Jezus historyczny i teologiczny

Benedykt XVI: “Jezus z Nazaretu”, tłum. Wiesław Szymona OP, Wydawnictwo M, Kraków 2007, s. 303. Recenzja . Więź, 8-9/2007




Rynek ma swoje prawa, inwestycja w tłumaczenie i wydanie książki musi się zwrócić, nie dziwi mnie zatem zbytnio to, że polscy wydawcy “Jezusa z Nazaretu” Josepha Ratzingera/Benedykta XVI bardzo dbali o pozyskanie jak największej liczby czytelników. By tego dokonać, przedstawiali książkę między innymi tak, jak w Radiu Watykańskim mówił Piotr Słabek, redaktor naczelny wydawnictwa: jest ona dla szerokiego grona odbiorców, dla ludzi, którzy nie są teologami. Jest to książka, która w sposób prosty, jasny pokazuje, jak odnaleźć Chrystusa, jak znaleźć podstawy wiary chrześcijańskiej dla współczesnego człowieka. Obawiam się, że taka ocena przystępności książki jest nadmiernie optymistyczna. Oczywiście, znaleźć można w książce wiele fragmentów, które przemówić mogą naprawdę do każdego, autor po wielokroć z poziomu bardziej zaawansowanych analiz przechodzi bowiem do swoistej medytacji utrzymanej w stylu lectio divina. Jednak uchwycenie głównego problemu oraz rozwiązania, jakie Ratzinger/Benedykt XVI proponuje, wymaga pewnego teologicznego wyrobienia. A to dlatego, że „Jezus z Nazaretu”, zgodnie z intencją autora wyrażoną we wstępie, ma być głosem w pewnej dyskusji, kluczowej dla współczesnej teologii, a ściślej dla jej fundamentalnego działu, zajmującego się tożsamością i dziełem Jezusa czyli dla chrystologii.

O jaką zatem dyskusję chodzi? W zasadzie sprowadzić ją można do pytania o to, jak treść kościelnego rozumienia i głoszenia Jezusa Chrystusa ma się do sposobu, w jaki On sam w czasie „życia publicznego” rozumiał i przedstawiał siebie. Podejrzewam, że takie postawienie problemu może nieco zaskoczyć przeciętnego polskiego katolika. Przyczyny zaskoczenia będą natury historycznej: na naszym gruncie najpierw nie mieliśmy państwowości (i teologii), a potem, w epoce słusznie minionej, musieliśmy bronić wręcz samej historyczności postaci Jezusa i z tej perspektywy toczące się na (jakże dalekim wówczas) Zachodzie spory interpretacyjne obchodziły nas znacznie mniej. Tymczasem wraz z rozwojem nauk historycznych i na skutek zastosowania wypracowanych przez nich metod badań nad Biblią coraz jaśniejsze stawało się to, że opowiadanie historii – jak my ją dzisiaj rozumiemy – nie było bynajmniej główną intencją autorów ksiąg świętych. Pisząc, składali oni przede wszystkim świadectwo wiary i odpowiedź wiary zakładali (bądź chcieli sprowokować) u słuchaczy. Oznacza to, że opisy wydarzeń, które pozostawili, nie mają charakteru faktograficznego, zawierają sporą dozę z wiary płynącej interpretacji.
No właśnie: „sporą dozę”… Zasadniczy spór rozgorzał (i trwa) właśnie wokół kwestii proporcji zawartości historii i teologii w opisach biblijnych w ogóle, a w przekazach o Jezusie w szczególności. Nietrudno domyśleć się skrajnych pozycji. Sporą popularność w achrześcijańskich kręgach uzyskała teza, że w Ewangeliach nie ma zgoła nic wiarygodnego historycznie, a chrystologia została wytworzona po śmierci Jezusa przez pierwsze wspólnoty wierzących i tym samym skutecznie zasłoniła „prawdziwą” postać i nauczanie Jezusa. Na drugim biegunie sytuują się poglądy niektórych tradycjonalistycznych kręgów protestanckich i katolickich, odrzucających metody historyczne jako z definicji nieuprawnione w badaniu tekstów świętych i usiłujących obronić dosłowne, „historyczne” jakoby rozumienie Ewangelii.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama