Te Deum na Evereście

Przewodnik Katolicki 35/2014

Z Bartłomiejem Wróblewskim, tegorocznym zdobywcą Korony Ziemi rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

Korci mnie, żeby zapowiedzieć tę rozmowę jako „Wywiad z człowiekiem sukcesu”…

– Znaczy ze mną? Nie wygłupiaj się.

Zdobywca Mount Everestu i Korony Ziemi – znasz bardziej spektakularne synonimy sukcesu?

– W powszechnej opinii tak może być. Nie chciałbym tego oceniać. Łatwiej mi będzie opowiedzieć o moich odczuciach po wejściu i zejściu z Everestu. Często powtarza się, że jeśli ktoś dąży do jakiegoś celu przez wiele lat, to w chwili kiedy go osiąga, następuje w życiu pustka. Nie mogę tego potwierdzić. Moja przygoda z Koroną Ziemi, która zaczęła się w czasie studiów w 1998 roku, a zakończyła po szesnastu latach zdobyciem Everestu, dała mi poczucie spełnienia. I budzę się z tym poczuciem każdego dnia, choć od wejścia na szczyt minęły prawie trzy miesiące. Zdobycie Everestu miało zresztą dla mnie swój szczególny kontekst, ponieważ byłem przekonany, że wejdę na górę dwa lata wcześniej. Ale nie udało się ani w roku 2012, ani w 2013, mimo że w tym drugim przypadku byłem tylko pięćset metrów od szczytu. Góra poddała się dopiero za trzecim razem.

Nieźle się uparłeś na ten Everest.

– Nie umiem zostawiać rzeczy, które rozpocząłem. Nawet jeśli sprawiają mi trudność, staram się je skończyć, niezależnie od tego, czy i jak bardzo boli.

Ale Ty przecież dwa razy dostałeś tam strasznie w kość!

– Owszem, ale to tylko po raz kolejny uświadomiło mi, że przeszkody są po to, aby je pokonywać, a nie żeby im ulegać. Opór materii trzeba przełamywać. Co ciekawe, niektóre osoby po zdobyciu Everestu gratulowały mi nawet nie tyle samego wejścia na górę, ile właśnie determinacji.

Mnóstwo ludzi zaczyna, ale niewielu kończy Koronę Ziemi. Dlaczego udało się właśnie Tobie: „niepozornemu, w okularach, wchodzącemu na Everest”?

– Rzeczywiście, jeden z dziennikarzy tymi słowami rozpoczął artykuł o mojej przygodzie. Na to, że udało mi się zdobyć Koronę, złożyło się kilka czynników. Najważniejsza była systematyczność i konsekwencja w działaniu. Tego się nauczyłem w domu, w harcerstwie, a potem na studiach, działając w korporacjach akademickich. Tak, to konsekwencja jest matką tego sukcesu.

Co jeszcze?

– Konieczny był oczywiście regularny trening, ciągła praca nad poprawą kondycji i umiejętności technicznych. Do tego dochodzi olbrzymi, wielomiesięczny wysiłek związany z organizacją wypraw, który zaangażował znaczną część mojej energii życiowej: zdobywanie środków finansowych, szukanie sponsorów, sprzętu, logistyka, wsparcie medialne. Plus oczywiście niemała doza szczęścia. Tak było choćby na McKinley na Alasce, gdzie trafiliśmy na idealne warunku pogodowe, które zdarzają się na tej górze może tylko raz do roku.

O dziwo Ty nie robisz tego wcale kosztem innych dziedzin życia.

– Podróże, góry, Korona Ziemi były dla mnie ważne, ale nigdy, nawet w ostatnich latach, nie stały się czynnikiem dominującym. To nigdy nie było na pierwszym miejscu. I mogę powiedzieć, że czuję się w związku z tym osobą absolutnie wyróżnioną, ponieważ dane mi było przeżyć tak fantastyczną przygodę, prowadząc normalne życie, pracując zawodowo i angażując się społecznie. To się naprawdę zdarzyło. Dodatkowo z jednej strony były góry, a z drugiej wędrówki gdzieś po bezdrożach Afryki czy Oceanii, dotykanie niekiedy resztek świata, którego właściwie już nie ma, docieranie w miejsca niemal nietknięte przez cywilizację.

Opowiesz trochę więcej?

– Każda góra z Korony Ziemi jest inna. To wyjątkowe doświadczenie – raz, że za każdym razem jest to inny kontynent, zupełnie inne geograficznie miejsce, a dwa, ponieważ różne są trudności, które trzeba pokonać w drodze na szczyt. Pewnie najbardziej surową i najtrudniejszą górą, tak czysto fizycznie, jest McKinley. Z kolei Masyw Vinsona na Antarktydzie jest górą najbardziej izolowaną. Tam człowiek najmocniej doświadcza majestatu przyrody, ale także poczucia pustki. Vinson to góra, która znajduje się kilka tysięcy kilometrów od terenów zamieszkałych przez ludzi. Na Aconcaguę wchodziłem samotnie, z kolei Piramida Carstensza – która jest najtrudniejszym szczytem pod względem wspinaczkowym – leży w dżungli na Papui, a dookoła niej biegają nago wojownicy z łukami. Natomiast Everest okazał się dla mnie sumą wszystkich trudności, najtrudniejszą górą Korony.

Na granicy życia i śmierci?

– W każdą wspinaczkę wpisane jest ryzyko, a we wspinaczkę w górach wysokich to ryzyko wpisane jest w jeszcze większym stopniu. Ono jest już nie tylko związane z samymi trudnościami technicznymi, ale i z przebywaniem na dużych wysokościach, w miejscach zwykle oddalonych od cywilizacji. W pełni zdrowy człowiek, który spędziłby dwa miesiące na wysokości 6000 metrów, mógłby umrzeć tylko z tego powodu, że będzie tak wysoko. A czym wyżej, tym bardziej ten czas się skraca.

Coś o tym wiesz, prawda?

– Rok temu w czasie wyprawy na Everest, w obozie IV na Lhotse, na wysokości ok. 7800 metrów, niemal na naszych oczach przez dwa dni umierał wspinacz cierpiący na chorobę wysokogórską. To może było najtrudniejsze doświadczenie, ponieważ w tym momencie, w górach, dotknąłem w formie skrajnej tego, czego my doświadczamy pewnie w nieco inny sposób w naszym codziennym życiu. Jest to sytuacja, w której istnieje możliwość pomocy drugiemu człowiekowi, ale jednak zachowujemy obojętność. Znamy historie, kiedy w autobusie ktoś agresywnie zachowuje się wobec drugiej osoby, albo gdy zaszczuwa się kolegę czy koleżankę w pracy. I zwykle w takich momentach nikt nie reaguje. Z różnych zresztą powodów: bo to nie moja sprawa, bo pewnie ten drugi też nie jest bez winy, bo sytuacja jest niejednoznaczna...

W drodze na Przełęcz Południową   Lloyd Smith / CC-SA 3.0 W drodze na Przełęcz Południową

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama