Lwom na pożarcie

Tygodnik Powszechny 5/2011

Niektórzy na Zachodzie nie chcą nawet przyjąć do wiadomości, że chrześcijanie są prześladowani. Wolą kumplować się ze zbrodniarzami, banalizując nawet tak oczywiste fakty, jak zamach na Koptów w Egipcie.

 

To, kto komu zagraża, nie jest kwestią interpretacji. Mimo to w przypadku prześladowanych chrześcijan niektórym ludziom trudno jest najwyraźniej rozróżnić między oprawcami a ofiarami. Choć jest to bardzo proste. Być może zbyt proste.

Kiedyś, dawno temu...

Było to na długo przed upadkiem muru berlińskiego, który, jakżeby inaczej, zbudować musiano z winy Zachodu. Związek Sowiecki był ojczyzną światowego proletariatu, motorem postępu i obrońcą praw człowieka. Kto chciał krytykować socjalizm, musiał czynić to z pozycji „konstruktywnych” i uważać, aby swą krytyką nie dostarczyć „imperialistom” argumentów, których sami z siebie nie byli w stanie znaleźć. Rzeczą najważniejszą była wówczas „jedność klasy robotniczej”.

Urzeczywistnienie tejże „jedności” było wówczas celem licznych grup i organizacji działających w krajach Zachodu – partii komunistycznych, ich różnych odłamów, rozmaitych stowarzyszeń studenckich i młodzieżowych z przymiotnikiem „alternatywny”, „socjalistyczny” bądź „robotniczy” w nazwie, a także wielu innych rewolucyjnych organizacji masowych, które na długiej drodze do socjalizmu musiały radzić sobie ze sprzecznością podstawową, tą między kapitałem a pracą, a także z wieloma sprzecznościami pobocznymi. Jedną z takich pobocznych sprzeczności była wolność sztuki. Oczywiście, była akceptowana, ale tylko dopóki chodziło o sztukę inną niż „reakcyjna”. A o tym, co było „reakcyjne”, decydował Komitet Centralny względnie Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego.

Pewnego dnia na polu pod Moskwą otwarto wystawę prac sowieckich artystów, których władze nie uznawały za dostatecznie „nie-reakcyjnych”. Wystawa zaraz została zamknięta przez urzędników – przy pomocy ciężkich maszyn rolniczych, pod których kołami dzieła sztuki zostały zmiażdżone, zamienione w proch i pył. „Postępowi” intelektualiści z Zachodu stanęli przed dylematem: co czynić? Czy powinniśmy solidaryzować się z artystami, którzy swej sztuki nie mogli zaprezentować nawet pod gołym niebem, czy pochwalić akcję urzędników sowieckiego państwa? Byliśmy wtedy przekonani, że od tego, jakie zajmiemy stanowisko, zależy bardzo wiele. „Musimy zapytać, co było na tych obrazach” – powiedziała pewna towarzyszka, sympatyzująca z Niemiecką Partią Komunistyczną. „W końcu – argumentowała – mogły tam być również motywy reakcyjne”. W takim przypadku powinniśmy byli wysłać telegram do Komitetu Centralnego względnie do Politbiura w Moskwie: „Dobrzeście zrobili, towarzysze, tak trzymać!”.

„Spór wewnątrzmuzułmański”

Kiedy w wyniku zamachu islamskich terrorystów w Aleksandrii zginęło 21 Koptów, w jednej z berlińskich gazet ukazał się komentarz, którego autor przestrzegał przed „instrumentalnym wykorzystywaniem oburzenia z powodu tego zamachu”, aby „na nowo postawić na porządku dziennym stary temat prześladowania chrześcijan”. Bo przecież, argumentował ów komentator, zamach w Aleksandrii miałby być jedynie „jednym z wielu zamachów, przy pomocy których islamski terroryzm usiłuje wstrząsnąć egipskim reżimem. Większość z tych zamachów uderzała w muzułmanów i również w przyszłości będą one uderzać głównie w nich. Muzułmański terroryzm zabija przede wszystkim muzułmanów. Tak jest od lat i również w przyszłości to się nie zmieni”.

Czytając te słowa, można było odnieść wrażenie, jakby ich autor chciał upomnieć ofiary zamachu w Aleksandrii: „Nie pchajcie się tak do przodu, nie eksponujcie tak waszego cierpienia, normalnie trafia muzułmanów, teraz akurat trafiło was! I co z tego?”. I nie byłoby to wrażenie całkiem niesłuszne, jak pokazywał kolejny akapit: „Chrześcijanie są prześladowani i dyskryminowani wszędzie na świecie. Przez stulecia sprawcami tych prześladowań byli przede wszystkim inni chrześcijanie. To głównie chrześcijanie posyłali chrześcijan na stosy”.

Trzeba mieć rzeczywiście wrażliwość maszynki do mielenia mięsa, aby w obliczu 21 zabitych chrześcijan przypominać o występkach, jakich chrześcijanie dopuszczali się na chrześcijanach w czasach inkwizycji. Ale potem było jeszcze lepiej. „Także w Aleksandrii nie chodzi o chrześcijan – pisał ów komentator – lecz o to, kto zdobędzie władzę nad krajem. To jest spór wewnątrzmuzułmański”.

Idąc tropem takiej logiki, można powiedzieć, że również Holocaust był ni mniej, ni więcej, a tylko „sporem wewnątrznarodowosocjalistycznym”, ponieważ w nazistowskim aparacie byli również i tacy, którzy uważali, że należy skoncentrować się na walce z bolszewizmem, zamiast trwonić cenne środki na budowę obozów koncentracyjnych. I że należy jedynie ubolewać, iż ten wewnątrz-narodowosocjalistyczny spór rozstrzygał się kosztem Żydów, dla których z pewnością byłoby pewną pociechą, gdyby mogli się dowiedzieć, że to wcale nie chodziło o nich. Tak jak dziś w Aleksandrii nie chodziło podobno o chrześcijan.

Prześladowani czy nie?

Ten rodzaj banalizowania zbrodni ma określoną nazwę: to kumplowanie się ze zbrodniarzami kosztem ich ofiar. Tymczasem sprawa jest prosta. Trzeba tylko zadać sobie pytanie: czy w krajach chrześcijańskich muzułmanom przeszkadza się w wyznawaniu ich religii, czy meczety są tam podpalane, czy heretycy są represjonowani, czy żyjącym tam konwertytom grozi śmierć? Czy też raczej wszystko to jest udziałem chrześcijan, którzy mają tego pecha, że żyją w Iraku, Pakistanie czy Nigerii?

Być może taka refleksja jest zbyt prosta dla wyrafinowanych intelektualistów, którzy zwykli dzielić każdy włos na czworo, którzy na pytanie o godzinę reagują, opowiadając historię chronometru. Tak jak inny berliński autor, który położenie mniejszości chrześcijańskich w takich krajach jak Egipt czy Irak nazywa „trudnym, nawet dramatycznym”, ale natychmiast radzi, aby nie mówić tu o „prześladowaniu chrześcijan”, ponieważ pojęcie to „utożsamia ich los z losem wczesnych chrześcijan, którzy w Cesarstwie Rzymskim byli początkowo prześladowani, krzyżowani, rzucani lwom na pożarcie. Konstruowanie paraleli między tamtymi wydarzeniami a współczesnością jest co najmniej wątpliwe. W końcu chrześcijanie nie są już dziś niewielką sektą, która musi walczyć o przeżycie, lecz największą wspólnotą religijną świata”.

Patrząc czysto arytmetycznie, to oczywiście prawda. Ale prawda ta w niczym nie zmienia faktu, że chrześcijanie są prześladowani właśnie tam, gdzie są w mniejszości – a więc raczej w Kabulu niż w Kolonii. Najwyraźniej, dopóki nie są krzyżowani albo rzucani lwom na pożarcie, nie ma powodu do niepokoju.

***

Przed ponad 30 laty chodziło o to, aby stanąć po stronie artystów ze Związku Sowieckiego, którzy nie chcieli nic innego, jak tylko móc pokazywać swoje prace. Dzisiaj chodzi o ludzi, którzy chcą praktykować swoją wiarę. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj pytanie, kto komu zagraża, nie było kwestią interpretacji, lecz faktów. Jak w klasycznym westernie: są dobrzy i  źli bohaterowie. Na koniec dobrzy stawiają na swoim. Szkoda tylko, że trwa to tak długo.

Przełożył WP

HENRYK M. BRODER jest uważany za jednego z najbardziej wpływowych dziennikarzy w Niemczech. Urodził się w 1946 r. w Katowicach; oboje rodzice byli Żydami, którzy przeżyli Holokaust. W 1958 r. z rodziną wyemigrował na Zachód. Początkowo zbliżony do organizacji lewicowych z nurtu „roku ’68”, zerwał z nimi z powodu silnego w nurcie antysemityzmu i wrogości do Izraela. Przez kilkanaście lat dziennikarz tygodnika „Der Spiegel”, obecnie komentator dziennika „Die Welt”. Autor książek o relacjach niemiecko-żydowskich. Tytuł i śródtytuły tekstu od redakcji „TP”.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama