Przez ciebie przepływa strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością” W służbie piękna. Karol Wojtyła o sztuce i artystach

Przewodnik Katolicki 7/2014

Jan Paweł II był przyjacielem artystów i chętnie się z nimi spotykał. Nie był ich bezkrytycznym wielbicielem, doskonale jednak wiedział, z jakimi problemami zmaga się każdy twórca. Przecież w młodości sam doświadczył literackich i aktorskich prób, które dawały podstawę do uznania go za przyszłego zawodowego artystę.

 

Karol Wojtyła nie był zawodowym artystą, wybrał kapłaństwo, ale jako kapłan trafnie rozpoznał najważniejsze, a zarazem najtrudniejsze wyzwanie, jakie staje przed każdym twórcą – doświadczenie sumienia.

W służbie piękna

Czytając List do artystów z 1999 r. możemy podziwiać wrażliwość i szacunek, z jakimi Jan Paweł II zwraca się do artystów: „Społeczeństwo potrzebuje bowiem artystów, (...) którzy zabezpieczają wzrastanie człowieka i rozwój społeczeństwa poprzez ową wzniosłą formę sztuki, jaką jest «sztuka wychowania». W rozległej panoramie kultury każdego narodu artyści mają swoje miejsce. Gdy idąc za głosem natchnienia, tworzą dzieła naprawdę wartościowe i piękne, nie tylko wzbogacają dziedzictwo kulturowe każdego narodu i całej ludzkości, ale pełnią także cenną posługę społeczną na rzecz dobra wspólnego. (...) Artysta świadomy tego wszystkiego wie także, że musi działać, nie kierując się dążeniem do próżnej chwały ani żądzą taniej popularności, ani tym mniej nadzieją na osobiste korzyści. Istnieje zatem pewna etyka czy wręcz «duchowość» służby artystycznej, która ma swój udział w życiu i w odrodzeniu każdego narodu. Na to właśnie zdaje się wskazywać Cyprian Norwid, kiedy pisze:

«(...) Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy – praca, by się zmartwychwstało»”.

List do artystów wzbudził duże zainteresowanie w środowisku ludzi sztuki, którzy z wielkim uznaniem wypowiadali się o jego znaczeniu dla swojej pracy artystycznej. Jednak niewielu zdobyło się na refleksję nad sobą i nad tym, co niedobrego dzieje się w sztuce. Dzisiaj, kiedy do świadomości narodowej docierają coraz częściej informacje o skandalicznych zachowaniach artystów, warto przypomnieć nieznane rekolekcje bp. Karola Wojtyły z 1962 r. Zachowały się one w formie maszynopisu w archiwum Jana Pawła II i zostały opublikowane w roku 2011 pt. Ewangelia i sztuka. Jest to lektura porażająca swoją aktualnością i radykalizmem.

Talent jest darem

Cytat, który został wybrany jako motyw główny nauk wielkopostnych, nie pochodził bynajmniej z Pisma Świętego. Był to fragment Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego: „Przez ciebie przepływa strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością”.

Współczesny artysta celebryta mógłby uznać to za osobistą zniewagę, bo w jego mniemaniu sfery moralnej nie może ograniczać nikt poza nim samym. A ponadto w czasach nam współczesnych piękno to banał i anachronizm, znacznie ciekawsza jest brzydota i zło. Karol Wojtyła był świadomy tych skłonności i pokus, czyhających na każdego artystę. I radykalnie stawiał sprawę: nie da się tworzyć dzieła artystycznego w oderwaniu od zasad moralnych, od moralności chrześcijańskiej. „Wobec sądu Boga nie zastąpią człowieka – nawet największego artysty – żadne jego dzieła. Decyduje i rozstrzyga to jedno zasadnicze dzieło, którym jestem ja sam. Co z siebie zrobiłem? I co z sobą zrobiłem?”. Dla Wojtyły sztuka jest darem łaski. Nosi w sobie znamię piękna, ale nim nie jest. Pięknem jest tylko Bóg. I w Nim znajduje się najobfitsze i niewyczerpane źródło natchnień artystycznych. Ale o wiele bardziej Bóg potrzebny jest artyście jako człowiekowi. Aby nie zatrzymał się ostatecznie przy tym pięknie, które sam tworzy. Aby własne jego dzieła nie stały się dla niego bożyszczami. Bo jest to zawsze wielka tragiczna pokusa – ubóstwić samego siebie. A taki jest rozpętany przez media kult celebrytów. Każdy z nas jest tylko obrazem, podobieństwem Boga. Talent jest trudnym darem, za który płaci się całym swoim życiem. Ale największym talentem, który posiada każdy człowiek, jest człowieczeństwo. Dlaczego? Bo zapłacił za nie sam Bóg.

Artysta powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: czy moja twórczość pomaga w rozwoju mojego człowieczeństwa, czy przeszkadza?

Grzechy artystów

Karol Wojtyła mówi, że artysta odpowiedź znajduje tylko w swoim sumieniu moralnym. Aby sumienie mogło sprawnie prowadzić człowieka przez życie, musi być uporządkowane przez Ewangelię, Dekalog i osiem błogosławieństw z Kazania na górze. Większość ludzi zna Dekalog, czyli zakazy. Za to niewielu potrafi wymienić błogosławieństwa, czyli nakazy. A to właśnie one nadają moralności głębię i dojrzałość. Mobilizują do tego, co jest celem ludzkiego życia według  Ewangelii – do ideału i do służby. Nie da się tego osiągnąć, żyjąc według minimalizmu moralnego, czyli kierując się tylko zakazami. Często zdarza się, że mamy bardziej wrażliwe i rozwinięte sumienie estetyczne, artystyczne, a moralne w stanie szczątkowym. Ta dysproporcja jest nieporozumieniem i powodem dysharmonii wewnętrznej. Twórca musi być wewnętrznie harmonijny, uporządkowany. Sumienie artystyczne musi być zawsze związane z sumieniem moralnym. W tym miejscu warto przypomnieć, że media częściej interesują się artystami z dysharmonią wewnętrzną i problemami moralnymi niż osobami o czystym życiorysie, który traktowany jest jako wada, a nie zaleta. Karol Wojtyła w swoich rekolekcjach z 1962 r. nie zawahał się wymienić popełniane nagminnie przez środowisko artystyczne grzechy. Lenistwo – brak wysiłku, aby wydobyć z siebie wartości twórcze. Zazdrość – ograniczanie cudzego dobra. Pycha i zmysłowość – groźne napięcia przeciwko Bogu. Przeciwstawia im pokorę, która swój najwyższy wymiar znajduje w sakramencie pojednania. Jako przykład podaje przypowieść o synu marnotrawnym. Wiedząc o tym, kim jest Ten, któremu wyznajemy nasze grzechy, łatwiej odnajdujemy siebie w postawie syna marnotrawnego. Jako chrześcijanie wierzymy, że odpuszczenie grzechów nas podnosi i odbudowuje. Jest to możliwe tylko dzięki męce i śmierci Chrystusa. W Wielkim Tygodniu kościół czyta cztery opisy męki Pana Jezusa, aby uciszyć i zmusić do refleksji nad tym, kim dla mnie jest Bóg. Na co dzień żyjemy w napięciu między wyborem Boga a odrzuceniem Boga. Wiemy, że Bóg też może każdego człowieka przyjąć i odrzucić. Ten dramat, który toczy się w głębi ludzkiej duszy, nie ma wpływu na nasze spojrzenie na religię. Zwykle traktujemy ją jako ludzkie zjawisko, wskazanie na to, w co musimy wierzyć i co musimy czynić. Takie spojrzenie jest bardzo krótkowzroczne i osłabia w nas siłę religii. Widzimy tylko, że „musimy” wierzyć, a nie dostrzegamy tego, że to „muszę” jest dopiero na samym końcu. A na początku jest wielka miłość Boga, który – tak jak ojciec syna marnotrawnego – wyszedł i wciąż wychodzi naprzeciw człowieka.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama