szczęśliwy, gdy nie ma ku temu żadnego powodu poza jednym – ta brudna woda, czyli duszpasterzowanie, czasami aż trująca, jaką mam do podarowania, jednak niejednego trzyma przy życiu. Wraz z upływem lat widać wyraźnie, jak to zmaganie się i przegrywanie ze sobą, z innymi, z Bogiem – nie prowadzi do klęski. W przedziwny sposób Bóg robi swoje. To znaczy jakoś tak kieruje wydarzeniami, że człowiek zostawia za sobą więcej dobrego, niż mógł się spodziewać. W ten sposób, jak wierzę, Jezus tworzy Kościół „przyjaciół w Panu”, co jest warunkiem, by Kościół stawał się Jego ciałem, krwią i słowem.

Mówiąc z odrobiną przesady, jak szalony pakowałem się diabłu na widły i ludziom na języki. A jednak ocalałem. Mało tego, Ten, który mnie prowadzi, ukrywał moje niecne uczynki, upychając je po kątach w konfesjonale i w duszy moich przyjaciół. Częściej On płakał z mego powodu, niż ja z Jego. Dlaczego tak jest, pomógł mi zrozumieć Jeremiasz: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś (...). I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię! Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem” (Jr 20, 7-9).

Dlaczego akurat mnie to spotkało? Bóg jeden wie! Zresztą czemu miało nie spotkać, skoro Bóg nawet oślicę umiał wyświęcić na proroka?

O. Wacław Oszajca (ur. 1947) jest jezuitą, publicystą, poetą. W 1971 r. przyjął święcenia kapłańskie, 16 lat później wstąpił do jezuitów. W latach 1995–2006 był redaktorem naczelnym „Przeglądu Powszechnego”. Wykłada homiletykę na Bobolanum i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat wielu nagród literackich i dziennikarskich, jest jednym z najpopularniejszych kaznodziejów w Warszawie. Od 2009 r. pisze medytacje biblijne dla „Tygodnika Powszechnego”.