Leszek

Ujawnienie kruchości dogmatycznych odpowiedzi oferowanych przez naukę, religię, metafizykę nie było – nie mogło być – unieważnieniem tych kwestii. Takie było niewygodne stanowisko Leszka, które wypracowywał w serii uderzających obrazów. Znak, 2/2010



Pierwszy raz spotkałem Leszka Kołakowskiego w All Souls College w Oksfordzie[1]. Było to w późnych latach 50.; znalazłem się tam jako członek-stypendysta (Examination Fellow), on zaś dzięki „odwilży” roku 1956 mógł podróżować na Zachód, po raz pierwszy po odtajaniu lodów stalinizmu. Uznawano go wtedy za jednego z czołowych teoretyków odnowionego, humanistycznego marksizmu, z którym wielu ludzi wiązało nadzieję na wewnętrzną rewolucję w społeczeństwach komunistycznych – miała ona przynieść więcej wolności, a nawet więcej demokracji. Muszę przyznać, że właśnie z tego powodu Leszek był dosłownie rozrywany przez lwią część lewicowych środowisk na Zachodzie.

Ale nadzieje się nie spełniły. Ideał bardziej humanistycznego socjalizmu został zmiażdżony w roku 1956, a potem w 1968; sam Leszek intelektualnie ewoluował, stając się surowym krytykiem marksizmu i pisząc jedną z najważniejszych książek o jego rozwoju, wewnętrznych podziałach i – jak to ujmował – poważnych niedostatkach.

Kiedy spoglądamy na ewolucję jego poglądów, uderza nas niezwykła intelektualna integralność Kołakowskiego. Ani groźby ze strony komunistycznego aparatu, ani perspektywy poklasku ze strony zachodniej lewicy nie potrafiły nawet o centymetr odchylić go od obranego kursu. Jako młodzieniec zaangażował się w prawdziwie katastrofalny projekt polityczny, który początkowo wspierał, a potem czuł się zobowiązany – wobec siebie, swego kraju i swego świata – zrozumieć, jak i dlaczego okazał się on tak fatalny w skutkach. Nic nie mogło sprowadzić go z tej drogi.

Ale wyróżniał go jeszcze inny przymiot, który nie zawsze towarzyszy niezachwianej integralności, czyli jego cudowne ironiczne poczucie humoru; ironia, która często była autoironią. Przypomina mi się jego powiedzenie: „To prawda, że byłem niemal wszechwiedny (jednak niezupełnie), gdy miałem lat dwadzieścia, ale – jak ci wiadomo – z wiekiem ludzie głupieją, tak więc mając lat dwadzieścia osiem, byłem już mniej wszechwiedzący i proces ten postępuje po dziś dzień” [2].

To właśnie te przymioty wraz z jeszcze innym, o którym wspomnę niebawem, składały się na niebywały autorytet moralny, którym Leszek cieszył się w Polsce. Nie jest wcale regułą, że ludzie tworzący otwartą opozycję wobec rządów komunistycznych pozostawali ważnymi postaciami dla wyzwolonych społeczeństw, które wyłaniały po ich upadku. Pomyślmy o Sołżenicynie, a nawet w jakimś stopniu o Havlu w dzisiejszej Republice Czeskiej. Lecz szacunek, a nawet niemal cześć dla Leszka Kołakowskiego, pozostały w Polsce niezmącone. Wciąż przyciągał ludzi, aż do momentu śmierci, która przyszła przed kilkoma miesiącami.

Wynikało to w znacznym stopniu z jego odwagi i integralności, które pokazał w najtrudniejszym czasie. Ale wiązało się także z jego głęboką znajomością i zrozumieniem polskiej myśli oraz europejskiej macierzy, w łonie której się rozwinęła i którą przekształcała, zawsze na swój niepowtarzalny sposób.
 



[1] Poniższy tekst został wygłoszony 28 listopada 2009 roku w kaplicy All Souls College w Oksfordzie podczas uroczystości upamiętniającej prof. Leszka Kołakowskiego.
[2] L. Kołakowski, Moje słuszne poglądy na wszystko, tłum. R. Zimand, w: L. Kołakowski, Moje słuszne poglądy na wszystko, Kraków 1999.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama