Bo on jest chłopem!

Don Bosco 7-8/2010

Nie ma dwóch takich samych ludzi, a już z definicji kobieta i mężczyzna nie mogą być tacy sami. Z niezrozumienia tego prostego faktu bierze się ogrom niepotrzebnych napięć, oczekiwań.

 

 

Jak dużo nieporozumień między małżonkami wynika nie z rzeczywistego problemu, ale z różnego postrzegania świata przez nich?

Zdecydowana większość. Trzeba jednak mieć świadomość, że jest to absolutnie normalne. My się po prostu na każdym kroku różnimy – w oczekiwaniach, w sposobie realizacji tych oczekiwań, w pracy, w rytmie działania, w odpoczywaniu nawet – we wszystkim się różnimy. Wobec tego na każdym kroku możliwy jest konflikt, nic na to nie poradzimy.

Ale młodzi ludzie, wchodząc w związek małżeński, na ogół nie tak wyobrażają sobie wspólne życie. Mają raczej przekonanie, że oni na pewno nie będą się kłócić, że u nich będzie idealnie… 

I to jest właśnie głupota kultury, w której żyjemy. Kultura wmawia nam, że jesteśmy tacy sami, a kiedy okazuje się, że jesteśmy jednak różni, to kultura podpowiada: „Rozwiedźcie się, bo po co macie się męczyć całe życie”. Nie ma dwóch takich samych ludzi, a już z definicji kobieta i mężczyzna nie mogą być tacy sami. Z niezrozumienia tego prostego faktu bierze się ogrom niepotrzebnych napięć, oczekiwań. „On miał być taki jak ja, a okazał się inny”, „ona miała być taka jak ja, a okazała się inna”. I proszę uwierzyć, z 30 lat naszych rozmów z małżeństwami wynika, że wszystkie pretensje kobiet można zamknąć w jednym zdaniu: „Mój mąż jest chłopem, a nie kobietą!”. Oczywiście one to inaczej przedstawiają: „On w ogóle nie czuje, a ja czuję, on inaczej tęskni, inaczej chce odpoczywać, on robi wszystko źle, bo nie tak jak ja”. Oczywiście w drugą stronę mamy symetryczne odbicie: „Panie, tłumaczę jej jak krowie na rowie, a ona ryczy i ryczy, a ja jej tłumaczę, że to nie ma sensu, że traci płyny i sole mineralne z organizmu, a ona dalej ryczy…”.

Skąd się wzięło to wmawianie nam, że jesteśmy tacy sami, że różnice są tylko wytworem kultury? Po co nam to zacieranie różnic?

To jest pytanie, na które większość czytelników nie uzna odpowiedzi. Otóż, wydaje się to działaniem programowym. Od ponad 200 lat trwa „buntowanie” kobiet przeciwko mężczyznom i... jest to celowe. Kobiety zaczynają wypełniać funkcje męskie. I nawet jeśli wypełniają je nie gorzej niż mężczyźni, co jest oczywiście możliwe, bo są bardziej zdeterminowane, żeby osiągnąć sukces, to i tak, im więcej „wygrywają” w karierze, tym bardziej są przegrane. Bo człowiek może być szczęśliwy tylko wtedy, kiedy żyje w zgodzie z własną naturą, planem Stwórcy. A planem Stwórcy dla kobiety jest matkowanie, a dla mężczyzny – ojcowanie. A teraz kobiety chcą być ważne przez ojcowanie i nawet, jeśli osiągają nieraz spektakularne sukcesy, odchodzą od swojej natury i są ptaszkami w klatce. A powinny się słusznie zbuntować i powiedzieć: „Zacznijcie doceniać rodzenie dzieci i ich wychowywanie – bycie »kurą domową« to jest zaszczytny, najważniejszy dla rozwoju świata obowiązek”. Kobiety są naprawdę ważne, ale nie przez wykonywanie funkcji męskich. 

Zaraz, zaraz, przecież kobieta może być i matką, i realizować się w pracy.

Wiele rzeczy da się połączyć, ale nie da się połączyć kariery bizneswoman w przemyśle zbrojeniowym ze szczęściem rodzinnym, bo to jest sprzeczne z naturą kobiety. Gdyby to była jeszcze bizneswoman w przemyśle farmaceutycznym ratującym życie człowieka, to tu jest nastawienie ku człowiekowi, naturalne dla kobiety… 

Bez przesady, dzieci idą do przedszkoli, szkół, a kobiety mogą się realizować zawodowo…

Świetnie, niech robią to. Tylko zawsze jest pytanie: co jest na pierwszym miejscu? Jeśli dla matki dzieci są tylko dodatkiem do kariery, to dzieci stracą na tym i ona straci. Oczywiście są kobiety realizujące swoje macierzyństwo w inny sposób, jak np. Wanda Błeńska – poświęcając się trędowatym. 

Są oczywiście kobiety, które nawet gdy idą do pracy, to i tak sercem są w domu, ale są także i takie, u których to zamknięcie w domu rodzi frustrację. 

Każdy ma jakieś oczekiwania. Ich spełnienie daje mu albo zadowolenie, albo niespełnienie – frustrację. Jeżeli oczekiwania są zgodne z planem Stwórcy, to ich spełnienie jest drogą do szczęścia. Ale jeżeli te oczekiwania są wynaturzone, to ich spełnienie (choć człowiek o tym nie wie) daje tylko złudzenie szczęścia. Wielu z nas ma oczekiwania, które nie pochodzą wprost z naszej natury, ale są tylko nakładką kulturową. Właśnie oczekiwania kobiet, które nie wyobrażają sobie, by mogły nie pracować zawodowo, i ich stwierdzenia, że: „Będę ważna tylko wtedy, kiedy będę zarabiać i kiedy będę miała prestiżowe stanowisko” są taką właśnie kulturową nakładką. Gdyby kobieta pozostająca w domu z dziećmi była szanowana w naszej kulturze, gdyby to dawało jej prestiż o wiele większy niż praca zawodowa, gdyby przez to czuła się ważna, to nie byłoby takiego pędu do podejmowania pracy zawodowej. I na tym powinien polegać prawdziwy bunt kobiet: „Doceńcie naszą pracę w domu!”.

Może jednak praca kobiet poza domem służy temu, że mężczyźni ją docenią, bo teraz o wiele częściej niż kiedyś muszą sami ją podejmować?

Mogłoby tak być, gdyby kobiety same nie blokowały wiedzy o trudzie bycia w domu.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • margeritta
    28.07.2010 17:54
    "Nie ma dwóch takich samych ludzi" - święta racja, tylko, że kobieta podobno też człowiek. Dla jednej szczęściem będzie prowadzenie domu, dla innej łączenie pracy zawodowej z powyższym, do podziału z mężem oczywiście. Wszak jeżeli kobieta zaczęła pracę zaraz po studiach, a mąż i dzieci pojawiają się kilka lat później, to przestawienie się wyłącznie na dom może być bardzo bolesne. Jeżeli zajmowanie się wyłącznie domem rodzi u kobiety frustrację, to musi się to odbić na relacjach z mężem i dziećmi. A pogodzenie tych dwóch ról - rodzica i pracownika to też kwestia dobrej woli pracodawców - to powinno być punktem wyjścia dla polityki prorodzinnej. A czy ojciec będzie szczęśliwy mając kontakt z dziećmi jedynie od święta, jażeli wraca z pracy wieczorami, kiedy dzieci już śpią? One potrzebują też ojca, nie tylko matki. Nie ma jednej recepty na szczęście w rodzinie, a szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci. Poza tym - nigdy nie wiadomo jak potoczy się życie. Co jeżeli ojca i męża zabraknie? Matka, która już zdążyła wypaść z rynku pracy może wtedy co najwyżej wgryzać zęby w ścianę. Nie wspomnę już o emeryturze - kobiety statystycznie żyją dłużej niż mężczyźni. A na koniec: czy brak koedukacji e klasach ta rzeczywiście dobry pomysł? Z tymi "grzecznymi dziewczynkami" to mocna przesada - jako nastolatki buntują się równie skutecznie jak chłopcy. Mało tego - chłopca łatwiej jest poskromić, ale jeżeli agresorem jest dziewczyna, to wychowawcy i rodzice rzeczywiście mają problem.
  • Amos
    29.07.2010 11:59
    Państwo Pulikowscy (a może tylko jedno z nich) są utopistami. Bowiem utopią jest myślenie, że całe zło świata bierze się z nieodpowiedzialnych działań seksualnych mężczyzn.
    Raj to będzie, gdy Chrystus powróci na Ziemię i żadne ludzkie działania nie zbudują go na tejże Ziemi.
    Poza tym skłonności homoseksualne czy pedofilne wcale nie są skutkiem rozpasania seksualnego danego mężczyzny i sama wstrzemięźliwość nie wystarczy, by im się nie poddać...
  • Ona
    25.08.2010 03:09
    Gdyby pan Pulikowski był pianistą, pewne grałby na pianinie siekierą... Świat jest czarno-biały, więc rąbiemy nasze krzywe nuty i jedziemy z tym koksem... Powoli! Dla mnie to zbyt agresywne, zbyt autorytatywne, narzucające innym "jedyny słuszny" punkt widzenia. Te słowa mnie "atakują", więc zamiast otworzyć umysł - zaciskam pięści. I tyle.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...