Edukacja seksualna czy wychowanie?

Wychowawca 9/2015

Czy możliwy jest kompromis pomiędzy zwolennikami „naukowej” edukacji seksualnej i poważnie traktującymi swoje obowiązki rodzicami oraz rozumiejącymi swoją odpowiedzialność za wychowanie nauczycielami? Problem polega na tym, że edukacja seksualna w takim wydaniu, jakie proponują jej zwolennicy, w rzeczywistości zachęca do używania życia, do używania siebie, do używania drugiego człowieka, czyli do konsumowania wrażeń związanych z zaspokajaniem potrzeb fizycznych i emocjonalnych. Dlatego nie można się łudzić, że uda się znaleźć kompromis pomiędzy taką edukacją seksualną i właściwie pojętym wychowaniem.

 

Refleksję na temat edukacji seksualnej i wychowania trzeba zacząć od uwag na temat języka. Bo słowa, których obecnie używamy w dyskursie publicznym, bardzo często przestają być zrozumiałe − te same słowa w ustach różnych ludzi mogą znaczyć co innego, mogą też nie znaczyć nic. Niemało ludzi w ogóle nie zdaje sobie sprawy, do jakiego stopnia niejednoznaczny stał się język, którym się posługujemy. W szczególny sposób dotyczy to także debaty o edukacji seksualnej.

W języku polskim termin „seks” odnosi się do określonych, biologicznie zdeterminowanych zachowań. Przymiotnik „seksualny” w połączeniu z innymi słowami nawiązuje wprost do aktywności płciowej, tak jak w sformułowaniach „życie seksualne”, „potrzeby seksualne”, itp. Termin „wychowanie seksualne” pochodzi od angielskiego sex education, ale sex po angielsku nie oznacza tego samego, co polski „seks”. W języku angielskim oznacza przede wszystkim „płeć”. Bardziej właściwym tłumaczeniem terminu sex education byłoby więc „wychowanie płciowe”, a jeszcze bardziej precyzyjnie „wychowanie w zakresie ról związanych z płcią”.  To samo można wyrazić za pomocą terminów: „wychowanie do kobiecości”, „wychowanie do męskości”. Dotyczący w dużej części tych zagadnień przedmiot szkolny nosi obecnie nazwę „Wychowanie do życia w rodzinie”.

W przestrzeni publicznej od dawna funkcjonuje jednak termin „edukacja seksualna”. Początkowo termin ten oznaczał popularnonaukowe „uświadamianie” młodzieży, przede wszystkim w aspekcie możliwości zapobiegania ciąży i chorobom wenerycznym. Stopniowo w proponowanych programach edukacji seksualnej informacja o antykoncepcji i „seksie”, w tym również o „seksie inaczej”, została bardziej rozbudowana. Do tego doszła problematyka profilaktyki AIDS i zagadnienie osobliwie rozumianej tolerancji dla wszelkiego rodzaju odmienności. Obecnie coraz większy wpływ na proponowane w ramach edukacji seksualnej treści ma ideologia gender. Według niej tradycyjne wzorce tożsamości płciowej (kobiecości, męskości) wcale nie wynikają z uwarunkowań biologicznych, ale są narzucane dziecku w toku wychowania (socjalizacji). Dlatego zwolennicy gender wywierają presję, aby w wychowaniu nie „utrwalać stereotypowych ról” związanych z płcią, a w systemie prawnym zagwarantować możność wybierania sobie płci przez dziecko. Dąży się też do tego, aby zagadnienia związane z tak pojętą edukacją seksualną wprowadzać do programów edukacyjnych już dla małych dzieci.

Informacje przekazywane w ramach takiej edukacji seksualnej nie są związane z żadnym programem wychowania, co więcej − z wychowawczego punktu widzenia są raczej dezinformacją. Edukacja seksualna przyjmuje bowiem rzekomo neutralną „opcję naukową”, a zatem przedstawia zjawiska obserwowane w sferze aktywności seksualnej, bez względu na to, czy są to zachowania właściwe, czy niewłaściwe, zdrowe czy chore, moralnie i społecznie osadzone na dobrym fundamencie czy wprost przeciwnie, wyrwane ze swojego naturalnego kontekstu. Jeżeli tak się rozumie edukację seksualną, to w samej nazwie „edukacja seksualna” zawarty jest pewien fałsz. Bo jeśli mówimy o edukacji poważnie, to zawsze chodzi o wychowanie człowieka, czyli o prowadzenie młodych ludzi ku dojrzałości. Edukacja seksualna, którą dziś lansuje się jako alternatywę dla prowadzonego obecnie w szkole przedmiotu, nie jest wychowaniem, bo nie prowadzi ku dojrzałemu człowieczeństwu. Tego rodzaju edukacja seksualna może być instruktażem, szkoleniem, może być popularnonaukową pogadanką informacyjną, ale nie jest edukacją w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Spór o edukację seksualną nie jest izolowanym fenomenem współczesnej kultury. Jest częścią wielkiej batalii o rozumienie człowieka; tej samej batalii, która ujawnia się w sporze o eutanazję, aborcję, in vitro, oraz w wielu innych okolicznościach. To, co się nam proponuje jako edukację seksualną, wynika z pewnej wizji człowieka, która jest nie do zaakceptowania, i to nie tylko dla ludzi wierzących. Taka edukacja seksualna pomija całą związaną z ludzką płciowością funkcję więziotwórczą i rodzicielską a poprzez dobór i sposób przekazywania informacji prowokuje do tego, aby młody człowiek traktował swoją seksualność, jako jednej ze sfer ekscytujących przyjemnych doznań. Ukryty w treściach takiej edukacji seksualnej przekaz jest jasny – młody odbiorca dowiaduje się, że zasadą ludzkiego życia jest permanentna eksploatacja otaczającego świata oraz eksploatacja samego siebie. Podstawą takiego myślenia jest przekonanie, że człowiek powinien dążyć do „samorealizacji”, rozumianej jako zaspokajanie wszelkiego rodzaju potrzeb fizycznych i emocjonalnych oraz swoich aspiracji różnego rodzaju. Jest to wizja człowieka, który żyje po to, żeby jak najwięcej rzeczy i doznań „skonsumować”. Jest to więc wizja proponująca człowiekowi wieczne trwanie w infantylnej młodzieńczości. Odnosi się to także do sfery seksualnej, w której człowiek ma rzekomo prawo wciąż szukać nowych wrażeń, byle robić to „z przyzwoleniem” drugiej osoby − musi tylko uważać, żeby się nie zarazić AIDS (inne choroby weneryczne akcentuje się dziś znacznie słabiej).

Czy możliwy jest kompromis pomiędzy zwolennikami „naukowej” edukacji seksualnej i poważnie traktującymi swoje obowiązki rodzicami oraz rozumiejącymi swoją odpowiedzialność za wychowanie nauczycielami? Problem polega na tym, że edukacja seksualna w takim wydaniu, jakie proponują jej zwolennicy, w rzeczywistości zachęca do używania życia, do używania siebie, do używania drugiego człowieka, czyli do konsumowania wrażeń związanych z zaspokajaniem potrzeb fizycznych i emocjonalnych. Dlatego nie można się łudzić, że uda się znaleźć kompromis pomiędzy taką edukacją seksualną i właściwie pojętym wychowaniem. Tu kompromis jest niemożliwy, bo nie można pogodzić w jednym programie edukacyjnym koncepcji życia, jako służby w duchu odpowiedzialności za drugiego człowieka i za dobro wspólne, z koncepcją życia jako pogoni za doznawaniem wrażeń. To są koncepcje przeciwstawne. W tytule artykułu postawione jest pytanie – edukacja seksualna czy wychowanie? Nie powinno być wątpliwości, że w szkole chodzi o wychowanie w aspekcie płci, a nie o tzw. edukację seksualną. Warto zauważyć, że prowadzony w szkole przedmiot „wychowanie do życia w rodzinie”, realizowany właśnie jako „wychowanie”, raczej nie budzi sprzeciwu w społeczeństwie

Młodzi ludzie powinni odkrywać istotę, naturę i tajemnicę swojej płciowości, między innymi także poprzez zorganizowany proces edukacyjny, ponieważ młodym ludziom niewątpliwie potrzebne są wiarygodne informacje na temat ludzkiej płci. Najważniejsze jest jednak wychowanie − kształtowanie dojrzałego człowieka, który jest w stanie władać swoim ciałem i przyjmować za siebie odpowiedzialność. Wiadomo przecież, że jeżeli człowiek nie może opanować seksualnych pobudzeń, to staje się zagrożeniem i dla siebie i dla otoczenia. Dlatego właściwie pojęte wychowanie w aspekcie płci powinno stawiać przed młodymi ludźmi doniosłe zadanie osiągnięcia zdolności panowania nad sobą. W sferze płciowości ludzie przeżywają różne trudności nie tylko w okresie dojrzewania i po osiągnięciu dorosłości, ale także w schyłkowym okresie życia, (o czym się mniej mówi). Dlatego kwestia wychowania do odpowiedzialności za siebie w tej dziedzinie ma tak ogromne znaczenie.

Cała rzecz polega na tym, abyśmy umieli bez kompleksów myśleć o tej problematyce i sensownie towarzyszyć naszym dzieciom w ich wzrastaniu. Towarzyszyć tak, żeby dzięki nam młodzi ludzie dowiedzieli się, że naturalnym przeznaczeniem i równocześnie zadaniem każdego chłopca jest stać się dojrzałym mężczyzną (a nie wiecznym osiemnastolatkiem), natomiast zadaniem każdej dziewczyny jest stać się kobietą. W tej perspektywie młodzi ludzie łatwo się odnajdują i można rozmawiać z nimi naprawdę na każdy temat. Trzeba zatem rozmawiać o kobiecości i męskości, które mają także swój wymiar czysto fizyczny i fizjologiczny. Trzeba w tych rozmowach ukazywać, że podobnie jak w innych sferach, w dziedzinie płci możliwy jest naturalny porządek, ale że wiele można popsuć przez lekkomyślność, brak odpowiedzialności i zwykłą głupotę. Wbrew pozorom, młodzi ludzie bardzo chcą to usłyszeć.

dr Stanisław Sławiński – ceniony pedagog i autor wielu opracowań, referatów i książek nt. wychowania. Prowadzi wykłady i warsztaty dla nauczycieli, wychowawców i rodziców. W latach 2006-2007 podsekretarz stanu w MEN. Obecnie pracownik Instytutu Badań Edukacyjnych.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...