publikacja 29.08.2011 21:08
Na początku tegorocznych wakacji postawiłem sobie cel: odwiedzić cztery narożnikowe, najdalej wysunięte polskie gminy. Popatrzeć i posłuchać, jak Polacy żyją w tych skrajnych geograficznie miejscach. Odwiedziłem więc Świnoujście, Bogatynię i Lutowiska. Tylko na Suwalszczyznę nie udało mi się dotrzeć.
Przewodnik Katolicki 35/2011
W czerwcu i lipcu jako reporter „przewodnikowego” cyklu „Kąty Polskie” przejechałem różnymi środkami transportu ponad trzy tysiące kilometrów. Odwiedzając kolejne miejsca, co tydzień dzieliłem się swoimi refleksjami z tych wojaży z Czytelnikami „Przewodnika Katolickiego”. Najpierw pojechałem do nadmorskiego kurortu, jakim jest Świnoujście. Gdy dotarłem pod słynną nadmorską latarnię w tej popularnej miejscowości letniego wypoczynku, sezon wakacyjny rozpoczął się już tam na dobre. Promenadą przechadzali się turyści, którzy nierzadko po całym roku harówki mogli wreszcie odetchnąć na zasłużonym urlopie. Ale i oni nie ukrywali irytacji. Pogoda na przełomie czerwca i lipca nie dopisywała.
Północny zachód
Gdy odwiedziłem najdalej na północny zachód wysuniętą polską gminę, było chłodno, niebo zasnuwały granatowe chmury, a przez jeden dzień prawie bez przerwy padało. Niejedno przekleństwo można było usłyszeć w tym roześmianym na ogół kurorcie. Może dlatego zauważyłem obraz, który zadziwił mnie niczym niespodziewany signum temporis: większość rzekomo wypoczywających przechodniów nerwowo przeglądała zawartość już nie banalnych telefonów komórkowych, ale ekskluzywnych smartfonów, tabletów, iPhonów oraz coraz mniejszych i podobno bardziej doskonałych laptopów. Nieudana zdaniem większości aura tak mierziła, że neurotyczna potrzeba ciągłego kontaktu ze „światem” tryumfowała nawet tu, nad morzem podczas urlopu. „Cóż to jednak za świat wyłania się z tych cudownych, elektronicznych pudełek?” – niemo pytałem sam siebie. I czy współczesny człowiek nie może się już cieszyć bezkresem nadmorskiego, choćby uroczyście zachmurzonego nieba, jodowymi aerozolami pyszniącymi się w świeżym morskim podmuchu, polifonicznym koncertem grymaśnych fal? Nie, dzisiejszego turystę znacznie bardziej pociąga pikselowa panorama elektronicznych monitorów, rozmowa „na czacie”, a nie w świetle słońca wschodzącego majestatycznie ponad bokiem modrego bałtyckiego horyzontu. Pociąga nieporównanie bardziej najnowszy, ogłuszający klip kolejnej sylikonowej piosenkarki „ściągnięty z netu” niż najbardziej nawet wyrafinowany tryl zaniepokojonego czymś biegusa zmiennego z Wolińskiego Parku Narodowego.
Napotkani więc w Świnoujściu turyści wydali mi się sympatycznie beztroscy, ale jednocześnie za sprawą nerwowej bieganiny paradoksalnie przegapiający coś niesamowitego i fascynującego. Ci zaś spośród mieszkańców tej najbardziej na północny zachód wysuniętej polskiej gminy, z którymi udało mi się porozmawiać, głowili się nad zgoła innymi problemami. Czy pogoda się poprawi? Bo inaczej z sezonu wakacyjnego nici, co rozłożyłoby na łopatki rodzinne budżety, bo przecież dochody z turystyki nie tylko zasilają w znacznej mierze budżet samorządu lokalnego, ale też są kołem zamachowym rodzinnych firm i rozwoju domowych inwentarzy? Nie mniej nurtującym problemem dla moich rozmówców – stałych mieszkańców Świnoujścia – jest słynna sprawa gazociągu Nord Stream, którego przebieg i konstrukcja może zamknąć świnoujski port dla jednostek o zanurzeniu sięgającym już 15 m.
Południowy zachód
Inne dyskusje dominowały w Bogatyni. Ta z kolei najbardziej na południowy zachód wysunięta polska gmina cały czas podnosi się ze zniszczeń i traumy ubiegłorocznej powodzi. Rok temu zwykły telefon komórkowy nie był tam przedmiotem ogłupiającej idolatrii, ale środkiem ratującym życie.
Gdyby zasłonić uszy wszystko byłoby tu inne niż w Świnoujściu: począwszy od pejzażu, ukształtowania terenu, typu budownictwa, klimatu, charakteru i motywacji turystów, którzy tu przyjeżdżają. Dopiero gdy nadstawimy na powrót uszy, usłyszymy w Bogatyni ludzkie głosy, jak mantrę powtarzające te same zaklęcia, skargi i lamenty. Że politycy kłamią, że trudno wyżyć z dzisiejszych pensji, rent i emerytur przy ciągłych podwyżkach, że nikt się nami nie interesuje i nic nie znaczymy dla tak zwanych elit, które przypominają sobie o nas raz na cztery lata. Już nie tylko sam język polski jako narzędzie komunikacji, ale myśli i poglądy, jakie są w tym języku artykułowane, okazały się w Bogatyni zbieżne z tym, co słyszałem od wielu ludzi w Świnoujściu, czy nawet w drodze do wymienionych miejscowości, w pociągach, na peronie dworca, czy w kolejce do kasy w sklepie. Mimo tego pesymizmu ci mieszkańcy Bogatyni, na których natrafiłem, nie pogrążają się w marazmie. Biorą sprawy w swoje ręce, odbudowują domostwa albo organizują sobie życie w nowych miejscach, starają się patrzeć z nadzieją w przyszłość. Nie wiem, czy ja bym tak potrafił, gdyby dorobek całego mojego życia podczas jednej godziny spłynął z falą powodziową niepozornego na co dzień potoku Miedzianka.
Południowy wschód
Trzeci narożnik Polski, jaki odwiedziłem, to piękna, bieszczadzka gmina Lutowiska. To znów inny świat. Sugeruje to krajobraz, stopniowo, począwszy od Krakowa i Tarnowa zmieniający się za oknem autobusu, który wiózł mnie na miejsce docelowe. Także język ludzi brzmi nieco inaczej, bardziej miękko, z finezyjnie spieszczonymi końcówkami zdań, wypowiadanych melodyjnie, jak przystało na kresy. Gdy w Warszawie, albo innym dużym mieście zagaduję kogoś na ulicy o konkretne miejsce, do którego chcę dotrzeć, nieraz się zdarza, że zostaję zupełnie zignorowany. Ludzie pędzą jak w transie, jakby poirytowani albo przelęknieni najdrobniejszą nawet koniecznością kolejnej interakcji z drugim człowiekiem. Taka społeczna deprywacja jest w Lutowiskach i okolicy w zasadzie niemożliwa.
Tu czas biegnie inaczej. Głębiej patrzy się w oczy napotkanego człowieka, a Inny nadal pozostaje pociągający. Pytając, jak dojechać do sąsiedniej wioski, nie tylko zostanę szczegółowo poinformowany o wszystkich wariantach dojazdu, ale dowiem się, co mnie czeka na miejscu, jakie są sklepy w okolicy, u kogo najlepiej wykupić nocleg i przed czym się wystrzegać. Czyżby więc niemal przysłowiowa wschodnia życzliwość nie była jednak przereklamowanym mitem? Moja podróż utwierdziła mnie w przekonaniu, że na pewno nie. Niestety jedynie mitem, czy raczej stereotypem nie jest też inna sprawa: brak pracy i perspektyw dla młodych oraz problemy z alkoholem. Czy jednak jest to czarna domena jedynie tych ziem? Zapewne nie. W niektórych miejscach te problemy po prostu jedynie się nasilają, ale w swej istocie dotykają całego naszego społeczeństwa.
Niezdobyty północny wschód
Chciałem jeszcze zobaczyć Suwalszczyznę. Niestety, choroba uniemożliwiła mi podróż do tego czwartego naroża Polski – do najbardziej na północny wschód wysuniętej gminy Rzeczypospolitej Polskiej, jaką są Wiżajny. Obejrzane jedynie w internecie fotografie z tamtych stron okazały się niesamowicie nęcące. Żółto-zielone spłachetka pół widziane z lotu ptaka, otaczały błękitną toń oczek wodnych, stawów i jezior. Kameduł, Jaczno, Jegliniszki, Kojle, Perty – to tylko niektóre z malowniczych jezior położonych w gminie Wiżajny, której ziemie finezyjnie ukształtował lądolód. Na tym polskim „biegunie zimna” jest aż czterdzieści takich jezior, z których najmniejsze mają przynajmniej hektar powierzchni.
Pierwszymi w wiekach średnich mieszkańcami tych terenów były plemiona jaćwieskie. Te należące do ludności bałtyjskiej szczepy były najbliżej spokrewnione z Prusami, Litwinami i Łotyszami. Przekazy historyczne wspominają o Wiżajnach w kontekście XVI-wiecznej karczmy „Turowo”. Nadano jej taką nazwę, gdyż w 1409 r. właśnie w tamtej okolicy miał polować na tura sam Władysław Jagiełło. W karczmie sprzedawano później raki, a że po litewsku zwały się one weżys, to i z czasem miejsce to zyskało nazwę Wiżajny. Choć Rzeczpospolita Obojga Narodów rozciągała się jeszcze daleko na wschód od dzisiejszych przygranicznych Wiżajn, to jednak miejscowość ta zawsze była na swoistym pograniczu.
Zrazu niedaleko stąd biegła wewnętrzna granica pomiędzy Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim w obrębie dawnej Rzeczypospolitej. Później, choć położone niemal w centrum scalonego po unii lubelskiej państwa, Wiżajny znalazły się na linii frontów i przemarszów wojskowych. Tak było choćby podczas potopu szwedzkiego i XVIII-wiecznych, licznych inwazji obcych wojsk. Oryginalne, choć niełatwe położenie geopolityczne sprawiło, że Wiżajny – podobnie jak wiele innych miejscowości na pograniczach – były zróżnicowane narodowościowo i religijnie. W 1808 r. mieszkało tam 731 katolików i 511 domów. Jednak w 1876 r., podczas zaboru rosyjskiego, na 2262 mieszkańców, 1172 było Żydami, 977 ewangelikami, a 613 katolikami. Tak duża dynamika demograficzna w kilkudziesięcioletnim zaledwie okresie sprzyjała napięciom społecznym, które na tym przygranicznym terenie nasilane były przez zjawiska takie jak przemyt czy szpiegostwo. Wszelako były to ziemie Królestwa Polskiego, a później, po upadku powstania styczniowego, Priwislanskijego Kraja, a dokładniej tego jego charakterystycznego cypla, który na starych mapach przypomina wymownie rękojeść rondla.
To tu biegły więc dawne, puszczańskie granice zasięgu etnicznego Prusów, Jaćwingów i ludów słowiańskich; kordony graniczne Korony i Litwy, podziały na Litwinów, Białorusinów i Polaków, a także Niemców – potomków rycerzy z Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, oraz – choć w mniejszym stopniu – z Zakonu Kawalerów Mieczowych z dawnych Inflant. Tutaj też od początku XX w. przemykali bądź pozostawali na chwilę czerwoni rewolucjoniści przedostający się nielegalnie z Prus Wschodnich do Rosji i z powrotem.
Wiżajny wróciły do Polski wraz z odzyskaną w latach 1918/1919 niepodległością.
Przyszłość jest już w nas
Niestety tego pięknego zakątka, łączącego burzliwość historii terenów przygranicznych z czystą i szlachetną przyrodą nie było mi dane – jak już wspomniałem – odwiedzić osobiście. Jak więc tu porozmawiać z ludźmi, dowiedzieć się, co ich trapi, czym żyją na co dzień, jak patrzą na swój kraj? Wybrałem metodę niedoskonałą – rekonesans telefoniczny. Wiele osób, do których zatelefonowałem w ciemno, nie zdobyło się jednak na dłuższe wynurzenia, a byli też i tacy, którzy dość bezceremonialnie rzucili słuchawką. – Panie, żyć się nie chce, co tam będę opowiadał! – usłyszałem podenerwowany, starszy, męski głos, a zaraz później sygnał przerwanego połączenia. Jedna z pań poświęciła mi więcej czasu: – Dobrze się tu mieszka, ja akurat jestem z terenów, które dziś są na Białorusi. Osiedlili się tu moi rodzice, mieli małe gospodarstwo rolne, uprawiali pole, trochę warzyw. Ale dziś, gdy nie żyje już mój mąż, takie gospodarstwo byłoby ciężarem. A syn mój nie chciał zostać na ojcowiźnie – opowiada z nutą zadawnionego żalu w głosie starsza pani. – Na studia pojechał aż do Warszawy. Wnuk to już w ogóle nietutejszy – dodaje, wzdychając, troskliwa babcia – wyjechał za granicę do pracy, od roku jest w Szwecji i nawet w ostatnie święta go nie widziałam. Może w tym roku przyjedzie, bo nie wiem, jak długo pożyję.
Brak pracy to już klasyczny motyw, który decyduje o migracji w inne rejony Polski albo też – co znacznie częstsze w ostatnich latach – emigracji za granicę. Ale są i tacy, którzy starają się radzić sobie na miejscu. Jedna z rozmówczyń prowadzi gospodarstwo agroturystyczne: – Trochę zainwestowaliśmy już kilka lat temu. Wyremontowaliśmy dom, stworzyliśmy miejsca noclegowe. Serwujemy swojskie jedzenie, estetyczne, ale po domowemu podane dania, za którymi tęsknią ludzie, stołujący się na co dzień w fast foodach – opowiada. Inwestycja zwróciła się już w trzecim roku. Teraz latem prawie zawsze jest komplet gości, a gospodarze mogą przyjąć ok. 10 osób, a w przypadku rodzin nawet 15. – Gdyby pan teraz chciał coś zarezerwować u mnie, byłby kłopot, ale coś bym wymyśliła. Zawsze mogę pana podesłać koleżance. To żadna konkurencja, raczej w ten sposób sobie pomagamy – opowiada właścicielka tego miejsca wypoczynku. W całej gminie Wiżajny jest niemal 70 gospodarstw agroturystycznych. Są więc one ważnym elementem lokalnego życia gospodarczego i społecznego, tym bardziej że rocznie wypoczywa w nich ponad dwa tysiące osób, czyli prawie tyle, ile mieszka na stałe na terenie gminy. Ma to niebagatelne znaczenie przy 20-procentowym bezrobociu, które notowano tu przed 10 laty.
***
Nie sposób pisać o miejscu, którego się nie widziało. Kończąc więc wakacyjny cykl „Kąty Polskie”, w zasadzie pozostawiam go niedokończonym. Czwarty kąt, czy też narożnik Polski, będę bowiem musiał jeszcze odwiedzić. Może nastąpi to za miesiąc, może dopiero w następnym roku. Pokaże to przyszłość, a ta – jak chce Karel Čapek – „nie jest przed nami, ponieważ istnieje już teraz w nas w postaci kiełków; a czego nie ma teraz, nie będzie i w przyszłości. Nie widzimy kiełków, ponieważ są pod ziemią, i nie znamy przyszłości, ponieważ jest w nas”. Pozostawiam więc niezdobyty kąt – Wiżajny, wierząc, że nieznana przyszłość kiedyś wykiełkuje i podaruje mi ten zapewne urzekający kwiat północno-wschodniej Polski.