Zamki na lodzie

Niedziela 44/2014

O niezręcznościach, bezradności, obietnicach, postpolityce i politycznym kiczu z Anną Zalewską rozmawia Wiesława Lewandowska

 

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Wiele dyskusji wywołało Pani wystąpienie w debacie nad exposé premier Ewy Kopacz. Zastanawiano się, dlaczego akurat Pani została wytypowana przez Klub Parlamentarny PiS do zmierzenia się z panią premier. A więc: dlaczego?

ANNA ZALEWSKA: – Może dlatego, że sprawdziłam się już w tego rodzaju wystąpieniach, może z powodu różnorodności moich doświadczeń politycznych. Członkostwo w Komisji do Spraw Unii Europejskiej wymaga pewnej wszechstronności spojrzenia, w Komisji Zdrowia mam pełen przegląd najbardziej dotkliwych i nierozwiązanych problemów społeczeństwa. A wcześniej, z racji swego wykształcenia, uczestniczyłam też w pracach Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży...

– W dodatku jest Pani znana z „walki z wiatrakami”...

– Rozumiem, że to nie aluzja do pani premier...

– Gdzieżbym śmiała! Chodzi o Pani zainteresowania ekologiczne.

– Rzeczywiście, zajęłam się pomocą protestującym przeciwko elektrowniom wiatrowym. Musiałam więc zdobyć ogromną wiedzę; trzeba było nie tylko stworzyć ramy prawne dla powstających stowarzyszeń, ale przede wszystkim nauczyć ludzi, jak się organizować, jak nie dać się „ograć” nieuczciwym, często podstępnym, wiatrowym inwestorom. Dlatego, w sposób automatyczny, weszłam również do komisji energetyki.

– Nie za szerokie jest to pole walki?

– Uważam, że ambitny polityk, zwłaszcza poseł, musi się możliwie wszechstronnie angażować. I wcale nie jest to trudne, jeśli przedtem przez 9 lat było się samorządowcem. A gdy pracuje się w samorządzie i właściwie pojmuje się tę misję, to trzeba się znać prawie na wszystkim. Gdy byłam wicestarostą powiatu świdnickiego, nie było zmiłuj się! Musiałam się znać na edukacji, na zdrowiu (m.in. budowałam szpital, zarządzałam służbą zdrowia i ratownictwem medycznym). A nieco wcześniej, po reformie administracyjnej, brałam udział w tworzeniu naszego powiatu: trzeba było zorganizować starostwo, skonstruować budżet.

– Dobrze się Pani czuje teraz na politycznych szczytach, gdzie często brakuje konkretów?

– Brakuje mi merytorycznej dyskusji, przeszkadza postpolityka. Po desygnowaniu pani Ewy Kopacz na premiera zastanawiano się bardziej nad tym, jak wygląda, jak mówi, a nie nad tym, co mówi. Próbowałam odczarować exposé pani premier, wskazując właśnie na konkrety, a raczej na ich brak.

– Odczarowując, wywołała Pani burzę, jakiej dawno nie było!

– Niestety, nikt nie zwracał uwagi na moje konkretne zarzuty, których było naprawdę wiele i które trzeba było zamknąć w piętnastominutowym wystąpieniu. Burzę z piorunami wywołało pytanie o kompetencje moralne pani premier, jakoby nieuprawnione. Okazuje się bowiem, że powinniśmy podziwiać bohaterską postawę pani Ewy Kopacz w Moskwie w 2010 r., kiedy to z przejęciem przekonywała nas o wielkim zaangażowaniu Rosjan, o „przekopywaniu na metr” terenu katastrofy smoleńskiej... Skoro wtedy mijała się z prawdą, to czy można mieć zaufanie do jakichkolwiek jej obecnych deklaracji? Naprawdę trudno było pominąć tę wątpliwość.

– Czy ocena exposé premiera to trudne zadanie?

– To wcale nie było trudne. Przynajmniej w tym przypadku. Wystarczyło tyko uwypuklić to, co było w nim najbardziej nieprawdziwe, odbiegające od rzeczywistości. A poruszane problemy nie były mi tak obce, jak obce wydawały się samej pani premier...

– Na jakiej podstawie Pani tak sądzi?

– Takie wrażenie odniosłam, patrząc, w jaki sposób pani premier odczytywała tekst. Zresztą już sama jego konstrukcja – skakanie po problemach i poziomach ogólności – wskazywała na to, że nie było to dzieło autorskie. Nie było w tym naturalności wytrawnego polityka, który wie, co chce zrobić, jakie ma ideały. Pani premier zachowywała się jak dziecko we mgle...

– A może raczej – jak kobieta...?

– Od momentu desygnowania pani premier pojawiają się zarzuty, że nie można jej dotykać, ponieważ jest bardzo wrażliwą, łatwo załamującą się kobietą. W moim odczuciu takie cechy dyskwalifikują ją jako premiera. I jako polityka. To eksponowanie kobiecości było nie tylko wstępnym potknięciem samej pani premier, ale i dość niefortunną próbą ocieplania jej wizerunku przez kolegów partyjnych.

– Wielce niefortunne było też stwierdzenie rzecznika prasowego Pani partii, że dyshonorem dla prezesa partii opozycyjnej byłoby polemizowanie z panią premier jako osobą stojącą intelektualnie o kilka pięter niżej... To nie było chyba miłe także dla Pani?

– Na pewno było to niezręczne, natomiast mnie osobiście nie dotknęło aż tak, jakby mogło się komuś wydawać. Uważam, że w polityce nie ma miejsca na jakiekolwiek fochy i obrażanie się. Polityk musi mieć grubą skórę, bez względu na to, czy jest mężczyzną, czy kobietą. Uznałam, że ta wypowiedź pana Hofmana była dość niefortunna – pracuję dalej, nie mam żadnych pretensji.

– Ani kompleksów, że jest Pani o tych kilka pięter niżej niż pan prezes?

– Kompleksów nie mam. A że jestem o kilka pięter niżej, to oczywista oczywistość!

– Czym dla Pani jest polityka?

– Na pewno nie jest czystą teorią albo jakąś salonową grą. Jest byciem z ludźmi przez cały czas, byciem w rytmie zdarzeń, byciem tu, na ziemi.

– Każdy polityk deklaruje bycie z ludźmi, czasami je nawet praktykuje. Pani premier niedawno zakupiła jabłka na bazarze w jednym z wielkopolskich miasteczek...

– Bycie z ludźmi w czasie kampanii wyborczej to żadna sztuka; pani premier po prostu w ten sposób uczestniczy w kampanii wyborczej swej partii. Takie gesty jednak nie wystarczą, zwłaszcza gdy jest się premierem. Naprawdę liczy się codzienne słuchanie tego, co ludzie mają do powiedzenia, ale też mówienie do nich ludzkim językiem – jasne tłumaczenie, wyjaśnianie zawiłych problemów. Nie wiem, czy pani premier sobie z tym poradzi, bo przecież chyba nigdy wcześniej tego nie robiła.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama