Opowieść o cudzie

Opowieść o cudzie tylko wtedy ma sens, gdy pomoże drugiemu człowiekowi. W czym? By uwierzył Bogu, sile modlitwy, nadziei, która zawieść nie może Niedziela, 15 lutego 2009



Starali się zrobić wszystko, co po ludzku zrobić można. Dotarli do najlepszych specjalistów, poświęcili czas, energię i pieniądze walce o ocalenie syna. To jednak dopiero część ich historii. Druga, ta trudniejsza – to zaufanie Bogu i Jego wyrokom. Zaufanie modlitwie. Mieć nadzieję wbrew temu, co mówią lekarze i medycyna. Wbrew temu, co widzą na własne oczy... A jednak wierzą, że to nie koniec. Wiara daje siłę im i ich choremu synowi. Przetrwali próbę i doznali łaski ocalenia. Cudu nowego życia. Urszula, mama Michała, mówi: – Urodziłam Michała drugi raz...

10 metrów w dół

W sierpniu 2008 r. Michał, student IV roku prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, spadł z dachu domu w rodzinnym mieście. Do dziś nie wiadomo dokładnie, jak to się stało. Runął głową w dół. Jakieś 10-15 metrów, wprost na kostkę brukową chodnika. Upadek Michała na szczęście widział przyjaciel. Wezwał pomoc. Godzinę później chłopak leżał już na stole operacyjnym w częstochowskim szpitalu na Parkitce.

Na korytarzu czekali oniemiali z bólu rodzice i siostry.

– Pamiętam, że podeszła do nas lekarka – wspomina mama Michała. – Miała zmęczoną twarz i beznamiętny głos. Powiedziała tylko: – Z tego się nie wychodzi... Zrobiliśmy wszystko... Módlcie się.

Lekarze usunęli zmiażdżoną śledzionę, pozszywali popękane oba płuca i wątrobę. Najgorsze okazały się uszkodzenia głowy: złamana podstawa czaszki, pogruchotana twarz. Chłopak stracił prawie całą krew.

– Z medycznego punktu widzenia nie ma szans – mówiła lekarka. – Chcecie go jeszcze zobaczyć?...
Zabrzmiało to jak: – Chcecie się pożegnać?...

Drogi modlitwy

Szpital na Parkitce dzieli od Jasnej Góry kilka kilometrów. Wokoło sierpniowy radosny tłum pielgrzymów. Dla nich – chłód posadzki, żarliwość modlitwy. – Uratuj go...
Pobrzmiewają im w uszach głosy lekarzy: – To kwestia godzin...
Znów Jasna Góra. Chłód posadzki, szept modlitwy, płacz.

Przetrwał 24 godziny.

Lekarze: – Decydujące są następne trzy doby, ale proszę nie mieć wielkich nadziei.
Jasna Góra, modlitwa, płacz.
Siostra Magda prosi przyjaciół: – Jeśli umiecie się modlić...
Wieść o tragedii rozchodzi się szybko. – Co możemy zrobić? – pytają kolejni ludzie.
– Módlcie się...

Życie liczone na minuty

Michała wprowadzono w stan śpiączki farmakologicznej. Mózg jest tak opuchnięty, że w każdej chwili może zajść konieczność zdjęcia płyty czaszki. Przy temperaturze prawie 40 stopni występują tzw. poty zlewne. Pielęgniarki co godzinę zmieniają mokrą pościel.

Walka o każdą minutę życia, każdy oddech. Mijają dni.

– Próby wybudzania nie przynoszą efektów. Im dłużej trwa śpiączka, tym gorzej. A w człowieku budzi się nadzieja, że skoro Michał przetrwał tyle, to może jednak Bóg zostawi go wśród żywych – opowiada Urszula.

Basia, przyjaciółka rodziny, organizuje modlitewne pospolite ruszenie. Porusza niebo i ziemię. Dzwoni do znajomych, do zaprzyjaźnionych księży, klasztorów, nawet tych w Belgii i na Ukrainie, do sanktuarium w Licheniu, w Leśniowie, na Jasną Górę.

Zaczyna pleść linę, która wyciągnie Michała „stamtąd”.

Modlą się mama Urszula i ojciec Krzysztof, modlą się Ola i Magda – siostra, dziadkowie, przyjaciele, znajomi i nieznajomi. Modlą się współpracownicy Urszuli. Inna przyjaciółka, Jadwiga, żarliwie zapewnia o wielkiej sile modlitwy przy grobie Jana Pawła II, więc Ula nieustannie przyzywa jego pomocy, pisze do San Giovanni Rotondo.



«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama