Jestem człowiekiem służącym

Przewodnik Katolicki 9/2014

W 1991 r. podczas spotkania z ludźmi świata kultury w Teatrze Wielkim w Warszawie Jan Paweł II szczęśliwie przechodził koło mnie i dzięki temu mogłem ucałować jego pierścień. A drugi raz na placu Świętego Piotra w Rzymie 8 marca 2000 r. Tego dnia papież posypał mnie i moją żonę popiołem

 

„Czeladnik Słowa” – to Jerzy Zelnik o sobie samym. Nie za duża skromność?

– Zdecydowanie nie. To naprawdę nie jest żadna fałszywa skromność. Jeśli bowiem chodzi o mistrzostwo słowa, posługiwanie się nim, jeśli chodzi o taką frazę, w której jest i logika, i piękno, dykcja, operowanie pauzą, wydobywanie sensu, to zdecydowanie moim mistrzem jest Jan Paweł II. Ja jestem tylko czeladnikiem. I dlatego kiedy pytają mnie, którego aktora uważam za swojego mistrza, odpowiadam niezmiennie: Jana Pawła II. Niekiedy mówię też o sobie „sługa Słowa”.

Faktycznie, często podkreśla Pan ten służebny wymiar aktorstwa.

– I tak właśnie postrzegam swoją rolę. Zatem jestem sługą Słowa – i to w sensie bardzo szerokim – od Biblii, poprzez wielką poezję, szczególnie naszą rodzimą, opartą na fundamencie największych: Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego, aż po Herberta. Nieskromnie stwierdzę, że mam niejako wrażenie, iż na mnie owi poeci, którzy to słowo ułożyli, w jakiś sposób liczą, czekają, że jako interpretator będę się nim dzielił i porządnie je przekazywał.

A Karol Wojtyła?

– Ależ oczywiście, w gronie tych wielkich jest również Jan Paweł II. Ja zaś mam to szczęście, że od wielu lat, właściwie przez cały czas, jestem zapraszany do mówienia i interpretowania wierszy Wojtyły, najważniejszych fragmentów homilii, papieskich wypowiedzi, listów.    

To często wcale nie są łatwe teksty.

– Niektórzy zarzucali Wojtyle, że jego prostota wiary bywała szalenie opakowana, w taki trudny dla odbiorcy sposób. Że to, co proste, co oczywiste poprzez Objawienie, zostało przez papieża ujęte w taki kształt, który wymaga pewnego rozszyfrowania, niemałego trudu dotarcia do sedna. I to jest właśnie zadanie interpretatora. A więc przedarcie się przez to tajemnicze Wojtyłowe piękno słowa do sedna jego myśli.

Tym bardziej jestem ciekaw Pańskiej interpretacji Drogi Krzyżowej w rzymskim Koloseum z 2000 r.

– Tak, kilka tygodni temu nagrałem dla „Przewodnika Katolickiego” moją interpretację  tamtych niezwykłych papieskich rozważań. Ale rozczaruję Pana – nie znaczy to, że w tej chwili potrafiłbym wykazać się zdolnością do syntetycznego ujęcia owej Drogi Krzyżowej. I dlatego, w tym sensie, odpowiem: „Ja się dzisiaj, panie profesorze, nie przygotowałem” (śmiech).

Trudno, będę pobłażliwy.

– Natomiast fragmenty Drogi Krzyżowej z Koloseum, nawet pojedyncze słowa Jana Pawła II,  zapadły we mnie jako całość i ja nawet nie wiem, kiedy one wrócą. Bo wrócą na pewno. Tego akurat jestem pewien. Dla mnie ta praca była jak modlitwa i mam nadzieję, że tak też odbiorą tę płytę wszyscy, którzy będą jej słuchać.Karol Wojtyła jest bowiem dla mnie nie tylko mistrzem, jeśli chodzi o interpretację, ale i swoją postawę chrześcijańską, swoją osobistą świętość.

Pańskie spotkania z papieżem?

– Dwukrotne. W 1991 r. podczas spotkania z ludźmi świata kultury w Teatrze Wielkim w Warszawie Jan Paweł II szczęśliwie przechodził koło mnie i dzięki temu mogłem ucałować jego pierścień. A drugi raz na placu Świętego Piotra w Rzymie 8 marca 2000 r. Tego dnia papież posypał mnie i moją żonę popiołem. To było dla nas ogromne przeżycie. Ja podniosłem wzrok, chciałem coś powiedzieć, ale głos zamarł mi w gardle, bo zobaczyłem, że Ojciec Święty jak gdyby obejmuje w tym momencie cały świat. A ja nie chciałem tej kontemplacji zakłócać. Nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.

Może po prostu papież ma do Pana mówić poprzez swoje teksty?

– Tak, może właśnie tak. Na papierze... Bardziej duchowo... Ale to także są bardzo namacalne doświadczenia. Pamiętam, że w czasie stanu wojennego grałem postać brata Alberta Chmielowskiego w Wojtyłowym Bracie naszego Boga. Spektakl reżyserował mój ojciec, wystawialiśmy to w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, gdzie znaleźliśmy schronienie w tym drugim, wolnym obiegu. To jest bardzo trudny dramat i kiedy grałem tę postać, to tak sobie myślałem: czy ja będę umiał dzielić się sobą jak chlebem? Rozdawać siebie?

Przecież teraz właśnie Pan to robi.

– Wydaje mi się, że teraz już chyba tak. Od kilku lat…

Od momentu choroby żony?

– Tak, chyba właśnie od czasu choroby żony. Pan Bóg doświadczył mnie taką łaską. Bo choroba Urszuli pozwoliła mi jeszcze bardziej otworzyć oczy na cudze cierpienie, nauczyć się słuchać innych, żeby móc utożsamiać się z ich bólem, ale także z ich zachwytem nad małymi rzeczami. Zwiększać zdolność do całkowitego oddawania siebie, zapominania o własnych przyjemnościach, potrzebach. Rzecz jasna, kiedy tylko jest taka możliwość, ja sobie wyłuskuję różne przyjemnostki – kiedy sobie obejrzę Stocha skaczącego czy jakiś dobry  film. Nie jestem przecież cierpiętnikiem. Ale pomaganie innym stało się jednym z sensów mojego życia.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama