Bóg musi być inny

„Dla mnie ojciec był potworem, a matka sługą potwora - na wszystko mu pozwalała. Czułam odrazę na jego widok, wiedziałam, że robi mi krzywdę. Czułam to. Bo to się czuje.” List, 11/2009



Idę na spotkanie z Hanką. Zgodziła się opowiedzieć mi o swoim trudnym dzieciństwie. Dzwonię do jej drzwi. Spotykamy się w mieszkaniu, które wynajmuje wraz z przyjaciółką. To dobry pomysł, trudno byłoby rozmawiać w kawiarni. Siadamy w fotelach. Jest piękną, młodą dziewczyną, świetnie ubraną, ma długie kasztanowe włosy. Studiuje filozofię. Nie widać po niej napięcia czy zdenerwowania. Czuję się trochę tak, jakbym był na randce, tylko kwiatów nie wziąłem. Hanka zaczyna mówić o swoim życiu…

Nie opowiadałam o tym nigdy nikomu, kto miałby potem coś z tym zrobić, opisać to, przekazać dalej. Miesięcznik katolicki, tak? Powiem szczerze, nie lubię katolicyzmu. To słowo mnie drażni. Nie lubię gazet katolickich, katolickich poglądów, Kościoła. Nie znoszę tego stylu. Przeszkadza mi niechęć księży do innowierców, ich mieszanie się w politykę, moralizatorstwo, przeszkadzają mi jakieś niewyobrażalne wymagania moralne i brak zainteresowania odmiennymi poglądami. Najbardziej irytuje mnie katolicka wizja rodziny: mamusia, tatuś, którzy kochają, są szczęśliwi i opiekują się dziećmi. Mdli mnie, jak to słyszę. Nie będę owijać w bawełnę. Jest mi niedobrze, gdy widzę w parkach matki idące z wózeczkami, nadskakujących tatusiów, jakieś babcie w tle i jeszcze skaczącego obok pieska. Gardzę tym.

dwunastolatka wie…

Pamiętam pewne wydarzenie, miałam wówczas dwanaście lat. Chodziliśmy na Msze św. dla dzieci. Katechetka zbierała nas przed samym ołtarzem - to było straszne przedstawienie, nie znosiłam tego, ale za uczestnictwo we Mszy był wpis do zeszytu i z tego byliśmy rozliczani na katechezie. W trakcie jednej z takich Mszy ksiądz powiedział, abyśmy po powrocie do domu uściskali naszych rodziców i podziękowali im za to, że żyjemy, że są dla nas dobrzy i opiekują się nami. Nie wiedziałam w ogóle o co chodzi, nie rozumiałam, jak można dziękować rodzicom. Dla mnie ojciec był potworem, a matka sługą potwora - na wszystko mu pozwalała. Czułam odrazę na jego widok, wiedziałam, że robi mi krzywdę. Czułam to. Bo to się czuje.

Dwunastolatka wie, że jest coś bardzo złego w tym, kiedy ojciec wchodzi w nocy do jej pokoju, zdejmuje jej piżamę, sam się rozbiera i mówi: „bądź cichutko". Dwunastolatka wie, że to jest jakaś potworność, wielka krzywda. A tu nagle ksiądz każe mi tatusia pochwalić i mu podziękować. Oczywiście żadnemu z księży nie przyszłoby do głowy, że może mieć molestowanych parafian. Nigdy nie biorą tego pod uwagę, mają swój szablon szczęśliwej rodziny i wszystko do niego dopasowują. Ja do niego nie pasowałam. Nie miałam nigdy ładnej mamusi i kochającego tatusia. Mój tatuś robił mi te wszystkie świństwa przez kilka lat, do czternastego roku życia. Matka o tym wiedziała, w szkole też ktoś musiał coś podejrzewać. Przecież to widać, gdy z dzieckiem dzieje się coś złego. Cholera! Nie da się tego nie zauważyć!

Pytasz o mojego ojca? To normalny facet, elegancki, wykształcony, pomocny, chwalony. Dobry inżynier, mąż. Takie frazesy. Bo co mam powiedzieć? Bydlę, zwierzę? W katolickim piśmie raczej nie przejdą takie wulgaryzmy.

koszmar

Na którymś etapie terapii psychiatra zaproponował mi, bym przyjrzała się historii życiowej mojego ojca. To znaczy spróbowała dotrzeć do genezy jego zachowania, odnalazła prawdziwe źródło tego całego zła, być może w jego dzieciństwie. Tym sposobem, tak pokrętnie, mitycznie symbolicznie trochę, miałam uzdrowić i jego, i siebie. Ale wydało mi się to straszliwie głupie, takie durnowate sztuczki psychologiczne. Mnie nie obchodzi ani on, ani jego życie i problemy. Staram się wyjść na prostą bez przesadnego skupiania się na ojcu. Może to błąd, nie wiem.

Chciałam go wyrzucić z pamięci, to, że przychodził do mojego pokoju przez kilka lat. Regularnie. Najpierw mnie dotykał, przekonywał, że takie przytulanie to zabawa. Mówił: „Tato przyszedł pobawić się w misia". I tulił się do mnie, ale tak dziwnie, napierał na mnie, był niedelikatny. Wkładał mi rękę pod ubranie, przesuwał po całym ciele.

Matka była pielęgniarką, czasem miała nocne dyżury. Kiedy nie było jej w domu spał ze mną. Przytulony do mnie albo z dłonią na moich narządach płciowych. Potem pozwalał sobie na coraz więcej. Aż w końcu mnie zgwałcił. Pamiętam jego sapanie nade mną, jego oddech, te wszystkie wizyty w moim pokoju. Później już wiedziałam, że przyjdzie, czekałam, byłam po prostu gotowa. Im byłam starsza, tym mocniej szukałam sposobów, żeby sobie z tym jakoś poradzić. Próbowałam myśleć o czymś innym, błądzić myślami gdzieś daleko, wychodzić w myślach z pokoju.




«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Zbyszek 32
    02.12.2009 15:25
    Droga Siostro.
    Problem nie polega na tym, że Boga nazywamy ojcem (ponieważ jest nim prawdziwie) ale na tym, że nosimy w sobie fałszywy obraz ojcostwa, który "nakładamy" na Boga. Jak dalece obraz ojcostwa może różnić się od tego co zamierzył Bóg świadczą choćby twoje słowa. Niestety większość, a może wszystkie problemy w relacji człowieka z Bogiem wynikają z zniekształcenia Jego obrazu w naszych umysłach. Sam się o tym mocno przekonałem krocząc drogą nawrócenia, uwolnienia i uzdrowienia wewnętrznego. Wciąż na nowo przekonuję się że On jest jeszcze lepszy niż to sobie wcześniej wyobrażałem. Kiedyś przeczytałem takie zdanie, że: "gdyby Bóg był taki jakim Go sobie wyobrażamy, wcale nie byłby Bogiem". Ja osobiście uważam, że tylko On jest w stanie uwolnić człowieka od od traumy przeżyć takich jak twoje. Jak powiedział: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteści, a Ja was pokrzepię". Jezus jest najlepszym psychoterapeutą - ja tego doświadczyłem! Chwała Panu!
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama