Wirtuozi dźwięków i smaków

Podobnie jak w kuchni, tak i w muzyce improwizacja wymaga wielkiego doświadczenia, znajomości i czucia ducha epoki, znajomości stylów i oczywiście sporej odwagi i wyobraźni. Więź, 11-12/2008



W przypadku muzyki ograniczenie się do wykonania tego, co na papierze, grozi nie tylko geometryzmem, ale też odbiega zarówno od autentyzmu jak i autentycyzmu. [1]

Warto przypomnieć, że – według Richarda Taruskina – między tymi pojęciami istnieje podobna zależność jak pomiędzy określeniami helleński i hellenistyczny: drugi element w każdej z tych par zawiera sporo naleciałości obcych czasowo i kulturowo elementowi pierwszemu. Skoro wiadomo, że improwizacja była stale obecna w muzyce dawnej, nie można z niej rezygnować, trzeba tylko wiedzieć, na ile można sobie pozwolić w ramach określonej konwencji.

Podobnie jak w kuchni, tak i w muzyce improwizacja wymaga wielkiego doświadczenia, znajomości i czucia ducha epoki, znajomości stylów i oczywiście sporej odwagi i wyobraźni. Problem polega na tym, że wielu muzyków, którzy porzucili klasyczną grę i zwrócili się ku muzyce historycznej, improwizować musi się dopiero nauczyć. Umiejętności tej nie wynosi się ze szkoły, rzadko gości ona w filharmonii, jest zbyt ulotna, efemeryczna, by poddała się wszechobecnemu w klasyce kanonizmowi.

Przygotuj odpowiednie naczynie

W czasach, gdy garnki wykonywano głównie z miedzi, zbędne było dodawanie „gotuj w garnku miedzianym”, w dzisiejszych edycjach książek kucharskich taka informacja jest konieczna, jeśli kuchnia ma być postrzegana jako dawna. Z drugiej strony – samo gotowanie w miedzianym rondlu nie spowoduje, że uzyska się smak taki, jak przed wiekami. Nawet jeśli garnek ten zostanie wyciągnięty z babcinej piwnicy lub będzie wypożyczonym z muzeum eksponatem z certyfikatem pochodzenia z XVII w.

Ponadto czas nie sprzyja miękkim naczyniom miedzianym, które nie tylko odkształcają się, ale też pokrywają kamieniem, a nawet toksycznym grynszpanem. Gdy wejdzie się do kuchni w Hampton Court, gdzie do dziś przygotowywane są dania z czasów Tudorów, naczynia lśnią czystością i nowością, jakby zostały zrobione wczoraj, choć kształt i materiał pozostają takie, jak dawniej. W tych właśnie naczyniach dzisiejsi wirtuozi historycznej kuchni przygotowują potrawy bazując na szesnastowiecznych recepturach. Podobnie z instrumentami.

Gra na oryginalnych instrumentach z epoki nie sprawi, że muzyka zabrzmi jak przed czterystu laty. Tym bardziej, że czas jest również wrogiem instrumentów: drewno się rozsycha lub wilgotnieje, struny wyciągają, ramy zniekształcają.

Gra na oryginalnych instrumentach często postrzegana jest właśnie jako „balsamowanie zwłok”, sztuczne ożywianie martwych już przedmiotów lub przesadna ortodoksja. HIP-isi wolą sięgać po instrumenty wykonane współcześnie wedle dawnych planów, choć nawet w ich gronie pokutuje „mit Stradivariusa”. Bardzo obrazową – w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa – argumentację przedstawił jeden z HIP-isowskich weteranów, oboista Bruce Haynes:

Lubię, gdy barokowe skrzypce wyglądają jak nowe, czyli tak, jak wyglądały w epoce baroku. Lubię, gdy moja muzyka brzmi jak nowa, tak jak brzmiała wtedy [...]. Chcę widzieć barok jak on sam był postrzegany, gdy był teraźniejszością. [...] Na starych obrazach instrumenty wyglądają jak nowe.




[1] Niniejszy tekst stanowi kontynuację eseju Kuchnia HIP-isów, opublikowanego w WIĘZI 10/2008.



«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama