Kurs na małżeństwo

Już za trzy i pół godziny ja i Michał będziemy uczestnikami weekendowego kursu przedmałżeńskiego, którego głównym prowadzącym będzie osławiony w ostatnich miesiącach kapucyn, o. Ksawery Knotz. Ciekawi jesteśmy, co Kościół katolicki chce nam, narzeczonym, powiedzieć na temat małżeństwa czterdzieści trzy dni przed ślubem. Głos ojca Pio, 60/2009



Krakowskie piątkowe, tradycyjnie zakorkowane popołudnie zaczyna coraz bardziej niepokoić. Czy zdążymy? Po półtorej godziny stania w leniwie ciągnącym się sznurze samochodów obawa rośnie coraz bardziej. Nie uspokaja nawet niecodzienna panorama wioski Koszyce – zdominowanej ceglastym kolorem większości mijanych domostw, tym bardziej, że nie wiemy, czego właściwie po takim kursie mamy się spodziewać.

Tak! I co dalej?

Romantyczne zaręczyny odbyły się pewnej lutowej, zacisznej niedzieli. Niedługo po nich pojawiła się nieśmiała myśl, że może by tak ślub wziąć jesienią. Zgodnie z przestrogami znajomych jego datę dostosowaliśmy do wolnych terminów sali weselnej. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że zorganizowanie ślubu i weselnego przyjęcia – kierując się głosem ekspertów od ślubnych przygotowań – będzie inwestycją na dużo większą skalę niż przysłowiowe „zastaw się, a postaw się”.

Czołowe periodyki ślubne prześcigają się w propozycjach sukni, makijażu i kwiatowych dekoracji, a specjalistyczne portale internetowe podsuwają „ślubne liczydła”, mające pomóc w oszacowaniu kosztów. Ula – koleżanka z pracy, która planuje wyjść za mąż w sierpniu przyszłego roku, stworzyła już całe bazy fotografów, kapel weselnych, pracowni florystycznych i salonów sukien ślubnych.
Nigdzie jednak nie ma ani słowa o przygotowaniu… ducha. Wzmianka o kursie przedmałżeńskim pojawia się jedynie w kontekście koniecznych „formalności”.

Kursanci amanci

Na kurs przedmałżeński u ojca Ksawerego Knotza zapisaliśmy się pięć miesięcy przed ślubem. Kierowani nie tylko sentymentem do zakonu kapucynów, z radością i ciekawością oczekiwaliśmy weekendu w Stalowej Woli.

Nareszcie piątek – wybiła godzina zero. Lekko spóźnieni i zmoczeni deszczem, w pośpiechu podchodzimy do klasztoru. Przed kościołem tu i ówdzie stoi para narzeczonych – w deszczowej aurze wyglądają jak świeżo wyrośnięte grzyby w lesie. Większość z nich zajęta jest sobą, niektórzy przyglądają się innym przybyłym. Zdążyliśmy.

Pierwsze zaskoczenie na kursie przedmałżeńskim wywołała już liczba prowadzących – ojciec Ksawery Knotz i trzy towarzyszące mu małżeństwa: Hania z Markiem, Gosia z Janem i Marzena z Piotrem*.

Po krótkiej modlitwie zostaliśmy zaproszeni do przedstawienia się, jednak do tej tradycyjnej formy zapoznania dodano jeden zaskakujący element: każdy z uczestników miał podać największą zaletę swojego narzeczonej/narzeczonego. Już to małe ćwiczenie pozwoliło zobaczyć, jak przeróżne pary – ich doświadczenia, odmienne definicje małżeństwa i siebie nawzajem – tworzą składową naszego kursu.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama