Teresa

Zeszyty Karmelitańskie 3/2012

Mania jest cudownym pięciolatkiem, doznającym 5 milionów rozproszeń w ciągu 30 sekund. Na prośbę: załóż buty, - śpiewa 3 piosenki, tańczy układ sprzed roku, wplata kilka luźnych opowieści, kończąc pytaniem, czy Pan Bóg nie mógł stworzyć świata kwadratowego?..., ale butów nie zakłada.

 

Jestem mamą…. syczącą, strofującą i nerwową. Wiem, niezbyt to chwalebne. Ale… Może inni rodzice pamiętają, kiedy przyprowadzili swoje dziecko pierwszy raz do kościoła, ja pamiętam. Pamiętam, kiedy pierwszy raz je wyprowadziłam, bo zachowywało się - w moim odczuciu - skandalicznie. Było to 26 maja, zwykły dzień, w kościele kilka osób i cisza, która jak echo niosła w niebo wytupane i wybiegane dziękczynienie Naszego Dziecka, wówczas 2,5 letniego. Być może uległam złudzeniu, że ksiądz popatrzył na nas o ułamek sekundy za długo. Wystarczyło. W konsekwencji wyprowadziłam Nasze, powinnam napisać wierzgające, Dziecko do kruchty, ale tak naprawdę, to „wierzgałam” ja, a raczej „wierzgało” we mnie. W kruchcie Marysia musiała wysłuchać dalszej części wykładu własnej matki: że Dzień Mamy…, że mama chciała…, że podziękować…, że nie mogła…, że łobuz…, etc. W trakcie tej tyrady przypomniałam sobie, że ksiądz na początku Mszy czytał wspomnienie Filipa Nereusza i wróciła do mnie jedna myśl: Świętego charakteryzowało duże poczucie humoru. Ta myśl pozwoliła mi zakończyć wykład i rozpocząć medytacje, tym razem nad sobą. Dwuipółlatek odetchnął.

Od tego momentu Filip Nereusz, zwany przez nas Nerim, wziął naszą starszą córkę pod swoją opiekę. Wcześniej pytana o świętych obcowanie, powiedziałabym: wierząca niepraktykująca, teraz często opowiadam o Nerim, który został naszym domownikiem. Owszem, bywają okresy kiedy wyjeżdża, wtedy jest nam źle i tęsknimy, wyglądając jego powrotu.

Mania jest cudownym   pięciolatkiem, doznającym 5 milionów rozproszeń w ciągu 30 sekund. Na prośbę: załóż buty -  śpiewa 3 piosenki, tańczy układ sprzed roku, wplata kilka luźnych opowieści, kończąc pytaniem, czy Pan Bóg nie mógł stworzyć świata kwadratowego?..., ale butów nie zakłada. Ponadto słabością Mani jest przymus sprawdzania wszystkiego zmysłem smaku, w konsekwencji niemal przez cały czas coś przeżuwa i rzadko są to rzeczy spożywcze. Owo przeżuwanie to obszar naszych nieustannych konfliktów; krótko mówiąc doprowadza mnie to do szału.

Dzień:  Niedziela; Nasze Dziecko po kilkunastu minutach zostaje nakryte na gorącym uczynku w łazience: leży na podłodze, wpatrując się w sufit, nadal nie ubrane. Wita mnie pytaniem: jak byłaś mała, to też widziałaś takie piękne kształty z kolorowych kropeczek? Ja, już „z poziomu latania na miotle”, pytam: co masz w buzi? I ze zgrozą stwierdzam, że plastelinę. Idę więc za ciosem i wrzeszczę:

-Marysiu, ty mi wytłumacz, jak można wkładać do buzi rzeczy, które nie są do jedzenia!

Po czym wrzeszczę jeszcze bardziej:

-Ja tego nie rozumiem, jak można jeść plastelinę?!

A Mania patrzy na mnie spokojnie, jakby jej wyłączyło moją fonię i mówi:

-Wiesz, szczerze, to ja też nie rozumiem.

Odklejam się od sufitu, spadam i zaczynam się śmiać. Dla mnie to Neri. Moja wściekłość rozbiła się o parawan jego poczucia humoru.

Noc: Leżymy w łóżku, skończyliśmy czytać, przytulamy się, wyobrażamy sobie dobre sny i nagle czuję, że Mania zaczyna mnie lizać po twarzy. Więc znowu poirytowana pytam:

-Maniu, ty mi powiedz, o co chodzi z tym lizaniem?

-A Mania: nic mamo, taki etap. To Neri.

Mania kiedyś podczas modlitwy:

-Mamo, chciałabym się pomodlić do tego Świętego, co mi podpowiada, co mam mówić, że ty nie krzyczysz, tylko się śmiejesz.

Neri nie pozostał też obojętny wobec naszej młodszej córki. Franka, lat prawie trzy, jest bardzo zdecydowanym dzieckiem.

Jej świat rozpięty jest między grandą (ojej!), gdy mama krzyczy, a hecą (ok!) gdy mama się śmieje. Frankę charakteryzuje:

- Robię, bo umiem!

- Bo tak chcę!

- Mogę, ale nie chcę!

Pewnego dnia nasze bardzo rezolutne dziecko weszło na coś, już nie pamiętam na co, być może na parapet. Okoliczności wskazywały, że sytuacja była niebezpieczna. Wbiegłam i  całkowicie zdenerwowana zaczynam krzyczeć:

- Franka, po pierwsze i najważniejsze…..

Oczywiście chciałam krzyczeć: „nie wolno, czegoś tam robić”. Jednak, gdy wypowiedziałam słowa: „po pierwsze i najważniejsze”, jakbym doznała rozdzielenia dźwięku i znaczenia. Nie tyle myślałam, co bardziej czułam, że po słowach: po pierwsze i najważniejsze, nie może pojawić się słowo parapet. Jakby Ktoś pozwolił mi usłyszeć słowa, zanim je wypowiedziałam  . To była chwila; patrzę na Frankę i nadal  z rozpędu krzyczę:

-Franka, po pierwsze i najważniejsze: KOCHAM CIĘ, a po drugie -  nie wolno wchodzić na parapet!

Nasze dziecko wpadło mi w ramiona i zaczęło opłakiwać niemoc forsowania parapetów.

Od tej pory w taki sposób załatwiamy w domu grandy/ wielkie awantury: PO PIERWSZE I NAJWAŻNIEJSZE…  a Franka dopowiada: KOCHAM CIĘ, a PO DRUGIE -  i tutaj Franka zwykle mówi czego nie wolno robić .

Czasami bawimy się: po pierwsze i najważniejsze….., a po drugie… Franka myśli i myśli, i myśli…  ale jako niespełna trzylatek, funkcjonuje trochę poza czasem, próbuje przypomnieć sobie w tej zadumie wszystkie przeszłe i przyszłe  „ciemnie sprawki”. W końcu bezradnie mówi:

-No nie wiem, mamo.

Ja dodaję: po drugie… też Cię Kocham. Potem bawimy się w liczenie i nasycanie miłością: po trzecie…  po czwarte… itd.

Czasami awantury są walką. Pewnego dnia Franka, korzystając z okazji, że musiałam coś zrobić w kuchni, zajęła się sobą. Po jakimś czasie przyszła ubrana? przebrana? w wiele warstw ubrań, oznajmiając: popatrz, to dla ciebie.  Może bym się nawet ucieszyła, bo zawsze to konkretna umiejętność, ale niestety, poszłam za Franką i zobaczyłam morze ubrań, które całkowicie zalały nasz pokój. Przed katastrofą uratowała Frankę tylko muzyka, która akurat sączyła się z radia; ośmiominutowa relaksacja człowieka skrajnie pobudzonego.   Opanowałam się, ale dla Franki to twało bardzo długie minuty. Rozebrała się, jednak nad bałaganem nie była w stanie zapanować, więc pogrążała się w swojej bezradności. Gdy ochłonęłam, poszłam do niej i mówię: „po pierwsze i najważniejsze”… Nasze Dziecko krzyczy „Kocham Cię” i w tym momencie zeszło z niej całe napięcie i przez chwilę  znalazła się w niebie. Mówię: pomogę ci posprzątać, ale musimy sobie powiedzieć, co tu się wydarzyło. Więc zaczynam raz jeszcze:  „po pierwsze i najważniejsze”…  Franka krzyczy: „Kocham Cię!” Próbuję po drugie -  słyszę „Kocham Cię!”, po trzecie…. „Kocham Cię!”, doszłyśmy do dwunastu… Franka nasyciła się moją miłością, a ja zaciekawiona idę dalej: po trzynaste… i słyszę: buntownicze: NIC A NIC! Nie zrozumiałam od razu, ale pytam dalej:po czternaste”… a Franka konsekwentnie: NIC A NIC Doszłyśmy do dwudziestego trzeciego i pewnie nauczyłaby się liczyć do tysiąca, ale mnie tchnęło i mówię: „Franiu, pomyśl dobrze”, a ona: NIE WYRZUCAMY RZECZY Z SZAFY.

Wiem, że wiele tych „po drugie” i „po trzecie” nasze dzieci przyjmą lub odrzucą, wszystkie weryfikują, ale chciałabym, żeby na zawsze zapamiętały „po pierwsze i najważniejsze”.

PS. Od niedawna mamy psa. Rewolucja domowa. Próbujemy nauczyć go różnych rzeczy. Każdy z nas próbuje swoimi metodami nauczyć go, żeby nie gryzł. Pewnego dnia słyszę, jak Franka przywołuje Jubla do porządku, mówiąc: Jubel po pierwsze i najważniejsze… w tym momencie spojrzała na nas, nie dokończyła, ale dla mnie to było piękne.

PS2. Dzisiaj: Franka do Jubla już bez ogródek : po pierwsze i najważniejsze:  Kocham cię,  Jubelu Przyjacielu, a po drugie: nie gryziemy i nie szczekamy.          

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...