Kto kogo chce okraść?

O reformie emerytalnej jest ostatnio bardzo głośno. W zeszłym roku, gdy dla kobiet rozpoczęły się pierwsze wypłaty z Otwartych Funduszy Emerytalnych, okazały się dla niektórych sumą 19 złotych z groszami i budżet państwa musi do świadczeń dopłacać. Reforma emerytalna to zatem problem wszystkich podatników. Niedziela, 7 marca 2010



Nastąpił moment konfrontacji obietnic z rzeczywistością. Przestano czarować bajkami o wczasach w ciepłych krajach, choć takie perspektywy akwizytorzy OFE roztaczali przed przyszłymi emerytami, chcąc złowić do funduszy ludzi urodzonych w latach 1949-68, którzy mogli wybierać między emeryturą starego systemu a nową, z kapitałową częścią II filaru. Kto dał się uwieść, zżerały go nerwy, gdy podczas kryzysu fundusze emerytalne zaczęły dramatycznie tracić na wartości.

Gwarantem pozostaje państwo

Około 2 tys. kobiet należących do OFE osiągnęło w roku ubiegłym wiek emerytalny. Jak powiedział rzecznik ZUS Przemysław Przybylski, parlament w 2007 r. stworzył możliwość, by podczas składania wniosków o emeryturę ludzie mogli prosić o przekazanie zgromadzonych w OFE środków do budżetu państwa i przejść pod skrzydła ZUS. Ustawa emerytalna jest bowiem tak skonstruowana, że choćby wszystkie OFE splajtowały, gwarantem wypłaty emerytury do wysokości najniższego świadczenia jest budżet państwa.

Można się tylko dziwić, że dopiero po ostrym kryzysie finansowym (który – o czym można przeczytać w klasycznych podręcznikach ekonomii kapitalizmu – jest zjawiskiem cyklicznym, wpisanym w koniunkturę gospodarki kapitalistycznej) specjalistom od emerytur przyszło do głowy, by OFE były zobowiązane do oferowania starszej grupie członków funduszy bezpiecznych, tzw. funduszy „B”. A przecież – jak podkreśla

Zbigniew Kruszyński, szef Działu Polityki Społecznej „S” – Solidarność domagała się tego na Komisji Trójstronnej od dawna i chciała, aby decyzję o mniej lub bardziej agresywnym inwestowaniu ich środków pozostawiono samym ubezpieczonym.

Dziś pukamy się w czoło, dlaczego dotąd OFE nie musiały tego robić, a pomysł o bezpiecznych funduszach rzuciła dopiero minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak, narażając się na ostracyzm. Tym bardziej że przeforsowała, by od stycznia tego roku obciąć o połowę prowizje pobierane przez OFE z puli przekazywanych składek – z 7 proc. do maksymalnie 3,5. Trzeba przypomnieć, że na początku reformy prowizja wynosiła maksimum 3,5 proc., ale za czasów koalicji SLD-PSL przedstawiciele funduszy wylobbowali w Sejmie podwojenie stawki za obsługę prowadzenia kont i inwestowania, co uszczupliło dochody przyszłych seniorów. Niektóre OFE kasowały nawet 10 proc. prowizji!

Duet – Jolanta Fedak i minister finansów Jan Vincent-Rostowski forsowali również rozwiązanie, by do OFE nie trafiało aż 7,3 proc. emerytalnej składki, tylko 3 proc., a reszta z tej puli wpływałaby dodatkowo na konto ZUS. To było powodem medialnej histerii. „Nie kryzys gospodarczy, tylko politycy psują OFE” – krzyczał nagłówek artykułu jednej z gazet.

Zabawa w policjantów i złodziei

Przeciętny czytelnik jest zagubiony w bitwie na argumenty ekonomistów. Dociera do niego tylko sygnał, że ktoś chce go okraść: OFE czy politycy – nie ma pojęcia. Tym bardziej że obie strony oskarżają siebie o ten zamiar. Skąd może wiedzieć, że owi „niezależni” eksperci są stroną w tym sporze. Okazuje się bowiem, że wielu z nich zasiada w zarządach lub pobiera wynagrodzenia za doradztwo w OFE, a ich zarobki są utajnione, nie mamy pewności, czy nie są rodzajem korupcji za medialną aktywność.

Tymczasem na rynku pracy jest coraz trudniej. Część załóg pracowniczych, by utrzymać zatrudnienie i ratować firmę, godzi się na poważne cięcia płac. W dodatku eksperci od rynku pracy przewidują, że tak wysokie bezrobocie utrzyma się w Polsce jeszcze przez najbliższe dwa lata.

Tylko nieliczni ekonomiści skłonni są do krytyki. Reszta nie chce ryzykować wypadnięciem z łask salonów. Takim ryzykantem, który od początku niezmiennie krytykuje zasady, według których funkcjonują na polskim rynku fundusze emerytalne, jest Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha, były przewodniczący Rady Nadzorczej ZUS. Jego opinie, choć czasem określane jako „księżycowe”, nie wszystkie są pozbawione sensu. Trudno oskarżać go o głupotę, gdy mówi, że wysokość prowizji pobieranej przez OFE powinna zależeć od wypracowanych przez fundusze zysków. A OFE miały nadzwyczajną sytuację, bo nawet gdy przynosiły straty, przyszły emeryt musiał im płacić do 7 proc. za obsługę, z mocy ustawy.




«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama