„Fascynująca śmierć”

Sygnały Troski 3/2012

Skąd bierze się to współczesne zdziczenie obyczajów, tak bardzo widoczne w promujących fascynację śmiercią mediach? Parafrazując tytuł serii słynnych szkiców Francisco Goyi, można by powiedzieć: ano dlatego, że „gdy wiara śpi, budzą się upiory”…

 

Pewien zaprzyjaźniony ksiądz egzorcysta powiedział mi kiedyś ze smutkiem: „Kumulacja brutalnych obrazów przemocy i zabijania w filmach, wiadomościach, fotografiach, grach komputerowych, nawet kreskówkach dla dzieci, to przejaw czystego satanizmu w popkulturze”. Zastanowiłam się: „Może przesadza? Nasz świat nie jest przecież zielonym pastwiskiem, na którym pasą się bezpiecznie baranki Boże! Dlaczego mielibyśmy fałszować obraz prawdy, unikając tematów drastycznych? Czy dzieci chowane jedynie na opowieściach o aniołkach nie dostaną szoku, widząc na przykład na ulicy, jak jeden łobuz kopie po żebrach drugiego?” Wkrótce potem przyszła jednaki inna refleksja: tu nie chodzi o zakaz podejmowania tematów śmierci i przemocy, ale o zakaz pokazywania ich w taki sposób. To właśnie ów sposób bardzo diabłu odpowiada, bo rewelacyjnie edukuje do jego dekalogu: nie czcij ojca i matki, zabijaj, cudzołóż, kradnij… 

W starych bajkach dla dzieci śmierć była obecna jako temat i nie gorszyła nikogo: kiedy umarł ojciec, zostawił trzech synów, z których dwóch starszych to byli lenie i obiboki, a najmłodszy dobry poczciwina. Kiedy zmarła królowa, pozostawiła dziewczynkę – sierotę i tak się zaczyna bajka o Śnieżce. Nawet czarownica, jako symbol jednoznacznie diabelski, kończyła swoje bajkowe wojowanie w ogniu, czyli tam, skąd przyszła. I dobrze.

Tymczasem współcześni odbiorcy kultury sprawiają wrażenie, jakby cywilizacyjnie cofnęli się do epoki kamienia łupanego. „Walka o ogień” to sentymentalna, subtelna historia wobec tego, co potrafi wymyślić współczesny reżyser, scenarzysta, pisarz, malarz czy innego autoramentu zboczony „artysta”. Ilu bohaterów rozpłatać i wybebeszyć, ilu poćwiartować, ilu psychopatycznie torturować cierpieniem na oczach spoconej z emocji gawiedzi, która lubuje się w scenach „akcji”. Jesteśmy pokoleniem aroganckim, co bardzo wysoko zadziera nosa, bo wymyśliło komputery i dostało się na Księżyc, ale w sferze instynktów pozostajemy daleko za naszymi szlachetnymi przodkami, rozumiejącymi słowa „asceza”, „honor”, „wierność” , „czystość”; budującymi zdrowe moralnie rodziny i katedry.

To zadziwiające, jak długa byłaby lista popularnych dzisiaj i oklaskiwanych w świecie artystów, których nasi protoplaści pozamykaliby na pewno w domach dla obłąkanych, jako jednostki  niebezpieczne dla siebie samych i dla otoczenia.

Jak chichot brzmi tutaj historia Ozzy’ego Osbourne’a, słynnego lidera heavymetalowej grupy „Black Sabbath”, który na jednym z  koncertów odgryzł w ekstazie łeb prawdziwemu nietoperzowi, a potem przez wiele dni musiał przyjmować serię zastrzyków przeciwko wściekliźnie. (Gdyby nietoperz jakimś cudem przeżył atak Ozzy’ego, pewnie też by musiał poddać się kuracji).

Pytanie zatem, skąd bierze się to współczesne zdziczenie obyczajów, tak bardzo widoczne w promujących fascynację śmiercią mediach? Parafrazując tytuł serii słynnych szkiców Francisco Goyi, można by powiedzieć: ano dlatego, że „gdy wiara śpi, budzą się upiory”… Neopogańska wizja świata, wypierając myśl o karze za grzechy i możliwości wiecznego potępienia, zakrzykuje misteryjny, sakralny  wymiar śmierci. Żeby uciec przed metafizycznym lękiem. Tymczasem ten lęk jest jednym z najbardziej ludzkich i uniwersalnych doświadczeń wszystkich pokoleń i cywilizacji, czego dowodzą zarówno relacje i szczątki zachowane z zamierzchłej przeszłości jak i obserwacje życia współczesnego. Ludzie pozostający poza kręgiem religii objawionej próbowali ujarzmić ten lęk składaniem ofiar bóstwom śmierci czy obrzędowym kultem tych bóstw. Bo człowiek zawsze pytał siebie nie tylko, skąd przychodzi i kim jest, ale również dokąd podąża. Tylko odpowiedź, że w nicość, może usprawiedliwić lekceważenie tematu śmierci, nieodpowiedzialne bawienie się nim czy wręcz perwersyjne, rzeczywiście satanistyczne, upodobanie do poznawania jej naturalistycznej anatomii i grozy.

Paradoksalnie chrześcijańska wizja śmierci jest pomijana w kulturze neopogańskiej, bo okazuje się być jeszcze bardziej przerażająca od wszelkiego „deth fantasy”. Gdyby bowiem założyć, że jest prawdziwa, sądowi cząstkowemu, zakładającemu opcję Czyśćca, a potem sądowi ostatecznemu i w jego wyniku nagrodzie nieba lub karze piekła podlegaliby wszyscy, bez względu na to, jaki światopogląd reprezentowali za życia. Jeśli założyć, że jest prawdziwa. A przecież wiemy, że jest!

Stara matka Marcina Lutra zapytała syna niedługo przed swoją śmiercią, czy powinna zmienić wiarę katolicką na luterańską, bo nie wie, która jest prawdziwa. Słynny reformator religijny epoki odrodzenia odpowiedział jej wtedy: „pozostań przy katolicyzmie , matko, bo w mojej wierze łatwiej się żyję, ale trudniej umiera”. Jakaż to trafna, przypadkowa definicja współczesnego neopogaństwa! W nim także łatwiej się żyje, ale trudniej umiera. Tymczasem chrześcijanie, odkupieni zbawcza mocą Chrystusowego krzyża, nie muszę się już lękać śmierci ani magicznymi rytuałami zaczarowywać jej, żeby była ślepa, kiedy po nich przyjdzie, Chrześcijanie zmartwychwstaną jak ich Pan. Mają to obiecane. Zmartwychwstanie Jezusa oswoiło metafizyczny lęk przed śmiercią i w ten sposób rozwiązało najbardziej bolesny problem ludzkiej egzystencji: jej ziemską przemijalność.    


 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama