Wojna i pojednanie

Czasami człowiek toczy wojnę z samym sobą. Wtedy zawsze przegrywa. Jego organizm nie wytrzymuje napięcia, stresu i reaguje bólem, depresją, zawałem serca. Dlatego każdy, kto taką wojnę toczy, wezwany jest do wejścia na drogę pojednania z samym sobą. Niedziela, 16 marca 2008



Trzydziestoletni prawnik, nazwijmy go Tomasz, cierpiał na dotkliwe bóle głowy i żołądka. Wykryto u niego wrzody żołądka. Łączyło się to z ogólnym stanem napięcia i sztywności, który wyrażał się m.in. w jego sposobie chodzenia i ubierania się. Tomasz całą siłą woli ignorował te cierpienia, tłumił lęk i niepokój, którego doznawał od początku świadomego życia. Od dziecka cierpiał z powodu skrupułów w dziedzinie obyczajów. Matka wychowywała go bardzo surowo, nie okazywała miłości, za to wymagała absolutnego posłuszeństwa i idealnej czystości. Tomasz do dziś pamięta, jak mając 5 lat nie mógł nigdzie usiąść na dworze z lęku, że pobrudzi sobie czyste spodenki.

– Nauczyłem się bać Boga i drżeć przed grzechem i piekłem, co, jak sądzę, wywarło głęboki wpływ na moją równowagę emocjonalną. Bardzo żywo przypominam sobie, jakie przerażenie ogarnęło mnie, gdy mając dziewięć lat, zostałem wezwany przez księdza, aby wytłumaczyć się z nieumyślnego złamania postu i niegodnego przyjęcia Komunii św., chociaż zrobiłem to w dobrej wierze – wspomina Tomasz.



Właściwa diagnoza


Jego największym poczuciem winy były sprawy seksualne. Wiązały się z lękiem i niepokojem. W 17. roku życia zaczął się regularnie onanizować, czemu także towarzyszył intensywny lęk. Nic z tym problemem nie zrobił, a lęk postanowił zwalczyć siłą woli, stłumić do podświadomości. Już w liceum zaczęły się pierwsze ataki migreny, gwałtowne i obezwładniające. Lęk i niepokój męczyły go także na studiach. Zintensyfikował wysiłek, aby jeszcze bardziej kontrolować samego siebie, dochodząc wręcz do faryzejskiej doskonałości w przestrzeganiu narzuconych sobie reguł i kontrolowaniu samego siebie. – Im gorliwiej walczyłem, tym bardziej wzrastało napięcie – opowiada Tomasz. – Przystępowanie do sakramentów stało się torturą.

W końcu Tomasz przypadkowo usłyszał wykład jakiegoś psychologa, który opisał objawy podobne do jego. I postawił diagnozę, że jest to nerwica obsesyjno-kompulsywna. I że można ją wyleczyć. Trzeba jednak udać się do psychiatry, gdzie w końcu Tomasz trafił. Tak to wspomina: – Pierwszej wizyty u lekarza oczekiwałem z lękiem. Dała mi ona głęboką satysfakcję i spowodowała, że zacząłem odczuwać naglącą potrzebę następnych spotkań. W ciągu pierwszego roku terapii niecierpliwie oczekiwałem kolejnych wizyt i zdawałem sobie sprawę ze swej całkowitej zależności od terapeuty. Moje zaufanie do niego przerodziło się w podziw, czułem, że ten człowiek przywraca mi zdrowie. Jego własna dojrzałość i miłość życia sprawiły, że chciałem być taki jak on. Stopniowo poczucie uzależnienia zmalało, tak że byłem w stanie zwiększać odstępy między wizytami. Obecnie, gdy odzyskałem już zdrowie i spokój, doznaję poczucia niezależności i wolności. Potrafię podejmować naprawdę własne decyzje. Nie odczuwam już nieznośnego nacisku emocji. Życie jest pełne, bogate i radosne. Aż trudno mi przekazać innym całą radość i szczęście, jakie stały się teraz rzeczywiście częścią mojego życia. Wewnętrzny konflikt znikł i dopiero teraz żyję naprawdę.
Tomasz przestał bać się Boga. Krok po kroku nauczył się rozumieć i doznawać rzeczywistej dobroci i miłości Bożej. Przestała go też boleć głowa i żołądek.



«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama