Parlamentarna eurołamigłówka

Wybory. Jakie wybory? Tak wedle badań socjologów wygląda reakcja większości z nas na pytanie o czerwcowe głosowanie nad kandydaturami do Parlamentu Europejskiego. Nie bardzo wiemy, że takie ciało istnieje, a jeśli już wiemy, to z wielkim trudem przychodzi nam zdefiniowanie, jakie są owego parlamentu zadania. Przewodnik Katolicki, 17 maja 2009



Jeden z przyjaciół kandydujący do Parlamentu Europejskiego pytał mnie o radę: „W jaki sposób mam powiedzieć wyborcom, po co kandyduję do PE”? Odpowiedziałem nieco złośliwie, że wyborcy i tak wiedzą po co – dla kasy, lepiej więc się skupić na wymyśleniu dobrego hasła i strategii wyborczej.
Przyglądając się procesowi wyłaniania kandydatur do parlamentu i kampanii wyborczej oraz medialnym komentarzom utwierdzam się jednak w przekonaniu, że ironia była jak najbardziej usprawiedliwiona.

Nasza klasa polityczna robi bardzo niewiele, by zaprzeczyć przypuszczeniom o merkantylnych motywach kandydowania swoich przedstawicieli. Przeciwnie, w gruncie rzeczy jedyną informacją, jaka przebija się przez szum informacyjny, jest właśnie komunikat o niebotycznie wysokich dochodach w Strasburgu i Brukseli.

Notabene jest to część „złotej legendy” o Unii. Bo coraz częściej dla studentów czy młodych absolwentów w Polsce horyzontem marzeń jest „załapanie się” do pracy w instytucjach unijnych. I założenie jest podobne jak w przypadku potocznej wiedzy o PE. Mało pracy, dużo pieniędzy i bardzo dużo działań pozornych.

Mariaż ochronki i hospicjum

Wiedza potoczna nie zawsze pokrywa się wszakże z faktami. Znaczenie Parlamentu Europejskiego nieustannie rośnie. I zapewne będzie wzrastało nadal, więc jakość polskiej reprezentacji i jej kompozycja zaczyna mieć znaczenie.

Do niedawna pokpiwano, że strasburska instytucja jest połączeniem hospicjum z przedszkolem. W dużych krajach starej Unii do PE kandydowali bowiem politycy zaczynający lub kończący swoją karierę.

Było całkiem oczywiste, że prawdziwa polityka rozgrywa się na poziomie narodowych parlamentów i rządów, więc do Strasburga szli ci, którzy chcieli odpocząć, ci, których starano się pozbyć z polityki krajowej oraz młodzież mająca ambicje polityczne związane z polityką europejską po to, by nawiązać konieczne znajomości i zdobyć przygotowanie przed walką o miejsce w polityce krajowej.

W praktyce nie zdarzało się, by w trakcie kadencji powoływano członków europarlamentu na stanowiska rządowe. Nie zdarzało się do czasu, gdy w Strasburgu znaleźli się delegaci nowych państw członkowskich. Bałtowie, Polacy, Węgrzy wystawili bowiem do europarlamentu zawodników wagi ciężkiej. Częściowo wynikało to z faktu, że politycy naszego regionu są niesłychanie prowincjonalni i niewykształceni.

A minimum wymagań wobec kandydata było jakie takie obycie w świecie i znajomość języków obcych. Aby je spełnić, partie musiały sięgnąć po polityków z górnej półki. Ci zaś mieli nieco inne ambicje niż ich koledzy z Zachodu. W Parlamencie zaczął się więc ruch spowodowany wnoszeniem przed komisje i w kuluary spraw naprawdę ważnych.

To zbiegło się ze wzrostem roli PE w polityce Unii. Generalnie wyrażano w krajach unijnych postulat „większej demokratyzacji instytucji wspólnotowych”. Ale było to takie rytualne zaklęcie pozbawione treści. Do czasu.

Po kolejnych traktatach definiujących UE jako jednolity byt polityczny i przesuwających coraz więcej kompetencji z rąk rządów narodowych do Brukseli okazało się, że Komisja Europejska, składająca się z komisarzy wyznaczanych przez rządy, i Rada Europejska, czyli szczyt przywódców państw, cierpią na deficyt mandatu demokratycznego. Jedynym ciałem spełniającym – jako tako – kryteria demokratycznego wyboru okazał się ów mariaż ochronki i hospicjum, czyli europarlament.



«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama