Wszystkie nasze inicjacje

Indianie mawiali: „Wilk jest wilkiem, niedźwiedź jest niedźwiedziem. Człowiek natomiast jest wszystkimi zwierzętami jednocześnie. Może zostać każdym z nich". To jego wyjątkowa cecha, ale i przekleństwo. List, 2/2008



Biolodzy zauważyli, że ludzki kod genetyczny jest mniej zróżnicowany niż innych naczelnych, na przykład szympansów, ale życie dwóch dowolnych osób może różnić się od siebie bardziej niż życie wszystkich szympansów od początku świata. Człowiek dysponuje nieograniczonymi możliwościami kształtowania siebie, może wybrać sposób życia, zawód, to, w jaki sposób i gdzie będzie szukał spełnienia. Wilk nie może zmienić swoich upodobań, nie może zostać wegetarianinem i jak krowa żywić się wyłącznie trawą. Ma to jednak swoje zalety. Zwierzę „wie", kim jest, nie targają nim rozterki czy wątpliwości. Wszystkie potrzebne informacje ma zapisane w postaci prostych instrukcji i podpowiedzi. Człowiek nie posiada takiego wewnętrznego głosu. Każdego dnia wszystko robi po raz pierwszy, zawsze debiutuje. Bratek jest bratkiem - mówił Thomas Merton - nie ma w nim rozdźwięku między tym, kim jest, a tym, kim być powinien, w człowieka natomiast ta dwoistość jest wpisana. To znaczy, że bratkiem się jest, a człowiekiem w pewnym sensie trzeba się dopiero stać. Bycie człowiekiem to zadanie, cel.



W miejsce instynktu


Ludzkość poradziła sobie z tą niepewną, trudną sytuacją człowieka. Wynalazła na jego niewiedzę lekarstwo w postaci rytów przejścia. Są one w pewnym sensie odpowiednikiem instynktu: dostarczają tę wiedzę, którą zwierzęta posiadają od urodzenia. Były to najczęściej uroczyste ceremonie, które wprowadzały jednostkę w pewną nową sytuację społeczną lub egzystencjalną. Ktoś był przyjmowany do wspólnoty, stawał się dorosłym mężczyzną lub kobietą, mógł pełnić pewne funkcje w społeczeństwie: być wojownikiem, położną, kapłanem.

Obrzędy inicjacyjne wyprowadzały członka wspólnoty ze stanu niewiedzy i niepewności, czyniły z niego kogoś na kształt zwierzęcia, kogoś, kto wie, kim jest i jakie jest jego miejsce we wspólnocie. Pokazywały, jak brutalny jest świat, były lekcją dorosłości, sprawdzały, czy ktoś już może być pełnoprawnym członkiem plemienia, czy jest już na tyle dojrzały, żeby wziąć za siebie odpowiedzialność. W niektórych plemionach chłopców wieszano na hakach wbitych w pierś albo ciągano po ziemi. Znane są też wspólnoty, które miały jeszcze bardziej krwawe i bolesne obrzędy inicjacyjne. Wśród Czejenów istniało stowarzyszenie wojskowe „żołnierzy psów" (Dog Soldiers, Hotamitaneos), wewnątrz którego wyróżniano specjalną formację „oficerów psów". Jej członkiem mógł stać się ten wojownik, który przeszedł niezwykle trudną próbę: zanurzył ręce aż po łokcie w gotującej się wodzie, a następnie na znak, że jest to właściwie zimna woda i nic złego mu się nie dzieje, włożył je w ognisko, żeby się ogrzać. Blizny, które „zdobiły" ręce czejeńskich oficerów, były znakiem, że ich przeznaczeniem jest śmierć. Nosili oni także charakterystyczny strój złożony z długich pasów skóry, które ciągnęły się po ziemi. Podczas bitwy, kiedy kobiety i dzieci były ewakuowane, mieli obowiązek przybić pas dzidą do ziemi i nie cofnąć się przed wrogiem, choćby trzeba było zginąć. Musieli mieć świadomość straceńców, a ryt inicjacyjny miał być tego potwierdzeniem.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama