Poradnik dla samotników

Niedziela 26/2012

Pokochać siebie, to objąć siebie tą samą miłością, którą kocha mnie Chrystus! W Chrystusowej Miłości jest najwięcej miejsca na piękną, dojrzałą ludzką miłość…

 

W cyklu refleksji na temat rozeznawania woli Bożej w życiu pisałem niedawno o singlach. Otrzymałem potem sporo e-maili. W wielu z nich pojawiały się pytania: Jak żyć, dopóki nie spotkam swojej drugiej „połówki”? Jak nie oszaleć, kiedy mi się nie udaje nikogo spotkać, a mam już swoje lata, wszyscy wokół zakładają rodziny – a ja wciąż sam/sama? Jak wykorzystać mądrze ten czas, który mam teraz?

Tak, myślę, że to naturalne, iż w obliczu samotności człowiek odczuwa psychiczny dyskomfort, zagrożenie, a nawet lęk. Wielu traktuje ją jako bolesne fatum, przekleństwo, życiowy dramat. Samotność nam dokucza, męczy nas, obawiamy się jej i cierpimy z jej powodu. Z pewnością nie jest ona łatwym doświadczeniem, ale ucieczka przed nią to tak naprawdę ucieczka przed samym sobą. Dlatego każdemu potrzebne jest pozytywne doświadczenie własnej samotności. Paradoksalnie – to właśnie ona pozwala człowiekowi odzyskać samego siebie.

Podczas rozmów z „singlami” poszukującymi drugiej „połówki” mam często wrażenie, że oni sami się nakręcają wewnętrznie, pompują się jak balonik, o niczym innym nie myślą, tylko o tym jednym, tylko szukają męża/żony. Oczywiście, „kto szuka, znajduje”. Gdy jednak presja wieku (latka lecą) oraz „życzliwe” ludzkie komentarze wyolbrzymiają widmo staropanieństwa/starokawalerstwa, wówczas można rzeczywiście „oszaleć”, można zgnuśnieć i zamęczać innych sobą. Niektórzy wylewają wtedy swoje żale przed Bogiem albo nawet próbują „wkupić się” w Jego łaski, by tylko (w końcu) postawił na drodze życia żonę czy męża. Niektórzy szukają „na siłę” znajomości internetowych i często źle na tym wychodzą. Co zatem robić? Jak żyć, by nie ulec obsesji i nie być przysłowiową zrzędliwą starą panną/starym kawalerem? Mam na to TRZY RADY.

Po pierwsze: UWOLNIĆ SERCE!

Uważam, że podstawą jest tu WOLNOŚĆ SERCA. Zamiast obnosić się ze swym nieszczęściem samotności i infekować środowisko, warto spróbować zaakceptować swoje życie takim, jakie ono w tym momencie jest. Nie marnować czasu na użalanie się nad sobą, lecz mądrze ten czas wykorzystać na bliższy kontakt z Bogiem, na bycie z przyjaciółmi, ze znajomymi, na rozwijanie zainteresowań, hobby, na zwiedzanie świata (jeśli nas na to stać). Generalnie – chodzi o odwrócenie się od myśli zniewolonych staropanieństwem/starokawalerstwem i poszerzenie horyzontów optymizmu. Oki, na „dzisiaj” jestem w życiu sam, ale to nie musi oznaczać „osamotnienia”. Zamiast biadolić, mogę przecież stać się takim „pozytywnie zakręconym”, takim „magnesem” przyciągającym do siebie innych szczerym uśmiechem, życzliwością, fajnymi pomysłami. „Uwolnione” serce jest spokojne i cierpliwe. Nic nie musi… Potrafi poczekać… na tę jedyną, na tego jedynego…

Po drugie: ROZKOCHAĆ SERCE!

Ks. Jan Twardowski w wierszu „Nie rozdzielaj” pisał: „miłość bez samotności byłaby nieprawdą; samotność bez miłości – rozpaczą”. W innym wierszu stwierdził: „Samotność to kuzynka najbliższa miłości”. Będąc samemu, nie rozpaczać, lecz kochać. Owszem, pokusa jest silna: skoro nie mam chłopaka/dziewczyny, nie mam z kim wyjść z domu, to zostają mi cztery ściany, TV, Internet, komputer. Izolatka, domowe więzienie. Z tą pokusą trzeba się zmierzyć i wyjść „z tarczą” (wychodząc z domu, mimo wszystko). Najpierw trzeba poszukać Miłości u Źródła, czyli rozkochać się w Bogu. Trzeba otworzyć Pismo Święte, tę Księgę Życia, i uczyć się od jej Boskiego Autora „miłości cierpliwej, niedopuszczającej się bezwstydu, nieszukającej swego, która nigdy nie ustaje…” (1 Kor 13). Potem tą miłością, której symbolem jest zawsze dobre serce, dzielić się z bliźnimi. Dobro przyciąga dobro; miłość przyciąga miłość! Zapewne „przyciągnie” także tę drugą połówkę.

Po trzecie: POKOCHAĆ SIEBIE!

Na koniec to, co nieraz najtrudniejsze. Dojrzała miłość własna jest warunkiem dojrzałego życia. Bywa i tak, że ktoś ma problemy ze znalezieniem swojej drugiej połówki, bowiem nikt nie jest w stanie spełnić jego oczekiwań (a konkretnie: jego egoizmu). Egoizm wyklucza „obdarowanie”, a przecież istotą miłości jest jej „darmowość”, „bycie darem”. Jeśli zatem kocham siebie egoistycznie, to staję się wrogiem samego siebie, a zarazem jestem „toksyczny” wobec innych, odpycham ich. Warto zrewidować miłość własną, jaka ona jest? Jeśli jest narcystyczna, to będzie wszystkich dopasowywać do siebie. Jeśli jest poraniona, to będzie ranić innych. Jeśli siebie nie akceptuję czy wręcz pogardzam sobą, to u wszystkich będę szukał choćby namiastek miłości (miłostek), potwierdzeń, że jednak jestem kimś, a nie „czymś”. Pokochać siebie, to objąć siebie tą samą miłością, którą kocha mnie Chrystus! W Chrystusowej Miłości jest najwięcej miejsca na piękną, dojrzałą ludzką miłość… Życzę Ci jej z całego serca!

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama