publikacja 07.07.2024 19:28
Kiedy w pewnej wiejskiej parafii kaznodzieja zaczął podczas kazania głosić panegiryk na cześć obecnego tam abp. Adama Sapiehy, ten natychmiast wstał, podszedł do ołtarza i zaśpiewał Credo. Nie znosił, kiedy publicznie go chwalono. Zapewne i tytuł „Książę Niezłomny”, który do niego przylgnął, nie sprawiał mu radości.
Któż jak Bóg 4/2024
Ze wspomnień bliskich mu osób wyłania się obraz nie dumnego księcia, ale skromnego, pełnego humoru człowieka. Adam Sapieha urodził się w zamku książęcego rodu Sapiehów w Krasiczynie w 1867 r. Droga Sapiehy do biskupstwa była nietypowa, bo zanim otrzymał sakrę, przez 5 lat był… kelnerem. Jako cameriere segreto (wł. „tajny kelner”) Piusa X miał dostarczać papieżowi informacje na temat Kościoła na terenach Polski. Kiedy w 1911 r. zmarł arcybiskup krakowski kard. Jan Puzyna, ks. Adam Sapieha, bardzo ceniony w Watykanie, stał się naturalnym kandydatem na jego następcę. Swoje „rządy” w Krakowie rozpoczął od zaproszenia na uroczysty obiad 300 ubogich i w tym duchu sprawował je przez blisko trzy kolejne dekady: „od początku unikał wszelkich formalizmów, zwalczał rutynę, przesadną etykietę”. Zapamiętano go palącego małe cygarka, słynął z tego, że po Krakowie jeździł tramwajem, a spotkania organizował często w ogrodzie botanicznym zamiast w pałacu.
Księciem był z urodzenia, na miano „niezłomnego” musiał sobie zasłużyć. W czasie I wojny światowej zorganizował Biskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny, który z ogromnym rozmachem koordynował pomoc, organizując m.in. blisko 2,5 miliona szczepień przeciw szalejącym wówczas chorobom. W czasie II wojny światowej był powszechnie uważany za najważniejszego reprezentanta polskich spraw. Stawał w obronie więzionych, protestował przeciw brutalnym represjom, organizował też tajne seminarium, w którym kształcił się m.in. młody kleryk Karol Wojtyła. W 1946 r. Sapieha został mianowany kardynałem. W nowej, komunistycznej rzeczywistości był dla Polaków symbolem niezależności.
Pewien ksiądz zapamiętał, jak Sapieha uciął rozmowę słowami: „Nie wiem, jak tam wy, młodzi, ale ja czasem się modlę”. To była tajemnica jego prostoty i wielkości. Na pogrzebie kard. Adama Sapiehy w 1951 r. prymas Stefan Wyszyński wspominał: „Gdy po konferencji episkopatu, po całodziennej (…) pracy, wszyscy odczuwali trud i wracali do siebie, ten niezmordowany człowiek podążał do swej zimnej kapicy i tam pozostawał w mroku nocy przed Bogiem. Jak długo? Nie wiem. Nigdy nie słyszałem podczas późnych godzin pracy w domu arcybiskupim powrotnych kroków Kardynała”.