Wypluć prawdę?

Więź 11-12/2012

Scenariusz czekał prawie osiem lat na realizację, a jeśli chodzi o prace Grossa, to ich emocjonalność zaważyła na odbiorze książek. Nie ulega jednak wątpliwości, że fakty podane przez autora Sąsiadów są prawdziwe i, nawet jeśli zawyżył on nieco liczbę ofiar – co wytykają mu niektórzy historycy – to z mojego punktu widzenia nie ma to żadnego znaczenia. Zbrodnia jest zbrodnią, nie da się jej wymazać z historii Polski.

 

Ksiądz: Pokłosie Władysława Pasikowskiego to uderzenie – jak to, Kasiu, lubisz określać – w splot słoneczny. Pasikowski, po długiej przerwie, wraca do kina filmem o zbrodni w Jedwabnem albo ściślej mówiąc: o zbrodni dokonanej przez Polaków na swoich żydowskich sąsiadach w czasie drugiej wojny światowej. Chociaż w filmie nie pada nazwa Jedwabne, a scenariusz nie jest dokumentalnym zapisem tamtych zdarzeń – to jednak nie ulega wątpliwości, że inspiracją dla reżysera były wydarzenia ujawnione i opisane przez Jana Tomasza Grossa w książce Sąsiedzi.

Kobieta: Reżyser zresztą tego nie kryje, w jednym z wywiadów powiedział: „nie wszystko w naszej historii jest tak cudowne, jak chciałaby oficjalna edukacja. Nie byłem aż tak naiwny, ale na Sąsiadów profesora Grossa nie byłem przygotowany. Zareagowałem napisaniem scenariusza niemal natychmiast […]. Ten film powstał ze wstydu. To jest bardzo silna emocja”.

Ksiądz: Scenariusz czekał prawie osiem lat na realizację, a  jeśli chodzi o prace Grossa, to ich emocjonalność zaważyła na odbiorze książek. Nie ulega jednak wątpliwości, że fakty podane przez autora Sąsiadów są prawdziwe i, nawet jeśli zawyżył on nieco liczbę ofiar – co wytykają mu niektórzy historycy – to z mojego punktu widzenia nie ma to żadnego znaczenia. Zbrodnia jest zbrodnią, nie da się jej wymazać z historii Polski.

Te straszliwe fakty z czasu II wojny światowej były skrywane przez cały okres PRL, a ujawnione w wolnej Polsce wywoływały burzliwe reakcje: u jednych wstrząs, u innych oburzenie na Grossa. Obawiam się, że podobne reakcje wzbudzi Pokłosie. Nie kryję też, że sam byłem pełen obaw, bo poprzednie dwa filmy Pasikowskiego – Reich i Operacja Samum – to, mówiąc wprost, klęski artystyczne. Tymczasem Pokłosie to film niezwykle udany właśnie pod względem artystycznym, a przy tym trzymający w napięciu thriller z elementami westernowymi.

Pasikowski jest profesjonalistą, czuje kamerę, potrafi tworzyć niemal hitchcockowski stan napięcia. Kiedy jeden z głównych bohaterów wysiada o zmroku na przystanku autobusowym, tuż pod lasem, czujemy, że zaraz coś się zdarzy, choć nie mamy żadnych podstaw, aby tak sądzić. U amerykańskiego mistrza suspensu wystarczyło, że ktoś przechodził przez ulicę i spotkał się wzrokiem z nieznajomym, i już wiało grozą. Napięcie Pokłosia podsyca znakomita muzyka Jana Duszyńskiego. Zresztą w tym filmie wszystko doskonale zagrało – twórca wydobył tragizm zdarzeń, posługując się środkami popularnymi. Ale dlaczego mi, Kasiu, nie przerywasz?! Wiesz przecież, że o kinie mogę mówić długo i namiętnie, zwłaszcza kiedy do głębi mnie porusza.

Kobieta: Wiem, Andrzeju. A nie przerywam Ci dlatego, że z Pokłosiem mam duży kłopot i próbuję dowiedzieć się od samej siebie, dlaczego. Doceniam przecież robotę filmową jego twórców – Pokłosie to kino od początku do końca przykuwające uwagę widza i trzymające go w napięciu. Ma właściwą thrillerowi dynamikę i intensywność, jest bardzo dobrze zagrane. A przedstawiona w nim historia pomyślana została oryginalnie – Pasikowski opowiada o tym, jak zamilczana prawda o dokonanej w przeszłości zbrodni ciąży nad czasem teraźniejszym nie tylko nielicznych żyjących jeszcze jej sprawców, ale również ich dzieci. I tu udało się pokazać ogromną złożoność tej sytuacji…

Ksiądz: … dodajmy od razu, że Pasikowski zrealizował film współczesny – czas akcji to 2000, może 2001 rok – nie ma w nim żadnych scen wojennych ani retrospekcji z przeszłości. Bohaterami są dwaj bracia: starszy Franek Kalina (Ireneusz Czop) po latach emigracji – wyjechał jeszcze za Jaruzelskiego, wiadomo, stan wojenny – przyjeżdża z Chicago do swojej podlaskiej wsi, gdzie w gospodarstwie po rodzicach mieszka młodszy brat: Józek (Maciej Stuhr).

Franek odnosi wrażenie, że w jego wsi nic się nie zmieniło, w komisariacie policji nawet korony na głowie orła nie zdążyli jeszcze zamocować – tak jakoś zleciało. Czas tu mija spokojnie, jak u Pana Boga za piecem, na ławce przed sklepem kilku mężczyzn popija piwo, komendant posterunku policyjnego doskonale rozumie się z młodym wikarym, który ma przejąć parafię po schorowanym proboszczu – słowem wszyscy się tu znają, wiedzą o sobie dużo i nie chcą, żeby ktoś zakłócał im spokój. I tylko ten Józek Kalina! Chyba zwariował. Nie wiadomo, dlaczego zniszczył państwową drogę – wyrywał z niej macewy, którymi utwardzili ją hitlerowcy, a teraz postanowiono zalać wszystko asfaltem. A macew jest jeszcze więcej – przy studni na parafialnym podwórku, w wielu wiejskich obejściach. Józek staje się wrogiem – te macewy są jak wyrzut sumienia, bo przypominają o wydarzeniach, o których wszyscy solidarnie chcieli zapomnieć.

Kobieta: Chyba niezupełnie tak, Andrzeju, bo przecież tych, którzy pamiętają tragedię z czasów wojny jest już niewielu, a oni raczej nie opowiadają o tamtych zdarzeniach. Znamienne, że ówczesny sołtys, dobiegający właśnie dziewięćdziesiątki, żyje na uboczu i – jak mówi Józek – nie rozmawia nawet ze swoimi bliskimi. Jego milczenie w kontekście prawdy, która w końcu wyjdzie na jaw, wydaje się symboliczne – ta prawda jest tak potworna, że odbiera mowę. Wiele wskazuje więc na to, że dzieci tych, których życie przypadło na czas wojny, w przeważającej większości nie zdają sobie sprawy, w co zamieszani byli ich bliscy.

Ksiądz: Chyba jednak coś przeczuwają. Na pewno nie znają szczegółów, przynajmniej nie wszyscy. Ale czują zapach dawnej zbrodni, dlatego są tak agresywni wobec Józka.

Kobieta: Pewne jest, że gest młodego Kaliny zasiał we wszystkich niepokój – nikt się do tego nie przyznaje, ale chyba wielu w skrytości musiało uznać, że wyrwanie z ludzkich grobów płyt nagrobnych i użycie ich w celach budowlanych nie jest w porządku. Zrobili to wprawdzie niemieccy żołnierze, ale od wojny minął już szmat czasu i nikt dotąd nie zatroszczył się, aby „naprawić” hańbiący czyn hitlerowców.

Te ustawione teraz do pionu i oczyszczone przez Józka Kalinę nagrobki przywołują zmarłych, którzy kilkadziesiąt lat temu żyli we wsi, a po wojnie ślad po nich całkowicie zaginął. Można powiedzieć, że zostali podwójnie uśmierceni – nie tylko poprzez swoją fizyczną śmierć, ale także poprzez niepamięć swoich sąsiadów, której symbolem są bezczeszczone przez lata macewy. Już samo to sprawia, że mieszkańcy wsi muszą się czuć nieswojo, do pewnego stopnia tłumaczy to też ich agresję wobec Józka, który miał czelność okazać się lepszy od całej reszty.

Szkoda, że – skądinąd prawy i mądry – odchodzący właśnie  na emeryturę ksiądz proboszcz nie zachował się jak proboszcz jednej z podwarszawskich parafii: kościelny dziedziniec podczas wojny Niemcy również wyłożyli macewami, ale tam proboszcz doprowadził do jawnego wywiezienia nagrobnych płyt z terenu kościoła. Kiedy proboszcz z Pokłosia otwarcie i wprost stanie po stronie obu braci Kalinów – będzie już za późno.

Ksiądz: Może i za późno,  ale jednak stanął po właściwej stronie. Proboszcz z filmu żył w społeczności dotkniętej piętnem własnej zbrodni. Jego sytuacja była zatem diametralnie inna niż Twojego księdza spod Warszawy. Poza tym jego następca na probostwie zamiast wyciszać wrogie nastroje – podjudzał je, przeciw Józkowi Kalinie i przeciw staremu proboszczowi. Chyba nawet nie próbował rozumieć racji ich obu. Zresztą nawet sam Józek nie potrafi wyjaśnić Frankowi, dlaczego ratuje macewy. On, prosty, niewykształcony chłop, trochę nieokrzesany, zaczął się nawet uczyć hebrajskiego, żeby wiedzieć, co jest na tych nagrobkach napisane.

„Tyle rzeczy jest nie w porządku na tym świecie – powie bratu – ale jakoś z tym żyjemy, bo inaczej się nie da. Ale ja sobie myślę, że są rzeczy bardziej nie w porządku niż inne”. Franek zdecydowanie stanął po stronie brata. Był co prawda bezrefleksyjnym antysemitą, jego niechęć do „Żydków” – jak mówił – nie była jednak na tyle zakorzeniona, żeby ostatecznie nie mogło zatriumfować w nim sumienie. 

Kobieta: Na pytanie Franka, dlaczego to właśnie on, Józek, stara się ten porządek przywrócić, usłyszy najprostszą z możliwych odpowiedź: bo o tych, na których grobach ustawiono kiedyś macewy, nie ma się tu kto upomnieć. Kto wie, czy do obudzenia się w Józku powinności wobec nieżyjących, nieznanych mu żydowskich sąsiadów nie przyczynił się w nieświadomy sposób również sam Franek. Nie przyjeżdżając z Chicago na pogrzeb rodziców, on również nie dopełnił obowiązku wobec swoich zmarłych. Na szczęście dopełnił go brat i sąsiedzi, którzy – co znamienne – z naganą przypominają teraz Frankowi, że „nie był na pogrzebie ojców”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| "POKŁOSIE"

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama