Wielcy socjologowie a śmierć prezydenta

Więź 8-9/2010

To prawda, że sama śmierć człowieka sprawia, iż myślimy o nim lepiej, tym bardziej, że inni wokół nas mówią tak samo. I to prawda, że skoro tylko zamilkły nieżyczliwe prezydentowi media, zwykli ludzie dostrzegli w nim te cnoty, których przedtem dostrzec nie mogli.

 

Czy Lech Kaczyński był wielkim prezydentem? Socjologia nie zadaje sobie takich pytań. Nie ma ogólnie przyjętych miar tej wielkości, zwłaszcza takich, których można byłoby użyć już za życia lub tuż po śmierci prezydentów.

Czy więc Lech Kaczyński był za życia uznany za wielkiego prezydenta? Owszem, miał chwile wielkiego uznania, jak choćby przy okazji rocznic Powstania Warszawskiego i na Westerplatte, ale też dzień, w którym został wybrany głową państwa wszystkich Polaków, zakończył meldunkiem złożonym prezesowi swej partii. Projekt „IV Rzeczypospolitej”, której chciał być prezydentem, został odrzucony w przyspieszonych wyborach 2007 roku. Także sondaże opinii zgodnie mówią, że Lech Kaczyński jako prezydent nie był wysoko ceniony przez większość społeczeństwa. To prawda, że opinia publiczna jest „echem elit”, a część elit medialnych i medialnych polityków lubowała się w krytyce i ośmieszaniu prezydenta Kaczyńskiego. Nie można jednak wszystkiego tłumaczyć sugestią telewizji, bo to by doprowadziło do „wyjaśniania” także ogólnego żalu po śmierci prezydenta „histerią medialną”’, „efektem księżnej Diany” i podobnymi konstrukcjami.

Znając racje zarówno tych, którzy tak źle mówili o Lechu Kaczyńskim za życia, jak i tych, którzy tak dobrze mówili o nim po śmierci, powiedzmy, że był on kimś niezwykłym – bo prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej – ale takim samym, jakimi byli jego poprzednicy, a zapewne i takim, jakim będą jego następcy. Był on też pełnokrwistym partyjnym politykiem i jak każdy taki polityk, budził sprzeczne oceny. Pochowany został jednak, po tygodniu powszechnej żałoby, na „świętym” wawelskim wzgórzu, obok królów, bohaterów narodowych i królów ducha.

Pełna odpowiedź na pytanie o źródła przemiany obrazu prezydenta Kaczyńskiego w figurę bohatera najnowszej historii Polski jest bardzo trudna. To prawda, że sama śmierć człowieka sprawia, iż myślimy o nim lepiej, tym bardziej, że inni wokół nas mówią tak samo. I to prawda, że skoro tylko zamilkły nieżyczliwe prezydentowi media, zwykli ludzie dostrzegli w nim te cnoty, których przedtem dostrzec nie mogli. Wielu ludzi zobaczyło też, jak łatwo dało się uwieść mediom: idealizacją postaci zmarłego prezydenta pokrywali swoje zawstydzenie i próbowali mu pośmiertnie „wynagrodzić” swoje krzywdzące opinie.

Głębszej odpowiedzi na postawione pytanie trzeba szukać tam, gdzie każą wielcy socjologowie – nie w ludziach, lecz w społeczeństwie. Może nie ma potrzeby dodawać, że w pismach dawnych mistrzów pełnej odpowiedzi na dzisiejsze pytania nie znajdziemy i że oni sami zapewne odpowiedzieliby na te pytania inaczej, a na pewno odpowiedzieliby ciekawiej. Tym niemniej klasyczne dzieła socjologii pozwalają zobaczyć dzisiejsze wydarzenia w nowym świetle.

Święte ­– to, co spaja

Między śmiercią a pochówkiem jest okres żałoby, która w przypadku prezydenta Kaczyńskiego była długa i intensywna.

Społeczne funkcje żałoby opisał sto lat temu Emil Durkheim (1858-1917), jeden z ojców-założycieli socjologii w Elementarnych formach życia religijnego (wyd. 1912), studium pierwotnych plemion australijskich[1]. Dla Durkheima żałoba to nie „spontaniczny wyraz indywidualnych emocji” i nie „naturalna reakcja indywidualnej wrażliwości dotkniętej okrutną stratą, to obowiązek narzucony przez grupę. Lament to nie efekt smutku, lecz obowiązek”. Skąd pochodzą te obowiązki? – pyta Durkheim i tak odpowiada:

Śmierć jednostki budzi w jej grupie […] poczucie osłabienia, więc grupa się zbiera, aby się temu przeciwstawić. Wspólne nieszczęście […] podsyca świadomość zbiorową, co skłania ludzi do poszukiwania wzajemnej bliskości.[…] Moralna presja społeczeństwa sprawia, że jego członkowie dostosowują uczucia do sytuacji.

Płacz i „jęki” czynią zadość oczekiwaniu społeczeństwa. Uczucia ludzi demonstrowane zbiorowo wzmagają się, „fala uniesienia porywa wszystkich i rodzi się jakby paniczny smutek”. Źródłem żałoby jest wrażenie słabości, a „właśnie to wrażenie prowadzi do wzajemnego zbliżenia ludzi, do zacieśnienia wzajemnych więzi, do zjednoczenia się w jednym stanie ducha”. I pisze dalej Durkheim:

Skoro wspólnie płaczą, znaczy to, że nadal jeszcze są razem, a zbiorowość mimo zadanego ciosu, nadal trwa. Jest to niewątpliwie tylko wspólnota smutku, lecz ona także jest przecież wspólnotą, a każda […] wspólnota świadomości wzmaga społeczną witalność. […] Grupa czuje stopniowy powrót sił. Zaczyna na nowo mieć nadzieję życia. Żałoba się kończy i to właśnie kończy się dzięki niej samej.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama