Ewangelia i msza w teatrze

Znak 12/2012

Dwa filary chrześcijaństwa – Pismo i liturgia - zostały zaprezentowane jako spektakle krytyczne, ignorujące fakt, iż dziedziny te powiązane są z wiarą. Nie zdarza się to w historii teatru po raz pierwszy. Zarówno w Ewangelii Kaczmarka, jak i Mszy Żmijewskiego było jednak coś całkowicie oryginalnego – obojętność

 

Chrześcijaństwo całkowicie oddało pole gry we współczesnym teatrze. W teatralnym mainstreamie praktycznie nie istnieje. Poza Piotrem Cieplakiem nie ma innego reżysera, który odważyłby się wystąpić z pozycji chrześcijańskich i zrobić inspirowane religijnością przedstawienie (choć od Historyi o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, Historii Jakuba czy Księgi Hiobaminęło już sporo czasu). Jan Klata, który też mierzył się z wiarą i doktryną, teraz interesuje się czym innym i wypowiada się już chyba w całkiem innej sprawie. Pewnie mógłbym wymienić jeszcze dwa lub trzy nazwiska znanych reżyserów, dla których chrześcijaństwo (w porządku wiary) nie jest obojętne, ale w teatrze unikają oni tego tematu jak ognia.

Przeglądając tytuły spektakli, które rokrocznie kilkunastu krytyków w miesięczniku „Teatr” uznaje za największe wydarzenia artystyczne, od ponad dziesięciolecia można niezmiennie mówić o dominacji innego trendu. Chrześcijaństwo jest w nominowanych przedstawieniach często obecne, ale raczej jako problem do przezwyciężenia, balast, który trzeba zrzucić, chwast, który należy wyplenić. Kościół katolicki (i szerzej, wiara) jest ukazany przede wszystkim jako ośrodek zniewolenia umysłów, ostoja patriarchalnego ucisku oraz miejsce zboczeń i przestępstw. Każdy, kto śledzi życie teatralne, może odnaleźć na to dziesiątki przykładów. A jeśli nawet spraw wiary czy chrześcijaństwa w wielu spektaklach się nie dotyka, świat pokazany na scenie proponuje wartości będące przeciwieństwem nauki Kościoła.
Paradoks polega na tym, że wciąż jeszcze mówi się w takich sytuacjach o łamaniu tabu, tymczasem w środowisku teatralnym, czy szerzej – artystycznym, nie ma już czego łamać. Owszem, następuje „poszerzanie pola”, jednak najbardziej radykalne tematy zagościły już w mainstreamie na stałe. I właściwie to one go ustanawiają.

Nie ma w tym głównym nurcie sztuki chrześcijańskiej, nie ma twórców, praktycznie nie ma też krytyki teatralnej, która występowałaby jednoznacznie z tego punktu widzenia. No, może należałoby to sformułować łagodniej: taka krytyka jest, ale głos jej jest stłumiony i nieśmiały, poddający się autocenzurze (bo to trochę wstydliwie tak się narzucać). To ciekawe, że dzieje się to w kraju, gdzie Kościół katolicki ogarnia większość społeczeństwa.

Raz jeszcze podkreślę, że mówię o mainstreamie, o obszarze, w którym rzeczywiście bije puls współczesnego teatru, gdzie sztuka jest żywa. Bo trzeba złej woli, by nie zauważyć setek teatrzyków i przedstawień amatorskich czy okolicznościowych, a czasem nawet ogromnych imprez teatralnych, gdzie ów religijny rys jest wyraźnie obecny. To rzeczywiście spore środowisko. Ale w poważnym dyskursie teatralnym chrześcijaństwo nie istnieje, pozostało tematem do przezwyciężenia. Chrześcijanie ustąpili pola.

Ani zimny, ani gorący

Ta moja jeremiada jest jednak celowo przesadzona. Biadam na dzisiejszy czas, ale przecież teatr właściwie zawsze był miejscem testowania istoty człowieczeństwa, a nie potwierdzania stanu idealnego. Sztuka bezapelacyjnie afirmująca rzeczywistość pojawiała się rzadko i w historii teatru europejskiego dominowała tylko przez chwilę. W Europie pierwsi chrześcijanie potępiali teatr, później często teatr radykalnie krytykował chrześcijaństwo. I tak już zostało.
Mimo to wydaje się, że coś się jednak zmieniło, warto zatem zapytać – co i dlaczego. Obejrzałem spektakl Ewangelia(według św. Jana) w reżyserii Szymona Kaczmarka, później odbyła się też premiera Mszy Artura Żmijewskiego (na którą nie udało mi się dostać). Dwa filary chrześcijaństwa – Pismo i liturgia - zostały zaprezentowane jako spektakle krytyczne, ignorujące fakt, iż dziedziny te powiązane są z wiarą. W przypadku Ewangelii to żadna nowość, takich spektakli było w historii teatru wiele. Także Msza nie jest wyjątkiem – liturgiczne ceremonie były parodiowane już w starożytnym Rzymie, także w XX i XXI w. chętnie odtwarzano sceniczne msze lub ich parafrazy.

W obu tych przedstawieniach było jednak coś oryginalnego – obojętność. Ani Ewangelia, ani Msza (jak czytam w relacjach) nie zawierały ani krzty napięcia, które kiedyś przez Rudolfa Otto określone zostało mianem numinosum, nie było w nich bojaźni i drżenia. Ot, igraszka z literackim tekstem i „rytualnym” scenariuszem. Jerzy Grotowski mówił kiedyś o dwóch biegunach nieortodoksyjnego podejścia do religii i wiary (a więc zarówno Ewangelii, jak i Mszy) – bluźnierstwie i profanacji (sam przygotuje spektakl Ewangelie). Bluźnić można wyłącznie w sytuacji istotnego stosunku do religijnych wartości, o których się mówi. Muszą one być ważne, doskwierać, nawet jeśli radykalnie się je neguje. Profanacji natomiast dokonuje się na wartościach ważnych dla innych, których chce się w ten sposób sprowokować. Jednak profanacja w Ewangelii i Mszy była trochę rachityczna, zaś o bluźnierstwie (w definicji Grotowskiego) trudno w ogóle mówić.

 

Artykuł, którego fragment publikujemy powyżej, jest częścią tekstu opublikowanego na łamach grudniowego "Znaku" z 2012 roku (nr 691).

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama