Chłopcy w sutannach

Trzeba sobie uświadomić, że jeśli ktoś rzeczywiście ma zostać kapłanem, musi najpierw być mężczyzną. Tygodnik Powszechny, 18 lutego 2007



Problemem naszego Kościoła nie jest to, że ponad połowa księży chciałaby mieć żonę i dzieci. Trzeba się martwić raczej o te czterdzieści kilka procent, które podobnych pragnień nie odczuwa. Ksiądz, który nie chce być mężem i ojcem, nie będzie dobrym kapłanem. Do takich wniosków skłania zresztą tekst Michała Kuźmińskiego i Macieja Müllera „Twój tata jest księdzem” („TP” nr 6/07). Jego bohaterowie, choć ostatecznie ojcami i mężami zostali, wcale nie twierdzą, że właśnie to pragnienie doprowadziło ich do zrzucenia sutanny. Władysław leczył spotkaniem z kobietą samotność. Andrzej odkrył, że jeśli zostanie w kapłaństwie, to przez całe życie będzie sfrustrowany, a jak sam mówił, „odejść i żyć samemu nie było sensu, więc założył rodzinę”. Franciszek chciał wielkich dzieł, a trafił na zwykłą parafię, gdzie z rozżalenia zrodziła się tęsknota za kobietą: „o kolejnych poznawanych (...) myślał: czekaj, spotkasz piękniejszą, młodą, Bóg ci da”. Mirosława rozczarował zakon, który wymagał od niego zbyt wiele pracy – zniechęcił się i wystąpił dla dziewczyny, którą poznał w dominikańskiej grupie charyzmatycznej. Przykłady – także spoza reportażu – można mnożyć.

W żadnej z tych historii nie ma jak widać mowy o dręczącej tęsknocie za rodziną. O wiele więcej w nich natomiast zawiedzionych ambicji, zwyczajnego ludzkiego rozczarowania instytucją, przekonania o własnej wyjątkowości czy zwyczajnej niedojrzałości. Trudno bowiem poważnie traktować wyjaśnienie, że odeszło się z zakonu, bo przełożeni kazali pracować ponad siły, a do tego nie pozwolili iść tam, gdzie się chciało. Równie dobrze trzeba by wówczas uznać za powód do porzucenia żony fakt, że dzieci nie pozwalają nam realizować pasji, a żona domaga się obecności w domu. A do tego zamiast w wyuczonym zawodzie musimy pracować w innym, bo tamten nie dawał środków do życia...

Syndrom Piotrusia Pana

Wiele wskazuje więc na to, że przyczyną odchodzenia od kapłaństwa coraz częściej nie jest pragnienie rodziny czy posiadania dzieci, a zwyczajna chłopięca niedojrzałość (wspólna zresztą celibatariuszom i żonatym). Niepogodzenie z rzeczywistością, brak odpowiedzialności za własne decyzje czy nieumiejętność podporządkowania się decyzjom innych – wynika nie z naturalnych pragnień każdego mężczyzny, ale z zaskakującej niedojrzałości psychicznej i emocjonalnej.

Dorosły, dojrzały mężczyzna podejmując decyzje liczy się z ich konsekwencjami. Wie, a przynajmniej wiedzieć powinien, że idąc do zakonu decyduje się na poddanie swojej woli przełożonym: że mogą oni podjąć decyzje, które niekiedy mogą mu nie odpowiadać. Dokładnie tak samo jest zresztą w małżeństwie. Decydując się na nie, zgadzamy się także na to, że nasza wolność wyboru przyjaciółek będzie nieco ograniczona, a miłe spotkania przy winie z koleżankami – także będą już poza naszym zasięgiem. I tłumaczenie, że dopiero po ośmiu latach małżeństwa czy kapłaństwa odkryliśmy „bolesną” prawdę o tym, że nasza wolność ograniczana jest odpowiedzialnością za wcześniejsze decyzje, graniczy z dziecinadą.
Jeśli jednak taka postawa jest powszechna (a nie tylko wypowiedzi cytowanych w artykule eksduchownych, ale i badania prof. Baniaka czy rozmowy z aktywnymi księżmi skłaniają do takiego wniosku), to konieczne jest poważne rozważenie przesunięcia granicy wieku, w którym można otrzymać święcenia kapłańskie, oraz wprowadzenia gęstszego psychologicznego sita dla kandydatów do seminarium. Biorąc pod uwagę kontekst kulturowy, który raczej nie promuje odpowiedzialności czy wierności – może to niestety oznaczać zmniejszenie liczby kandydatów dopuszczonych do święceń. Dzięki temu jednak podejmowane przez przyszłych duchownych decyzje będą dojrzalsze, a ich doświadczenie życiowe – większe.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama