Hiobowe wieści

Wstań wrzesień-październik 2015

Po raz kolejny wśród moich bliskich padło słowo „rak”. Tym razem jednak jest to złośliwy nowotwór z przerzutami. Trzy lata temu moja siostra miała początkowe stadium nowotworu, a po roku przed tym samym wyzwaniem stanęła moja kuzynka. Obydwie obecnie pozostają pod kontrolą lekarską, ale dzięki Bogu jest z nimi dobrze. Jak sobie radzić z takimi hiobowymi wieściami?

 

Trzy miesiące temu sama miałam biopsję i usuwanego guzka z piersi. Tam na szczęście nie było komórek rakowych. A teraz kolejna osoba jest chora – żona kuzyna. Zadzwoniła moja siostra i powiedziała mi: „Módl się za Basię. Ja wyjeżdżam do Włoch, ty zostajesz i musisz ją wesprzeć. Basia właśnie dowiedziała się, że ma nowotwór z przerzutami i operacja będzie natychmiastowa, już w poniedziałek. Okazało się, że we krwi ma komórki rakowe”. „To bardzo źle” – pomyślałam. Wiedziałam, co to znaczy – 15 lat temu moja przyjaciółka zmarła na raka, z którym walczyła dwa lata. Wróciły wspomnienia, jak wielki strach i lęk towarzyszyły mi w tym czasie, jak trudno było mi trwać z nią w cierpieniu i chorobie. A teraz? Co ja mogę zrobić? Co jej powiedzieć?

W krainie bezradności

Nawet nie wiedziałam, jak zacząć. Bałam się, czy jej nie urażę jakimś słowem. Tak naprawdę cóż znaczą moje słowa? Jak mogę jej pomóc? Musiałam przecież zadzwonić, zapytać, jak się czuje. Czułam lęk nawet przed rozmową. Zadzwoniłam do znajomych i różnych wspólnot z prośbą o modlitwę w jej intencji. Przez dwa dni próbowałam się dodzwonić na telefon stacjonarny do Basi, bo nie miałam numeru komórkowego. W końcu odebrał jej syn i dał mi do niej numer. Skontaktowałam się jednak najpierw ze Zbyszkiem – jej mężem. Usłyszałam, że Basia jest już w szpitalu i że jutro będzie operacja. Rodzina Basi mieszka ok 100 km od Krakowa, a operacja miała być właśnie w Krakowie, więc potrzebowała wsparcia na miejscu. Zadzwoniłam do niej, ale akurat mieli robić jej badania, więc rozmowa trwała tylko kilka minut. Na drugi dzień po operacji zadzwoniłam do Zbyszka. Kiedy opowiadał, co usunęli i jak bardzo rozległe są przerzuty, i że później czeka ją chemia, ogarnął mnie lęk. To naprawdę bardzo poważny stan. Poczułam się całkowicie bezsilna. Cóż mogę zrobić w takiej sytuacji? Być przy niej, ale czy potrafię? Zadzwoniłam do Basi następnego dnia. Odebrała jeszcze bardzo słaba. Zapytałam tylko, czy czegoś nie potrzebuję i że do niej jutro przyjdę. Rozmowa trwała krótko. Modliłam się za nią, prosząc Boga: „Panie Boże, ona ma 5 synów, najmłodszy ma 4 latka – powinna żyć”. Poprosiłam wszystkich, aby kontynuowali modlitwę.

Odwagi!

Odwiedziłam ją w szpitalu i pomogłam jej przebrać się i umyć. Przecież w najprostszych rzeczach wyraża się miłość! Wysłuchałam, starałam się rozmawiać o wszystkim, byle nie o chorobie. Wewnętrznie czułam jednak, że to, co robię, to jest nic, te drobne gesty przecież są niczym wobec informacji o chorobie, która potrafi w szybkim tempie odebrać życie. Co mogę zrobić, by dać jej nadzieję? W jaki sposób wesprzeć ją w tej chorobie, w cierpieniu? Czy ja to potrafię? Kiedy w piątek zadzwoniła z płaczem i powiedziała, że lekarz prowadzący stwierdził, że teraz to tylko modlitwa o cud może pomóc, zabrakło mi słów. Nie umiałam jej nic powiedzieć, wszystkie słowa wydawały mi się banalne, puste, nic nie znaczące. Z płaczem prosiła mnie, abyśmy ja i moja wspólnota modlili się za nią. To był dla mnie czas totalnej bezradności i smutku. Czułam, że tylko w Bogu nadzieja. Pojechałam na weekend na rekolekcje, tam poprosiłam kapłana o Mszę w jej intencji, o cud uzdrowienia. W czasie tej Mszy poczułam spokój i nadzieję.

Pożegnanie… beznadziei

Czekało mnie kolejne wyzwanie – tak to nazwałam. Ponieważ jechałam do rodziców na weekend, a Basia właśnie tam mieszka, w szpitalu obiecałam, że ją odwiedzę. Dowiedziałam się od rodziny, że już żegna się ze wszystkimi i prosi siostry, by szukały żony dla jej męża, żeby miał kto zająć się jej dziećmi. Przeraziło mnie to! Co ja w takiej sytuacji mogę zrobić? Basia bardzo się ucieszyła, że przyszłam. Jej fizyczny stan był coraz lepszy, ale w oczach widać było wielki smutek. Tym razem znów rozmawiałyśmy o jej dzieciach i mężu, o których bardzo się martwiła i cieszyłam się w duchu, że nie musimy rozmawiać o chorobie. Powiedziała mi na pożegnanie, znów ze łzami, abym modliła się dalej, bo tego potrzebuje i czuje we mnie oparcie.

Teraz czeka ją chemia i powtórna operacja. Wiem, że będę trwać przy niej i Bóg da mi siłę, aby ją wspierać tak jak umiem, i pomimo mojej bezsilności próbować dać jej nadzieję. Przecież znam wiele osób, które były w podobnym albo gorszym stanie i są zdrowe. W Bogu nasza nadzieja. Warto walczyć o człowieka do końca!

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

TAGI| NOWOTWÓR

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama