Jaka jest temperatura ognia piekielnego?

Jakiś czas temu pewien znany, dziś już nieżyjący, niemiecki egzegeta zapytał mnie z chochlikiem w oczach, czy dogmatycy w końcu ustalili, w jakiej tonacji – dur czy moll – zadmą trąby w dzień Sądu Ostatecznego. W drodze, 11/2009



Dzisiejsza krytyczna świadomość zaczęła podawać w wątpliwość tradycyjną naukę o „rzeczach ostatecznych” w formie prezentowanej od czasów średniowiecznej scholastyki jako kompleksowy traktat. Wypowiedzi dotyczące ostatniej przyszłości przedstawiane są w nim jako informacje objawione przez Boga na temat końca indywidualnego życia i powszechnej historii świata, nie tylko poza Kościołem, lecz także w obrębie samej teologii. Egzegeza historyczno-krytyczna i pogłębiona refleksja metodologiczna pokazały, że w przeszłości wielokrotnie całkowicie błędnie interpretowano obrazowy język Pisma Świętego i Tradycji Kościoła.

Próbowano z szyfrów i symboli, a nawet czasami ze strzępków obrazowych wskazówek wyciągnąć informacje na temat czasów ostatecznych, po czym zestawiano je z innymi strzępkami i w ten sposób powstawało wrażenie, że Pismo i Tradycja zawierają przepowiednię nadchodzącej przyszłości objawioną niczym przez jasnowidza. Jeszcze wcale nie tak dawno w katechizmach, książkach na temat wiary i kompendiach dogmatycznych w rozdziale o „rzeczach ostatecznych” aluzyjne wypowiedzi Pisma zestawiano z sobą niczym puzzle, kreując kompleksową scenerię końca, w efekcie czego powstawał wielki zwarty opis zbliżającego się dramatu czasów ostatecznych i końca świata. Na podstawie obrazów i symboli tworzono w ten sposób urzeczowiony obraz przyszłości, który krytycznego człowieka raczej razi i odrzuca, niż miałby go przekonywać i trafiać mu do serca, jak przecież przystawałoby Radosnej Nowinie.

W dziedzinie eschatologii bardzo teologicznie nagrzeszono i grzeszy się częściowo nadal. Żaden inny temat teologiczny nie wywoła tak szybko efektu komicznego jak referat o treściach i metodach tradycyjnej nauki wiary o „rzeczach ostatecznych”. Jakiś czas temu pewien znany, dziś już nieżyjący, niemiecki egzegeta zapytał mnie z chochlikiem w oczach, czy dogmatycy w końcu ustalili, w jakiej tonacji – dur czy moll – zadmą trąby w dzień Sądu Ostatecznego? Takie pytania stawiano kiedyś całkiem serio! (Odpowiedź znanego dogmatyka niemieckiego, którą mi przesłał listownie, nie była tak poważna. Napisał: „Oczywiście, że w es-moll! Górą Bruckner!”). Kiedy pozwoliłem sobie wtedy na trochę niechętną pod adresem owego kolegi od egzegezy uwagę, że dawno już minął czas takich teologicznych urojeń, przypomniał mi kilka podręczników i książek o wierze, wcale nie tak starych, używanych po części dziś jeszcze, gdzie całkiem serio omawia się wprawdzie nie tę, ale podobne, równie absurdalne kwestie.

Jeszcze jedno, dwa pokolenia wstecz można było znaleźć książki, w których na serio z niezwykłą bystrością i wnikliwością umysłu zastanawiano się nad kolejnością wydarzeń w tak zwany dzień Sądu Ostatecznego. Pytano w nich na przykład, czy najpierw dojdzie do pożogi świata czy do zmartwychwstania umarłych i jak w porządku czasowym i merytorycznym będzie się miało do tego dęcie w trąby i ponowne przyjście Chrystusa na chmurach niebieskich. Takie rozważania pokazują wyraźnie, w jaki sposób błędnie zinterpretowano i uprzedmiotowiono obrazowe wypowiedzi, które przybrały formę quasi-reportażu z przyszłości na temat dnia Sądu Ostatecznego.

Pod koniec XIX wieku profesor dogmatyki z Münster Josef Bautz obliczył na podstawie aluzji biblijnych temperaturę ognia piekielnego. Mimo że od tego czasu minęło już ponad sto lat, nadal szereg teologów prezentuje tezę, że ogień piekielny nie jest symboliczny, że należy go rozumieć absolutnie realnie, tak samo realnie jak ożywienie ziemskich kości podczas powszechnego zmartwychwstania umarłych, kiedy to oddzielona dusza utworzy sobie z pozostałości ciała ziemskiego nowe ciało, ciało zmartwychwstałe, „nie pomijając »relikwii« starego ciała ziemskiego”.

Zdaniem tychże teologów, ciało zmartwychwstałe to „prawdziwe ciało ludzkie, pozostanie także różnica płci”. Takie i inne rozważania, podejmowane jeszcze nawet w przedostatnim wydaniu szacownego, ukazującego się od 1957 roku leksykonu teologicznego (Lexikon für Theologie und Kirche), i to przez ówczesnego profesora teologii Józefa Ratzingera (który tezy tej nigdy nie odwołał), pokazują wyraźnie, w jak błędnym kierunku poszły wypowiedzi dotyczące „spraw ostatecznych”, na skutek czego francuski teolog Yves Congar nie bez racji nazywał tradycyjną naukę o „rzeczach ostatecznych” „fizyką rzeczy ostatecznych”.

Takie przykłady ilustrują szczególnie wyraźnie nieporozumienia dotyczące tego rozdziału nauki wiary i każą z tym większym naciskiem pytać: Jaki jest faktyczny sens biblijnych i tradycyjnych wypowiedzi na temat „kwestii ostatecznych”?



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • stasiu
    09.12.2009 12:11
    Witam! mam pare pytan w związku z tym artykułem - może mi autor wyjaśni, skoro twierdzi, że zmartwychwstanie ciała w dniu ostatecznym to przenośnia, to czemu co niedziela w wyznaniu wiary uznajemy ten fakt? dlaczego ogień piekielny to przeniośnia, skoro sam Jezus o tym mówi wielu fragmentach ewangelii, a za nim powtarzają święci mistycy - choćby św. Faustyna Kowalska, to samo tyczy się sądu ostatecznego. Ja rozumiem, że człowiek trwający w komunii z Bogiem nie musi sie lękać, ale teolodzy negujący podstawowe dogmaty wiary sieją ferment wśród wierzących i odwodzą od wiary. Obyscie nie musieli się z tego tłumaczyc na sądzie ostatecznym
    pozdrawiam
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama