Uwiedzeni

Mnisi żyją w zamknięciu, zachowując dystans wobec spraw doczesnych, bywają jednak nierzadko o wiele bliżej istotnych ludzkich spraw niż wielu z nas. Potrafią je bardzo dobrze rozumieć, a także patrzeć na nie z realizmem, którego nam, świeckim, nierzadko brakuje. Więź, 2/2007




„Pasożyty” – taka nieoczekiwana ocena bohaterów filmu „Wielka cisza” padła po jego projekcji z ust mocno dojrzałej wiekiem osoby. Wprawdzie ktoś inny zareagował natychmiast: „Gdyby nie tacy ludzie, nasz świat już dawno by się rozpadł!”, jednak zdumienie, w jakie wprawiła mnie tamta konstatacja, pozostało. Trwający niemal trzy godziny dokument Philipa Gröninga, poświęcony życiu kartuzów, wkracza bowiem w samo jądro mniszego życia i nawet postronnym pozwala dotknąć tajemnicy tej drogi.

Wybrana przez niemieckiego dokumentalistę wspólnota ma bardzo surową regułę – zakonnicy, wzorem swego założyciela św. Brunona, wiodą życie pustelnicze, wypełnione modlitwą, osobistą i wspólnotową oraz pracą. Naszym powołaniem – czytamy w kartuskich Statutach – jest nieustanne czuwanie w obecności Boga. Każdej nocy kartuzi zbierają się na wspólnej modlitwie w klasztornej kaplicy, bo – jak sami mówią – nasz dzień rozpoczyna się w sercu nocy, kiedy wielka Wigilia jednoczy w kościele całą wspólnotę. Razem modlą się również o poranku i jeszcze kilka razy w ciągu dnia; modlą się również i kontemplują w samotności. W ich rozkładzie dnia są chwile odpoczynku, nie ma ich jednak zbyt wiele. Określenie „pasożyty” nie ma tu zatem żadnego uzasadnienia i, jak można przypuszczać, wynika raczej z głębokiego niezrozumienia takiego stylu życia, a być może również z przeświadczenia, że świat i ludzkie sprawy są mnichom całkowicie obojętne.

Nic bardziej mylnego. Choć życie zakonne bardzo różni się od standardów obowiązujących wśród świeckich i choć te standardy odrzuca, to jednocześnie nasz świat traktuje bardzo serio i z szacunkiem. Mnisi żyją w zamknięciu, zachowując dystans wobec spraw doczesnych, bywają jednak nierzadko o wiele bliżej istotnych ludzkich spraw niż wielu z nas. Potrafią je bardzo dobrze rozumieć, a także patrzeć na nie z realizmem, którego nam, świeckim, nierzadko brakuje.

SZALENIEC I OGRODNIK

Nie dziwimy się, gdy ktoś spędza długie godziny w centrach handlowych, przed telewizorem czy serfując w internecie, zdumienie nasze budzi jednak ktoś, kto potrafi kilka godzin w ciągu dnia spędzić na modlitwie czy kontemplacji Pisma Świętego; ktoś, kto wybrał życie w odosobnieniu, praktykuje celibat, ubóstwo i większość swego życia spędza w milczeniu. Czasem w całkowitym milczeniu, jak to jest w przypadku pustelnicy Miriam, która pisała niedawno w „Więzi” (nr 11/2006) o swojej decyzji zamilknięcia na zawsze.

Brak zrozumienia, a czasem i tolerancji wobec zakonnego życia ma wiele powodów. Do istotniejszych należy zapewne lęk przed totalizmem. Niebezpieczeństwo to dostrzegają nawet ludzie rozmiłowani w Kościele, tak jak prof. Stefan Swieżawski, któremu poświęcamy również dwa teksty w głównej części tego numeru. Jeżeli wspólnota – mówił Profesor – zmierza do jednorodności elementów, grozi jej zawsze niebezpieczeństwo totalizmu. Słowa te i to niebezpieczeństwo dotyczą jednak nie tylko wspólnoty zakonnej, ale też – rodzinnej, małżeńskiej, przyjacielskiej etc. Jednorodność ma w sobie potencjał niszczenia, nie powinna być zatem drogą żadnej społeczności, powinna nią być jedność w różnorodności. „Wielka cisza” także i o tym próbuje opowiadać.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...