Co zrobić by utrzymać wyż?

Znaczny wzrost liczby urodzeń, który notujemy od 2008 r., to świetna wiadomość dla polskiej gospodarki. Dla młodych rodziców to jednak prócz radości także powód do stresu. Uzasadniony? Przewodnik Katolicki, 14 lutego 2010



Dane statystyczne Głównego Urzędu Statystycznego nie kłamią. Kiedy w 2003 r. zanotowano 351 tys. urodzeń – najmniej w powojennej Polsce, negatywny trend zaczął się na szczęście odwracać. Najbardziej zauważalnie w 2008 roku, kiedy to w naszym kraju urodziło się ponad 402 tys. młodych Polaków. Trend ten utrzymał się w zeszłym roku, według prognoz podobnie będzie i teraz (w obu latach po blisko 407 tys. urodzeń). Skąd ten wzrost? Rodziny zakładają i rodzić zaczynają kobiety z wyżu demograficznego, urodzone w latach 1980-84. Dlatego też w latach 2007-10 po raz pierwszy obserwujemy w miarę stabilny, ale co ważniejsze, dodatni przyrost naturalny (stosunek liczby urodzeń do zgonów), który wynosi 0,3 osoby na 1000 mieszkańców naszego kraju.

Porodówki pękają w szwach, kolejki do niektórych specjalistów dziecięcych się wydłużają, a w przedszkolach dla maluchów brakuje miejsc. Tymi opiniami bombardowani są potencjalni lub młodzi rodzice. A jak jest w rzeczywistości?

Szpitale gotowe na porodowy boom

Wzrost liczby porodów potwierdzają dane z poznańskiego Szpitala im. F. Raszei. Od roku 2004 do końca zeszłego liczba rocznych urodzeń w tym szpitalu wzrosła o blisko 34 proc. (z 1223 w roku 2004 do 1781 w roku ubiegłym). – Ten wzrost od paru lat jest faktycznie zauważalny, ale nie odsyłamy pacjentów. Jesteśmy wydolni – przekonuje Katarzyna Keja, oddziałowa na patologii ciąży poznańskiej placówki. – Wraz ze wzrostem liczby porodów jest też więcej patologii, ale ich udział zwiększył się proporcjonalnie do wzrostu porodów w ogóle – dodaje. W poznańskim szpitalu odbiera się codziennie od kilku do kilkunastu porodów.

Czy jego oddział położniczy jest przygotowany na jeszcze większy porodowy boom? – Już dziś mamy pełne zabezpieczenie w sprzęt, wyremontowany oddział, nowe łóżka porodowe, centralny monitoring kardiografii na bloku porodowym na patologii ciąży – zapewnia z kolei dr Ewa Cieślak, ginekolog i położnik z 25-letnim stażem. Najnowszy sprzęt i drugi stopień referencji pod względem fachowości, jak mówi Cieślak, pozwala szpitalowi na przyjmowanie porodów patologicznych z całego województwa wielkopolskiego.

Lada dzień zostanie też otwarta nowa porodówka, składająca się z pięciu sal. – Każda z nich wyposażona jest w imersję wodną, w postaci oddzielnej wanny, wykorzystującej relaksacyjny udział wody przy porodzie. W nowej porodówce planujemy odbierać do 2500 porodów rocznie, a także zwiększyć liczbę lekarzy dyżurnych z 2 do 3 – wylicza doktor Cieślak. Możliwość odbioru dwóch i pół tysiąca porodów rocznie sprawia, że w Szpitalu im. F. Raszei będzie mogło przychodzić na świat blisko 28 proc. dzieci więcej niż w ubiegłym roku.

Żłobków i przedszkoli brak – jest alternatywa?

A co z dziećmi, które już się urodziły, a w perspektywie najbliższego roku, dwóch-trzech lat będą chciały zasilić przedszkola. Z danych MEN wynika, że w naszym kraju dziś jest blisko 10 tys. przedszkoli, w tym 8,4 tys. publicznych. One są wstanie przyjąć zaledwie 40 proc. z 1,6 mln dzieci w wieku 3 do 6 lat. Według dyrektyw unijnych do 2020 roku w każdym kraju wspólnoty do przedszkoli ma chodzić 95 proc. dzieci. Nawet przy największych nakładach w już i tak dziurawym jak szwajcarski ser budżecie polskie władze nie są w stanie w tak krótkim czasie podwoić miejsc dla przedszkolaków.

Jeszcze bardziej dramatyczna sytuacja dotyczy żłobków. Z ponad zaledwie 350 z nich korzysta tylko 2 proc. najmłodszych dzieci. Alternatywę w postaci klubu dziecięcego, dziennego opiekuna czy niani ma wprowadzić opracowywana przez rząd tzw. ustawa żłobkowa, do złudzenia przypominająca zresztą projekt ustawy Joanny Kluzik-Rostkowskiej z PiS. Według niego powstałaby instytucja dziennego rodzica, który mógłby zawodowo opiekować się grupą od trojga do pięciorga dzieci oraz przeznaczoną dla dzieci od 3 do 5 lat i ich rodziców mikrogrupą przedszkolną.

W ramach tej ostatniej do dzieci dojeżdżałby nauczyciel, który prowadziłby z nimi zajęcia, zadając też ćwiczenia do wykonania, podczas jego nieobecności. Jak zapewnia na łamach „Dziennika Zachodniego” Izabela Kloc z PiS, to rozwiązanie byłoby szczególnie przydatne w gminach, gdzie nie ma żłobków i przedszkoli, a także w przypadku, gdyby ich tworzenie było zbyt kosztowne.

Wzrastającą liczbę przedszkolaków chcących się dostać do państwowej lub niepublicznej placówki widzi też na swoim przykładzie Anna Tefelska, mama 5,5-letniej Dominiki i 2,5-letniej Liliany. – Moja starsza córka chodziła do przedszkola prywatnego, teraz chodzi do publicznego. W pierwszym płaciłam 710 zł miesięcznie, ale ze względu na skandaliczną jakość przepisałam ją do publicznego. Chętnych było naprawdę sporo i wiem, że nie wszyscy się dostali. Zresztą dyrektorka tego drugiego sama zauważa wzrost liczby małych kandydatów – mówi młoda mama. – Mimo złej opinii do tego prywatnego też jest wielu chętnych – dodaje, tłumacząc, że czasem powodem, dla których dzieci nie dostają się do przedszkola, jest gapiostwo samych rodziców, którzy nie dopilnują kwietniowych rekrutacji, a potem „budzą się w lipcu z ręką w nocniku”.



«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama