Reforma – czyli pomieszanie z poplątaniem

Od początku ustrojowej transformacji nie mamy szczęścia do reform. Fatalnie wdrażano reformę zdrowotną i emerytalną. Teraz trzęsienie ziemi przeżywa oświata. Problem w tym, że jej ofiarami stały się najmłodsze dzieci: sześcio- i siedmiolatki. Niedziela, 4 października 2009



Reforma, której od początku towarzyszyły znaki zapytania, kontestacje intelektualistów i zorganizowany opór rodziców, jest źle przygotowana, wprowadzana na siłę i za szybko. Do wielu nieprzygotowanych podstawówek wysyła się do „zerówek” lub pierwszych klas sześciolatki, którym nie zapewniono odpowiedniego bezpieczeństwa i warunków do zdobywania wiedzy. Rok szkolny dopiero się rozpoczął, ale to, co się w wielu szkołach dzieje – zdaniem rodziców – woła o pomstę do nieba.

Zadowolona jest chyba jedynie kierująca Ministerstwem Edukacji Narodowej Katarzyna Hall, bo już jej zastępca od przygotowania podstawy programowej prof. Zbigniew Marciniak w lipcu podał się do dymisji. Swoją rezygnację oficjalnie tłumaczył faktem, że wykonał już wszystkie powierzone zadania, ale dziennikarze zajmujący się oświatą i politycy opozycji mocno w to wątpią. – Podstawę programową po prostu sknocił – dodają. Nie wiadomo, czy sknocił, ulegając naciskom głównodowodzącej minister, czy wierny własnym pomysłom, ale ta kwestia rodziców nie obchodzi.

Sześciolatki – kozły ofiarne

Dla sześciolatków miał być w szkołach raj. Dla bezpieczeństwa – osobne wejścia, dostosowane do ich niższego wzrostu toalety, a w pomieszczeniach klasowych – kąciki do zabawy. Zapewniano, że do września szkoły na sto procent zdążą się przygotować na przyjęcie maluchów.

Urzędnicy MEN pozostali głusi na apel Związku Gmin Wiejskich, którego sygnatariusze bili na alarm, że gminy nie będą miały środków, by stworzyć najmłodszym uczniom warunki do ich przyjęcia. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że sytuację gmin pogorszyło oddanie przez MEN do budżetu państwa z powodu kryzysu 300 mln zł i pozostawienie na sfinansowanie dostosowania szkół dla najmłodszych tylko… 40 mln, skalę problemów można sobie wyobrazić.

Rodzice nie posłuchali namów i uspokajających zapewnień min. Hall, by posłać do szkół sześciolatki. Według wstępnych szacunków (dokładne dane będą w październiku), do szkół trafiło zaledwie 3-5 proc. sześciolatków i nie ma im czego zazdrościć.

Problemów jest sporo. Pod koniec ubiegłego roku szkolnego, w okolicach maja i czerwca, zaczęto usuwać sześciolatki z przedszkoli i na siłę lokować „zerówki” w szkołach, by w przedszkolach zwolnić miejsca dla pięciolatków, które – według nowego programu – mają być już od 2011 r. objęte obowiązkowym wychowaniem przedszkolnym, ale już od tego roku wszystkim pięcioletnim dzieciom, których rodzice będą tego chcieli, samorządy muszą zapewnić miejsce.

Rugowanie z przedszkoli sześciolatków odbywało się np. w Warszawie, gdzie w tym roku nie wybudowano żadnego przedszkola, dlatego jedynym rozwiązaniem dla samorządu była decyzja o ulokowaniu części sześciolatków w szkolnych budynkach. Zbuntowani rodzice protestowali pod warszawskim ratuszem – bezskutecznie.





«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama