Więckiewicz, Wałęsa, Wajda

Przewodnik Katolicki 39/2013

Najpierw Andrzej Wajda miał pomysł na nakręcenie filmu, którego bohaterką byłaby Danuta Wałęsowa. Po latach powstał jednak obraz o przywódcy „Solidarności” Wałęsa. Człowiek z nadziei z brawurową rolą Roberta Więckiewicza. Po serii uroczystych premier w Gdańsku i Warszawie, 4 października film wchodzi na ekrany polskich kin.

 

Pomysł Andrzeja Wajdy był szeroko komentowany, każdy miał jakieś oczekiwania wobec filmu, którego bohaterem jest Lech Wałęsa, bo przecież sam Wałęsa jest człowiekiem kontrowersyjnym. Co więcej – nie jest łatwo robić film o kimś, kto przecież żyje i wciąż jest aktywny, a ocena jego politycznej działalności dzieli historyków. Na konferencji prasowej Andrzej Wajda przyznał, że nie mógł już słuchać ironicznych i prześmiewczych komentarzy wobec Lecha Wałęsy, jakich ostatnio ukazuje się mnóstwo. Ten film jest jego reakcją. W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych nie ma tego problemu – tam Lech Wałęsa jest bezkrytycznie uwielbiany. Stąd te 15-minutowe owacje na stojąco w Wenecji po pokazie filmu. Na premierze światowej podczas weneckiego festiwalu filmowego obecni byli Danuta i Lech Wałęsowie i wspomniane oklaski skierowane były właśnie w ich stronę. Film Wajdy bowiem ma tylko dwa atuty: historię, która się wydarzyła w Polsce, i Roberta Więckiewicza, który gra główną rolę. Poza tym jest niestety średni.

Wałęsa i Fallaci

Najpierw był Człowiek z marmuru, potem Człowiek z żelaza, a wreszcie Człowiek z nadziei. Ostatnia część tryptyku o walce Polski z komunizmem jest artystycznie najsłabsza, bardzo niewiele tu Wajdy z dawnych dobrych lat. Mało dylematów, mało dramatyzmu, żadnego napięcia i psychologii, zupełny brak artystycznej wizji. Powstał poprawny film historyczny, a szkoda, bo przecież postać Lecha Wałęsy to same kontrowersje i wiele znaków zapytania. W ciągu dwóch godzin poznajemy 19 lat z jego życia: od momentu budzenia się w nim świadomości politycznej w 1970 r. aż po zwycięskie wybory w roku 1989 i jego wystąpienie w Kongresie USA. Zadziwiająca historia: zwykły elektryk, który potrafi porwać za sobą miliony ludzi, który bez kompleksów rozmawia z władzą, który poświęca swoje życie dla idei, a wreszcie otrzymuje Pokojową Nagrodę Nobla i przemawia do amerykańskich kongresmenów. To historia nieprawdopodobna. I tak została opowiedziana. Podręcznikową chronologię zaburza trochę prosty w gruncie rzeczy zabieg formalny: jako przerywnik, a jednocześnie szkielet filmu, między kolejnymi wydarzeniami oglądamy wywiad, jaki przeprowadziła z Wałęsą słynna włoska dziennikarka Oriana Fallaci w marcu 1981 r. Jego odpowiedzi przywołują konkretne wspomnienia. Z tego wywiadu nie byli zadowoleni oboje. Ona wyznała, że Wałęsa był próżnym ignorantem, a ten nie był jej dłużny. W filmie Wajdy Orianę Fallaci zagrała włoska aktorka Maria Rosaria Omaggio, która specjalnie dla tej sceny zdobyła od siostrzeńca Fallaci jej futro z norek, magnetofon, na którym dziennikarka nagrywała wywiady, oraz kamerę wideo, którą rejestrowała wywiad z przewodniczącym „Solidarności”. Mocną stroną tych scen są wypowiedzi Wałęsy – autentyczne. Autor scenariusza Janusz Głowacki zawarł w filmie kilka takich scen, w których wykorzystał rzeczywiste wypowiedzi szefa „Solidarności”, i są to momenty w filmie najlepsze. Genialna jest wręcz scena przesłuchania Wałęsy przez oficera SB, w którego postać wcielił się Zbigniew Zamachowski. W IPN zachowały się protokoły z tego przesłuchania, które miało miejsce w 1983 r. „Teraz będzie pan odpowiadał na pytania” – mówi Zamachowski. „Będem albo nie będem” – odpowiada Więckiewicz głosem Wałęsy.

Wałęsa i żona

Robert Więckiewicz opowiadał, że dopiero gdy zobaczył siebie w lustrze po pierwszej charakteryzacji, zdecydował, że ta postać nie może mówić jego głosem. To właśnie świetna charakteryzacja stała się inspiracją do pracy nad głosem, która na ekranie daje tak rewelacyjny efekt. Zaczął analizować charakterystyczne tempo wypowiedzi Lecha Wałęsy, rozłożenie akcentów, specyficzny sposób mówienia. Więckiewicz nie udaje Wałęsy, nie parodiuje go, nie odgrywa roli, udało mu się zrobić rzecz nieprawdopodobną – on po prostu stał się Wałęsą. Uwierzymy mu od razu, zawładnął ekranem w sposób fenomenalny. Opowiadając o przygotowaniach do roli, aktor zaznaczał, że nie interesował się tym, iż gra postać człowieka legendy, starał się zobaczyć w nim po prostu człowieka, odcinając całą wiedzę na temat tego, co wydarzyło się po 1989 r. Ważne były losy tego konkretnego człowieka w ciągu tych 19 lat i tamtej rzeczywistości. „Chciałem wejść w tamten świat bez świadomości tego, co wiem dzisiaj” – mówił. Jest więc Wałęsą robotnikiem, aktywnym związkowcem, społecznikiem, więźniem przerażonym sytuacją, która wymyka się spod kontroli, jest wreszcie Wałęsą zadowolonym i próżnym, Wałęsą zwycięskim i zadowolonym z siebie, gwiazdą stającą przed tłumem z uniesionymi ramionami. To przede wszystkim Wałęsa publiczny, bo wbrew zapowiedziom twórców domowych scen wcale nie jest tak dużo. Zresztą nie mogło być, bo film trwałby wtedy dwa razy dłużej. Wałęsa do domu albo przychodzi, oznajmiając, że został wyrzucony z pracy, albo wychodzi lub jest zabierany na komisariat. Agnieszka Grochowska grająca Danutę Wałęsową nie mogła się popisać: jest umęczoną kobietą, jak to sama mówiła – ogarniającą gromadkę dzieci. Książka Danuty Wałęsowej spadła jej z nieba dosłownie w przeddzień rozpoczęcia pierwszych zdjęć. Dzięki niej mogła wejść w postać. To kobieta godna podziwu, w filmie są sceny, kiedy było widać, że w pewnym momencie zaczyna rozumieć, jaką rolę odgrywa wobec historii jej mąż i jest świadoma tego, w czym sama bierze udział. Żałuję, że Wajda jednak nie pokusił się o zrobienie filmu, którego bohaterką byłaby właśnie Wałęsowa – ta historia z jej perspektywy wydaje się być znacznie bogatsza i bardziej interesująca.

Wałęsa i SB

Wałęsa Więckiewicza zawładnął filmem – niby to normalne w filmie biograficznym, ale inna sprawa to ta, że większość aktorów grających role epizodyczne znacznie odbiega poziomem od głównego aktora filmu. Zresztą nawet najbliżsi współpracownicy przywódcy „Solidarności” są tylko tłem, tyle że role te są zagrane zupełnie nieprzekonywająco. Można pochwalić twórców za montaż, bowiem sceny archiwalne, których jest całkiem sporo, zostały sprawnie wkomponowane w całość. Mamy tu kilka różnych zabiegów stylistycznych, obraz raz jest czarno-biały, innym razem przekoloryzowany albo z dodanymi zakłóceniami. Historyczne ujęcia dodają autentyzmu opowieści, potęgują grozę tamtej rzeczywistości i euforię zwycięstwa. Za to nietrafionym według mnie pomysłem jest wybór muzyki. Doradzono Andrzejowi Wajdzie, żeby kolejne ujęcia ilustrowała młodzieżowa muzyka tamtych czasów. Słyszymy więc całą wiązankę punkowych i nowofalowych utworów trafnie opisujących rzeczywistość, ale niemających nic wspólnego ze środowiskiem strajkujących robotników. Dezertera, Tiltu, Brygady Kryzys i Chłopców z Placu Broni nie słuchali ani Wałęsa, ani ludzie z jego otoczenia. Wszyscy byli ciekawi, jak Wajda wybrnie z niekomfortowej historii podpisania przez Wałęsę papierów w SB. Zastanawiano się, czy ten wątek będzie w ogóle w filmie obecny. Wystraszony Wałęsa aresztowany po wystąpieniach w grudniu 1970 r. w komisariacie podpisuje wszystko: na jego oczach katują kolegów, a żona rodzi właśnie ich pierwsze dziecko. Jest wtedy zwykłym robotnikiem i nie wie za bardzo, co robi. Po latach powie żonie: podpisałbym wszystko, gdyby tobie i dzieciom mieli coś zrobić. Te dwie sceny pokazują stosunek Wajdy do późniejszego prezydenta, o którym zresztą mówi, że jest supermanem.

Czy ten film zrobił dla nas, Polaków, czy dla widza zagranicznego? Film skonstruowany jest wyraźnie tak, aby dowiedzieć się o tamtych czasach jak najwięcej. Pojawiające się co jakiś czas napisy – instrukcje historyczne trochę irytują i sprawiają, że na pierwszy plan wychodzi jego wymiar edukacyjny. Pamiętam czasy strajków, stan wojenny i późniejsze wolne wybory. Pamiętam czołgi na ulicach, koksowniki, starcia z zomowcami i puste półki. Pamiętam też entuzjazm dorosłych, oporniki w swetrach i dorosłych ze znaczkami „Solidarności”. Ten film przypomniał mi historię, o której tak łatwo zapomnieliśmy. I rozumiem, co miał na myśli Robert Więckiewicz, gdy po pierwszym obejrzeniu filmu pomyślał: „Co myśmy z tym zrobili”. Ciekawa jestem odbioru ludzi młodych, dla których to wszystko to tylko podręcznik historii. Dodajmy, Polski Instytut Sztuki Filmowej zadecydował, że film Wałęsa. Człowiek z nadziei będzie polskim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy obraz nieanglojęzyczny, ponieważ ma najwięcej walorów promocyjnych. To akurat prawda, szkoda, że zabrakło walorów artystycznych.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama