Ty tu urządzisz, Boże

Przewodnik Katolicki 7/2015

Wszystko musi zacząć się od spotkania z Bogiem. Póki sobie nie uświadomię, kim tak naprawdę jest Bóg i kim jestem ja oraz co to znaczy, że nawracam się do Boga – że zwracam się do Niego, że chcę być Jemu wierny – to sakrament pokuty będzie zawsze wisiał w powietrzu.

 

Słyszy czasami Ojciec w konfesjonale jeszcze nowe grzechy?

– Nie sądzę, żeby mogły istnieć nowe grzechy, to zawsze jest odejście od miłości Boga i bliźniego. Zmieniają się tylko warianty, otoczka i detale, sedno samego złego uczynku pozostaje jednak bez zmiany.

„Kusi” mnie, żeby zapytać o pokusę jako źródło grzechu.

– Przede wszystkim praźródłem grzechu jest zły duch. Musimy tę obecność Szatana przyjąć. Owszem, ona bywała ostatnio przeakcentowywana – bo przecież nie chodzi o to, żeby widzieć zasadzki złego ducha za każdym rogiem ulicy – ale on działa i istnieje. I to jest to pierwsze zło personalne, które nas kusi, które z zawiści o nasze zbawienie, nasze szczęście z Bogiem, działa przeciwko nam. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę. A po drugie, musimy sobie uświadomić skutek naszego grzechu i to jak bardzo jesteśmy słabi. Dlatego myślę, że chrześcijanin przede wszystkim musi mieć ten totalny realizm w ocenie samego siebie.

Realizm, czyli pesymizm?

– Na pewno inne podejście od takiego, które serwuje nam dzisiejsza kultura powtarzająca: „Jesteś świetny, jesteś mocny, dasz radę, pokonasz”. Tylko że potem jest „a kuku”, ponieważ nasze codzienne doświadczenie pokazuje zupełnie coś innego. Staję rano przed lustrem i mówię: „Popatrz, znowu zrobiłeś to samo, co 50 razy już robiłeś i 50 razy obiecywałeś sobie, że więcej nie zrobisz”.

To jest strasznie ściągające w dół.

– Owszem, ale tylko pod warunkiem, że zostanę z tym sam. Bo całe moje doświadczenie bycia z Chrystusem polega na tym, że odkrywam w Chrystusie, że Bóg mnie nie zostawił samego w moim grzechu. Mimo iż setki razy mówiłem: „Boże, wynoś się z mojego życia, nie chcę Cię już znać, będę rządził po swojemu”, to On mnie nie zostawia. Bóg przysyła mi Zbawiciela i mówi: Słuchaj, zaufasz Mu, a jesteś w stanie wyjść ze wszystkiego. Pamiętaj, ja Cię kocham”. I to jest centralne doświadczenie.

Lubię często odnosić się do tej bajki o baronie Münchausenie, który w pewnym momencie z błota sam siebie wyciąga za włosy. I my właśnie chcielibyśmy się z własnego grzechu sami wyciągnąć, ale na to jesteśmy za słabi, potrzebujemy kogoś, kto nas będzie podnosił.

Jesteśmy słabi, wiec tym bardziej wodzeni na pokuszenie.

– Pokusa to jest sytuacja okazji. Samo mierzenie się z pokusą nie jest jeszcze grzechem. Bardzo dobrze można to zrozumieć na przykładzie odchudzania albo niemożności jedzenia czegoś. Widzimy ciastko z kremem, ono jest dobre, smakowite, świetnie zrobione, dużo osób zajada je, ale głos wewnętrzny mówi jasno: „Nie mogę tego jeść, bo akurat mi to zaszkodzi”. Podobna prawidłowość występuje w pokusie –  często jest to sytuacja, która na początku wydaje mi się sympatyczna, miła, ale po pewnym czasie odkrywam, że prowadzi mnie do czegoś złego: odrywa od drugiego człowieka, od jedności z Bogiem, popycha do grzechu, który jest zniszczeniem czy też zamazaniem tego podobieństwa we mnie do Boga.  

Pokusa a próba od Boga. Można w ogóle mówić o takim rozgraniczeniu?

– Próba od Boga… Ja bym się bał tak mówić. Św. Jakub w pewnym momencie pisze: „Mówicie, że Bóg was kusi. Ale to wasze żądze wychodzą” (por. Jk 1). Tak więc to nie działa w ten sposób, że Bóg mnie kusi, gra ze mną, tresuje jak myszkę, strzela we mnie zdarzeniami jak prądem. Tego nie możemy tak rozumieć. Bóg chce naszego dobra, ale zgadza się na naszą wolność, na to, że sam mogę wybrać, nawet gdzieś tam się wywrócić, po to, bym zrozumiał, że potrzebuję Jego ręki. Bóg ciągle jest przy mnie, jeśli się ku Niemu zwrócę, to On jest na mnie zawsze otwarty. Bóg nie jest obrażalski, Bóg totalnie mnie akceptuje.

Mówiąc współczesnym językiem: „Stoi frontem do klienta”.

– Frontem to nawet mało, bo front zakłada pewien pozór, a Bóg jest całym sobą, jeżeli można tak powiedzieć. To nie jest wymuszony firmowy uśmiech, ani efekt prozaku, to jest Jego postawa totalnie mnie afirmująca. Bóg mnie chce. Myślę, że to jest jedno z największych przeżyć człowieka, kiedy już sobie to wreszcie uświadomi.

Bardzo trudno jest uwierzyć, że ktoś mnie tak całkowicie chce, bo wiem z doświadczenia, że nawet najbliżsi chcą mnie, ale pod pewnymi warunkami. Albo że dopiero gdy spełnię jakieś kryteria, ktoś mnie wpuści na salony. Nasze życie jest ciągle czymś uwarunkowane. I dlatego myślimy, że Bóg postępuje podobnie. A Bóg działa zupełnie inaczej.

W jaki sposób współczesny człowiek radzi sobie z rachunkiem sumienia? Potrafimy nadawać czynom właściwe fiszki z napisem „dobro” albo „zło”?

– Tu trzeba koniecznie zwrócić uwagę na dwie istotne kwestie. Po pierwsze, my swoje życie widzimy często bardzo statycznie. Trochę wpływa na to dzisiejsza kultura, która nam bardzo mocno ściska perspektywy czasowe, czyli stawia krótkie cele: mamy osiągnąć sukces, kupić coś, to jest na dziś, na jutro, na następny sezon itp. itd. Brakuje nam więc często takiego myślenia historycznego czy też historio-zbawczego o sobie, w dłuższej perspektywie czasu.

Czym grozi taki ścisk perspektywy?

– Dzisiejszy człowiek najczęściej nie potrafi myśleć o sobie w kategoriach innych niż „tu i teraz”: Teraz jestem nieszczęśliwy. Teraz ktoś mnie opuścił, zranił, oszukał. Zgoda, mogę to czuć, ale to nie jest jedyne, co mnie stanowi, bo w moim życiu było ileś tam momentów, kiedy doświadczałem czegoś zupełnie innego. Bardzo często właśnie takie zawężenie historii powoduje szkodliwą absolutyzację.

A druga kwestia?

– Zbyt duże zaufanie do siebie, które może być przeszkodą we właściwym rozeznawaniu sumienia. Wynika to po części z tego, że cała kultura wmawia mi dziś: „jesteś świetny”, „możesz wybierać”, „możesz zrobić to i tamto”. I ja w pewnym momencie wierząc w to, już „wiem jak ma być”. Odchodzi więc klasyczna formacja sumienia, czyli ciągłe konfrontowanie moich decyzji ze Słowem Bożym, z nauką Kościoła. W końcu „ja wiem wszystko”. A potem nagle pojawiają się sytuacje, w których mam dylemat albo uczę się decydować według kryteriów trzeciorzędnych: moich odczuć, uczuć czy też nastawień estetycznych. Mówiąc o sumieniu, lubię często używać metafory GPS-u. A w tej sytuacji to tak, jakbym używał GPS-u bez satelity. Nie da się nim wówczas posługiwać.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama